Lecący ptak

Minęło kilka dni od czasu snu z numerem telefonu. Robert przez ten czas był zazwyczaj w nieco lepszej kondycji psychicznej. W pracy nieoczekiwanie wdrożono go do nowo uformowanego zespołu, który miał zająć się niecodziennym projektem. Było to dla niego coś nowego, coś czym jeszcze dotychczas się nie zajmował. Nie było to jedynie siedzenie przy służbowym komputerze i kolejne liczenie, wedle starego, z góry określonego schematu. Tym razem oczekiwano od niego zaproponowania nowej metody obliczania oraz wyciągnięcia wniosków. Charakter projektu wymagał kreatywnego myślenia oraz współpracy z osobami z różnych działów. Projekt miał ruszyć lada dzień.

W czwartkowy wieczór zadzwonił do niego jego przyjaciel Mateusz i zaproponował mu wspólny wyjazd na dwudniowy turniej szachowy do Krakowa, który rozpocznie się

w następny weekend. Robert miał w sobie duszę analityka. Za młodu często grał w turniejach, uwielbiał różnego rodzaju gry, szarady, łamigłówki oraz zagadki. Uważał się w nich za niezłego eksperta. Szczycił się w duchu tym, że nieraz jako pierwszy rozwiązywał zagadkę, którą ktoś z towarzystwa opowiedział. Jeżeli chodzi o szachy to Robert z upływem lat przestał tak często grać, jak miało to miejsce wcześniej. Jednakże zawsze, kiedy miał sposobność ku temu, lubił zasiąść z jakimś znajomym przy partii szachów, grając, rozmawiając i popijając jakiś trunek. Mateusz natomiast regularnie grywał w turniejach. Choć praca zawodowa i obowiązki rodzinne uniemożliwiały mu zostanie profesjonalnym graczem, to jednak traktował szachy jako swoje najważniejsze hobby. Przeważnie nie dzwonił do Roberta z propozycją wspólnego wyjazdu, jednakże tym razem, gdy myślał o turnieju w Krakowie, przypomniał sobie o swoim przyjacielu, ponieważ nieraz Robert wspomniał mu, że w Krakowie mieszka jego rodzina i nieraz opowiadał przygody, jakie spotkały go

w tym mieście. Mateusz zaproponował mu weekendowy wyjazd, który rozpoczęliby wyjazdem samochodem w piątkowy wieczór, a skończyliby w niedzielne popołudnie. Obydwoje lubili od czasu do czasu spotkać się w jednym z warszawskich barów na kilka piw i porozmawiać o swoich problemach. Już sporo czasu minęło odkąd ostatni raz się widzieli. Miało to miejsce tuż po orzeczonym przez sąd rozwodzie Roberta. Przyjaciel jak mógł pocieszał go i napawał nadzieją, że jeszcze pozna kiedyś swoją wybrankę serca. Tym razem wspólnie zaplanowali turniej szachowy i dwudniowe, piątkowe i sobotnie, zakrapiane alkoholem poznawanie krakowskich lokali. Robert wiedział, że jego przyjaciel, nawet bardziej niż on sam, uwielbia, grę w szachy toteż domyślał się, że w tym przypadku dla Mateusza turniej był jedynie pretekstem do wspólnego wyjazdu. - Pewnie coś mu się nie układa z Anką. O, albo chce w dobrym towarzystwie odpocząć od tatusiowania, haha - pomyślał sobie. Jednakże nie chciał teraz wyjaśniać powodów tej nagłej propozycji. Cieszył się, że wyjedzie, spotka się z przyjacielem, pogra trochę w szachy oraz rozluźni podleczy swoją depresję w nowym otoczeniu i w fajnym towarzystwie.

Weekend minął mu spokojnie i dość przyjemnie. Obejrzał film, pograł w sieci

w szachy, by przygotować się nieco do nadchodzącego turnieju. Kolejny tydzień znów zaczął się dla Roberta o wiele lepiej niż dziesiątki minionych. Jednakże w środę nastąpił kataklizm. Przed południem dowiedział się w pracy, że projekt w którym miał uczestniczyć, został zawieszony na bliżej nieokreślony czas. Dzięki myślom o nowym projekcie każde codzienne, rutynowe zadanie było przez niego nieco chętniej wykonywane. Myślał sobie, że jego praca, jego stałość w końcu zostały docenione i właśnie dzięki temu wdrożono go do projektu. Choć brak uczestnictwa w nim nie był spowodowany brakiem umiejętności Roberta lecz zrządzeniem losowym, to poczuł się przygnębiony i tym samym nie pałał wielką chęcią do pracy przy aktualnych obowiązkach służbowych. Na domiar złego późnym popołudniem zadzwonił telefon. Robert poderwał się z fotela, gdy zobaczył, że dzwoni Mateusz.

- O, ty mi trochę pomożesz brachu - pomyślał i nacisnął zieloną słuchawkę.

- Siema Robi, co u ciebie? - powiedział znajomy głos.

-Dobrze, że dzwonisz. Miałem dziś koszmarny dzień w robocie, ale planowanie naszego wypadu na pewno mi pomoże. I jak tam? Spakowany już?

- Ach, mam nadzieję, że mnie nie zatłuczesz. Przepraszam, że mówię to w takim momencie, ale nie mogę jechać. Dzieciaki mi się pochorowały. Czterdzieści stopni gorączki, kaszel. Sam rozumiesz, muszę zostać - powiedział Mateusz.

Robert przez jakiś czas nic nie mówił. Miał wrażenie, że jakiś czarny obłok depresji napłynął mu prosto przed jego umysł. Czuł się wielce rozczarowany. Ciskały mu się na myśl pretensje do przyjaciela za taki przebieg wydarzeń, ale po chwili doszedł do siebie i odpowiedział:

- No tak, rozumiem. Bardzo liczyłem na ten wyjazd, ale .... rozumiem. Najważniejsze są dzieci. Może następnym razem się uda.

- Robi, nie gniewaj się na mnie, to nie ode mnie zależne. Wiesz, że jak tylko bym mógł nie przegapiłbym naszego wypadu.

- Rozumiem cię. Nie mam do ciebie pretensji. Przepraszam, że tak reaguję. Dziś nie mam dobrego dnia. Nie gniewam się, rozumiem, ale muszę kończyć. Pozdrów Anię

i życzę, aby dzieciaki szybko wyzdrowiały - tymi słowami Robert zakończył rozmowę i pogrążył się w swoich czarnych myślach. Wszelki dobry nastrój, który udało mu się zbudować od pewnego czasu prysł, jakby w ogóle nigdy go nie było. Ponownie zakopał się

w swojej chandrze i przez dobrą godzinę nie ruszał się ze swojego fotela.

Nagle, gdy jego psychiczna boleść zdawała się trwać nieprzerwanie, przypomniał sobie o swoim cudownym śnie i o zapisanym numerze telefonu. Podniósł się, pogrzebał chwilę w odłożonych książkach i odnalazł poszukiwany skrawek papieru. Wziął go do ręki i ponownie usiadł. Chwilę chaotycznie rozmyślał nad nim, zerkając to na numer to na telefon. Zamknął oczy i przypomniał sobie, jak cudownie czuł się śniąc tamtejszy sen. Nawet w swoim ostatnim, lepszym okresie nie czuł się tak dobrze jak wtedy. Zapragnął ponownie tak się poczuć, jednakże czarne myśli przychodziły mu do głowy jedna po drugiej. Pomyślał - A może zadzwonię? A co mi tam? Najwyżej będzie śmiesznie. Poczekał chwilę po czym dodał: - To bzdura, nie wiem w ogóle po co o tym myślę. Jak się okaże, a zapewne się tak okaże, że to jakaś pomyłka to dopiero poczuję się sfrustrowany. Tak przynajmniej mam swoje piękne marzenie, a jeżeli zadzwonię to i mi je ten głupi świat odbierze -. Pomyślawszy to zgiął rozpostartą na kolanach kartkę papieru i zamknął oczy.

Drzemał około pół godziny. Gdy ocknął się rozpamiętywał przez chwilę ostatnie marzenie senne. Jakiś głos ponownie mówił mu, żeby zadzwonił. Ponownie czuł się w nim niesamowicie lekko i spokojnie, jakby cały ciężar jego czarnych myśli ktoś zdjął z jego głowy. Robert uniósł się nieco na fotelu, wziął do ręki telefon i szybko rozwinął kartkę, na której zapisany był numer, wziął do ręki telefon i zadzwonił. Był jeszcze dość zaspany

i nie całkiem pozbawiony wspomnienia pięknego snu, gdy pomyślał:

- Ok spróbuję. - Po czym nacisnął zieloną słuchawkę w telefonie i przybliżył ją do swojego policzka. Pojawił się pierwszy sygnał. Pomyślał, że to dobry znak, że w ogóle jest taki numer i że nie jest zajęty lub aktualnie niedostępny. Czekał kilka sygnałów. W tym czasie naprędce ułożył sobie słowa, które wypowie do usłyszanej w słuchawce nieznajomej osoby, jeżeli ta w ogóle odbierze. Odczekał jeszcze ze dwa sygnały i już miał zakończyć dzwonienie, gdy nagle jakiś ciepły, nader spokojny męski głos powiedział:

- Słucham.

- Przepraszam najmocniej, że dzwonię tak późno - powiedział Robert, nieco oszołomiony, że jednak ktoś odebrał - nie wiem jak to powiedzieć, ale...

- Słucham uważnie i cały czas - przerwał mu nieznajomy głos.

- Yyy, otóż znalazłem ten numer telefonu, gdy poszukiwałem jakiejś pomocy dla siebie. Czy Pan zajmuje się może pomaganiem innym ludziom? Z kim mam przyjemność? - zapytał Robert.

- Ja - odpowiedział głos i zamilkł.

- Jakim ja? To znaczy? - dopytywał zdumiony Robert.

- Twoim.

- Nieeee bardzo rozumiem.

- Jestem twoim przyjacielem. Dobrze się dodzwoniłeś. To mnie właśnie szukasz - oznajmił miły głos.

Zmieszany nieco Robert odpowiedział:

- Zatem pewnie znasz mnie, ale ja ciągle nie znam ciebie. Kim zatem jesteś?

- Tego, kogo poszukujesz, aby ci pomógł.

- A jak możesz mi pomóc?

- A nie po to właśnie dzwonisz? Sam dobrze wiesz w czym mogę ci pomóc - rzekł stanowczo tajemniczy, lecz ciągle przyjemny głos po drugiej stronie telefonu.

- No tak, ale jak to zrobisz, jesteś jakimś psychoterapeutą? - zapytał Robert.

- Najlepszym w mieście.

- A jak mogę się z tobą spotkać? Gdzie mam przyjść?

- To zależy czy będziesz chciał mnie znaleźć?

- Ale ja przecież chcę, dlatego dzwonię do ciebie.

- Telefon to tylko początek drogi. Aby mnie odnaleźć musisz naprawdę chcieć. A ja mam sposób, aby sprawdzić czy tak rzeczywiście jest - odpowiedział głos.

- A jaki to sposób? - powiedział zaciekawiony tajemniczą rozmową czterdziestolatek.

- Przez jakiś czas będziemy rozmawiać od czasu do czasu przez telefon. Pomiędzy kolejnymi rozmowami dostaniesz ode mnie zadanie do wykonania. Można powiedzieć rodzaj zagadki do odgadnięcia. Lubisz przecież zagadki. Zatem będzie to dla ciebie wyzwanie. Gdy rozwiążesz zagadkę, zadzwonisz do mnie ponownie. Ja podeślę ci kolejną. Gdy twoja chęć przez ten czas nie osłabnie będę wiedział, że masz naprawdę wolę, by mnie spotkać. I wtedy się spotkamy - oznajmił ciepło nieznajomy.

- Czy zatem proponujesz mi jakiś test, czy się nadaję, abyśmy mogli się zobaczyć? Masz trochę wygórowane mniemanie o sobie, ja nawet nie wiem kim....

Przerwał mu głos ze słuchawki. - To nie test lecz wprawa. Spotkanie będzie dla ciebie przełomem, niecodziennym wydarzeniem, ponieważ jestem najlepszym lekarzem. Aby do niego doszło musisz być na nie przygotowany. Stąd właśnie te zagadki. Taką formę wybrałem dla ciebie, ponieważ je lubisz i jesteś w nich dobry. Wiem, że jeżeli będziesz miał chęć, to poradzisz sobie z nimi, ale zależy to jedynie od ciebie.

- Dobrze, podaj mi zagadkę, spróbuję ci od razu odpowiedzieć. - powiedział pewny co do swoich umiejętności Robert.

- To nie takie proste zagadki. Wątpię, abyś od razu prawidłowo na nie odpowiedział. Będą one wymagały od ciebie pomyślunku. Jednakże, jeżeli będziesz pewny swojej odpowiedzi, ale jedynie wtedy, gdy będziesz miał całkowitą pewność, zadzwoń do mnie ponownie. Nie dzwoń bez odpowiedzi. Dzwoń do mnie jedynie wieczorem, przed pójściem spać. Proszę cię również o to, abyś dzwonił do mnie, gdy będziesz spokojny. Gdybyś próbował rozmawiać ze mną poddenerwowany, to nie zrozumiesz moich słów, które będę do ciebie kierował w kolejnych naszych rozmowach. Gdy wykręcisz numer czekaj dwanaście sygnałów, zanim odbiorę. To będzie dla mnie znak.

- Nie bardzo rozumiem jaki to ma być dla ciebie znak, ale w porządku, tak zrobię, jeżeli zrobię w ogóle. Zagadki mogą być niedorzeczne, niemające rozwiązania, znam takich kilka. Na razie nie sądzę jednak, abyś mógł mi pomóc. Zapewne chcesz się trochę pobawić ze mną - powiedział nieco zniechęcony Robert.

- Wszystko zależy od twojej chęci, pamiętaj o tym. Jeżeli jej nie będziesz miał, nic na to nie poradzę, . Gdy jednak będziesz ją miał, mogę zdziałać dla ciebie cuda. Czy zatem chcesz usłyszeć pierwszą zagadkę? - zaproponował spokojny i niezachwiany przez cały przebieg rozmowy głos.

- Ile czasu mam na odpowiedź?

- Tyle, aż będziesz całkowicie pewny odpowiedzi. Nie ma jakiegoś określonego czasu.

- Poproszę.

- A zatem - czemu ptak lata?

W tym momencie głos umilkł i rozmowa zakończyła się. Z wielkim oszołomieniem Robert odłożył od swojego policzka telefon i położył go na stole. Oparł się głębiej w fotelu, wyprostował nogi na podnóżku i pogrążył w myślach. Choć uwielbiał zagadki, to na początku

w ogóle o niej nie myślał. Był przede wszystkim pod wrażeniem tego, że telefon, który ukazał mu się we śnie, okazał się w pewien sposób trafny. Jego analityczny umysł nie bardzo mógł to pojąć. Przez dłuższy czas analizował różne sposoby, aby móc racjonalnie połączyć ze sobą swój sen z odbytą rozmową. Pomyślał sobie, że być może analizując dane

w pracy natknął się nieświadomie na numer jakiegoś uznanego specjalisty, a we śnie, jego podświadomość wydobyła ten numer. Kilku jego kolegów studiowało psychologię. Nieraz słyszał o dziwnych przypadkach działania ludzkiego umysłu, w którym niepowiązane ze sobą fakty w podświadomości stykają się ze sobą. Nie mogąc jednoznacznie zrozumieć zaistniałego faktu skierował swoje myśli ku uczuciu, które mu towarzyszyło podczas rozmowy. Uświadomił sobie, że ciepły, spokojny, zrównoważony głos jego rozmówcy uspokajał go, indukując w nim pozytywny nastrój, bez obaw i lęków. Jedynie w momentach, gdy ów głos milkł podczas rozmowy Robert czuł jakąś niepewność lub też obawę przed dalszą rozmową. Był pod wrażeniem spokoju bijącego z głosu jego tajemniczego rozmówcy. Pomyślał, że faktycznie chyba musi być dobrym specem w swoim fachu, skoro jedynie głosem potrafi uspokoić drugiego człowieka. Był pod ogromnym wrażeniem swojego rozmówcy. Na bok odłożył wszelaką niepewność co do swoich podejrzeń wobec niego oraz tego, co się stało. Po kilku minutach przypomniał sobie zadaną mu zagadkę.

- Czemu ptak lata? - pomyślał - a czemu ma latać? Bzdurne pytanie. Bo ma skrzydła. Hmm. Można byłoby odpowiedzieć inaczej, że ma lotki. Są przecież ptaki, które mają skrzydła a nie latają. Ok, lotki w skrzydłach. To będzie nader precyzyjne. Tak mu odpowiem. Być może ta pierwsza zagadka jest tak prosta, bo chce mnie sprawdzić, czy mam chęć pobawić się w tą jego grę. A może chce sprawdzić czy myślę racjonalnie.

Podczas swoich wywodów ponownie narodziła się w Robercie podejrzliwość wobec swojego rozmówcy. Postanowił zatem sprawdzić i zatelefonować ponownie. Zanim jednak wybrał ponownie numer zobaczył na zegarze komórki jak późna jest już godzina. Wstał

i postanowił, że zanim zadzwoni przekąsi coś niecoś, umyje się i przygotuje na jutro do pracy. Po około godzinie, leżąc w łóżku, Robert znów zastanawiał się nad swoją odpowiedzią, której chciał udzielić. Żadna inna odpowiedź nie przychodziła mu na myśl. Był przekonany, że nie wymyśli nic innego i potwierdził samemu sobie, że faktycznie pierwsza zagadka jest prosta a zarazem testem jego chęci. Nagle poczuł się senny. Wysiłek umysłowy, jaki wykonał tego wieczoru, był znacznie większy od tego wykonywanego na co dzień. Do tego doszedł kryzys związany z odbytą rozmową z Mateuszem. Robert poczuł się bardzo senny, ziewnął kilka razy, wygodnie ułożył głowę na poduszce i wybrał numer. Z jego ekscytacji podczas pierwszej rozmowy i chwilę po niej nie został już ani ślad. Zawahał się przez moment czy wybrać ponownie numer, jednakże ciekawość wygrała i zadzwonił. Pojawił się sygnał. Przypomniał sobie, że miał odczekać dwanaście sygnałów, aż jego rozmówca odbierze. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w ton kolejnych sygnałów dochodzących ze słuchawki. Każdy kolejny wydawał się mu coraz dłuższy. Początkowo liczył sygnały, lecz jego zmęczenie brało nad nim górę i szybko zaniechał tego. W końcu Robert usnął.

Rankiem obudził go budzik. Otworzył oczy, wstał, wyłączył natarczywe brzmienie zegarka i popatrzył na łóżko. Leżał na nim telefon, nieco przykryty pościelą. W tym momencie Robert uprzytomnił sobie, co robił tuż przed zaśnięciem.

- Hmm, ile to było sygnałów? Z tego co pamiętam z nikim nie rozmawiałem, nawet nie pamiętam takiego snu, abym z kimś rozmawiał. Ale kiedy zasnąłem? Czy minęło już dwanaście sygnałów? A może minęło, ale nikt nie odebrał, bo faktycznie ktoś robi mi niezły kawał i po rozmowie uśmiał się nieźle, poszedł spać i ani trochę w głowie mu było odbierać telefon podczas spania – rozmyślał. - To co się wczoraj zadziało było bardzo enigmatyczne. Nie bardzo to wszystko rozumiem. Czemu lata ptak? Też mi zagadka. Idiotyczna. Czemu na przykład zając skacze? I tak dalej. Takich pytań jest mnóstwo. Ach. Głupota. Przestaję o tym myśleć. Czas iść do pracy.

Kilka dalszych dni Robert spędził jak zwykle, nie kłopocząc się zbytnio myślami

o swojej wieczornej rozmowie i tajemniczym głosie. Pracował w biurze jak co dzień. Choć nie był tego świadomy odbyta rozmowa pozwoliła mu nieco zapomnieć o swoim złym dniu i pracował jak dotąd, sumiennie i z odpowiednią dawką motywacji. Niezbyt małą, by w ogóle pracować i niezbyt dużą, by ekscytować się rutynowymi zadaniami. Wieczory

w mieszkaniu spędzał również jak zwykle. Od czasu do czasu pomyślał o zagadce. Pewnego wieczoru przypomniał mu się ptak, którego zaobserwował tego dnia przez okno swojego biura w pracy. - Czemu ptak lata? - zapytał sam siebie - bo jest wolny... - chwilę zastygł w skupieniu - no tak, ale czemu chodzi? Gdy chodzi nie jest już wolny? No nie. Jeżeli jest wolny to zarówno wtedy gdy lata jak i chodzi. To nie to.

Od czasu swojej rozmowy, jeżeli już w ogóle pojawiały się u Roberta myśli o zadanej zagadce, był on coraz mniej przekonany do pierwszej odpowiedzi, którą chciał udzielić. Myślał sobie, że choć jest to najprostsza z możliwych odpowiedzi, to wcale nie ma poczucia całkowitej pewności. Czuł, jakby przez skórę, że odpowiedź jest zgoła odmienna. Niby prosta, lecz wydobyta z innego punktu widzenia. I tak zaniechiwał dalszych rozmyślań nad zagadką.

Tego piątkowego popołudnia Robert był jeszcze w pracy. Próbował skończyć jak szybko mógł przeliczenia dla swojego przełożonego, aby rozpocząć celebrację rozpoczynającego się weekendu. Choć niczego nie zaplanował to jednak sama świadomość wolnych dni od pracy napawała go chwilą pocieszenia. Został mu tylko do wydrukowania raport. Wstał od biurka, zlecił wydruk ze swojego służbowego komputera i poszedł do pomieszczenia, w którym znajdowała się firmowa drukarka. Czekał i czekał. Zaczął się powoli denerwować. Jednakże drukarka stała bezczynnie. Nie wytrzymał, walnął otwartą ręką

w górną klapę drukarki, łudząc się, że dzięki temu drukarka nagle ożyje. Sam nieraz widział jak jego rodzice w czasach jego młodości w ten właśnie sposób próbowali "nakłonić" do działania odmawiający posłuszeństwa sprzęt . Choć nieraz w duchu śmiał się z poczynań ojca i matki, to od czasu do czasu sprzęt cudownie odżywał. Zdziwiony przytakiwał, gdy ojciec mówił: -Tak ze starym sprzętem trzeba. To najlepsza naprawa dla tego złomu. Mimo, że takie czasy minęły Robert nie miał w owej chwili Robert innego pomysłu na rozwiązanie problemu. Oddanie raportu w wersji elektronicznej nie wchodziło w grę, ponieważ przełożony wymagał od nich wydruku. Skarżył się, że ma codziennie do czytania mnóstwo stron raportów i jeżeli miałby czytać je przed ekranem monitora to już dawno oszalałby, a co najmniej oślepł. Pewnego razu tak publicznie skarcił jednego ze współpracowników Roberta za nie przyniesienie wersji wydrukowanej, że nikt już więcej nie ośmielił się tego zrobić. Krzyczał, że nie słucha się jego poleceń, że za nic mają jego wytyczne, że jest to realny powód do nie przyznania premii i zastanowi się czy nie wyciągnąć takichże konsekwencji. Od tamtej pory nikt nie śmiał dostarczyć mu jedynie wersji elektronicznej. Tej też wymagał, a jakże, razem jednak z wydrukowaną.

Robert modlił się do drukarki, aby zaczęła działać. Już była godzina 17:30. Rano

w ten piątek szef oznajmił, że wszystkie raporty mają się znaleźć u niego na biurku do godziny 18:00. Później musi jechać pilnie na lotnisko, z którego uda się na zagraniczną konferencję. Uprzedził, że dostarczone mu przez zespół wyniki są dla niego niezbędne w celu odpowiedniego przygotowania swojego wystąpienia i poprosił, aby każdy dołożył wszelkich starań, aby raporty były gotowe na wskazaną godzinę. Uprzedził, że podczas lotu zamierza je przeczytać. Niedostarczenie raportu będzie wiązało się niemal z pewnością ze stratą premii bądź nawet z naganą od przełożonego. W tym dniu każdy uwijał się jak mógł. Obliczenia Roberta tego dnia wyjątkowo odbiegały nieco od cotygodniowej rutyny. Powstało kilka nieścisłości, które musiał wyjaśniać przez większość dnia. Gdy kończył raport, każdy jego współpracownik w zespole uporał się ze swoją pracą. Większość już wyszła z biura, a nieliczni właśnie zbierali się do domu. Robert, nie mogąc cudownie natchnąć niepokornego sprzętu wrócił do swojego stanowiska. Ponownie zlecił wydruk

i udał się do pomieszczenia.

- Szlag by to trafił - wykrzyczał, gdy drukarka dalej nie dawała oznak życia. Stał tak przez minutę albo dwie nie wiedząc do końca co ma czynić. Nagle z całej siły ponownie uderzył w drukarkę, powielając sprawdzony sposób swojego ojca.

- Cholera jasna, działaj! Już! - zakrzyczał dosyć głośno.

Przechodzący obok pomieszczenia współpracownik Roberta o imieniu Adam na słyszane słowa zatrzymał się i spojrzał do pomieszczenia. Zobaczył w nim Roberta, który przycupnął przed drukarką w nadziei, że dzięki jego prośbom ta zacznie działać.

- Nie działa? Tak czasem ma. Nic nie wskórasz. Tydzień temu jak się zacięła to dopiero serwis ją naprawił. - powiedział Adam.

- Ale ja muszę wydrukować ten cholerny raport dla szefa. Zaraz będzie godzina 18:00, już go zrobiłem, ale ten dziadowski sprzęt odmówił posłuszeństwa - pożalił się koledze Robert - co mam robić?

- Hmm... Leć szybko poza biuro. Tu nieopodal, jak skręcisz w prawo wychodząc

z biura, jest taki punkt, w którym drukują. Ksero, wydruki. No wiesz. Uczelnia blisko. Leć szybko to zdążysz. Działają bodajże do 18:00

- A ile to stąd?

- Jakieś 300 metrów. Nie widziałeś?

- Nie, zawsze wychodzę w lewą stronę, ale serdecznie dziękuję ci Adam. Pędzę szybko. To moja jedyna nadzieja - tymi słowami pożegnał kolegę, klepiąc go po ramieniu na odchodne i popędził do biurka, zgrał plik na pendrive'a, sięgnął po kurtkę i już na chwilę był poza biurem, niemal biegnąc w kierunku punktu, który miał być jego zbawieniem.

Dotarł. Faktycznie, tak jak mówił Adam, punkt był jeszcze otwarty. Wszedł. W lokalu nie było nikogo prócz obsługującej. Była to kobieta, z wyglądu trzydziestolatka, brunetka, o ładnych rysach twarzy, kobiecej figurze i średnim wzroście. Nieco niższa niż klient, który właśnie niemal wbiegł do miejsca jej pracy, lecz nieznacznie. Gdy Robert wszedł uśmiechnęła się w jego kierunku i zapytała:

- W czym mogę pomóc?

Jej skromny uśmiech, lecz nader intrygujący, zaciekawił go. Bardzo krótką chwilę wpatrywał się w jej twarz, szczególnie skupiając wzrok na jej brązowych oczach. Nagle odpowiedział:

- Muszę pilnie wydrukować plik. Można? Mam nadzieję, że działa ten sprzęt, bo mój odmówił posłuszeństwa.

- Tak, proszę skorzystać z tego komputera - powiedziała kobieta, wskazując na stojący nieopodal niej komputer.

- Dziękuję - odpowiedział, po czym wsunął do komputera swój nośnik i zlecił wydruk. Na jego szczęście drukarka rozpoczęła pracę, a Robert poczuł niesamowitą ulgę.

- Uff, mam nadzieję, że to już koniec nieszczęść na dzisiaj.

- Haha - roześmiała się pracownica punktu - w każdym dniu można znaleźć szczęście.

Zaciekawiony odpowiedzią kobiety Robert wpatrywał się jakiś czas w jej twarz, rozmyślając nad sensem jej słów. Brzmiały one dla niego nieco komicznie, gdy skonfrontował

z nimi swoje dzisiejsze wydarzenia. Gdy drukarka zakończyła swoją pracę, skierował wzrok w jej stronę i zapytał:

- Już jest? Tak? Ile płacę? Proszę szybko, bardzo się spieszę.

- Proszę bardzo. Cena: 12zł - odpowiedziała.

- Już płacę - odpowiedział Robert i zaczął gładzić się po lewym boku kurtki, którą miał na sobie. Na swoje nieszczęście nie mógł wymacać w kieszeni swojego portfela. Natychmiast wsunął rękę do kieszeni lecz nie znalazł tam poszukiwanego przedmiotu. Sięgnął ręką do drugiej, prawej kieszeni, do kieszeni na zewnątrz, sprawdził kieszenie

w spodniach z przodu i z tyłu. Jak na złość nie było w nich portfela.

- Kurwa mać - wykrzyknął podłamany analityk - dlaczego ja?

Speszona nieco wulgarnym okrzykiem klienta kobieta zapytała:

- Co się stało?

- Zapomniałem zabrać ze sobą portfela z biurka. Położyłem go dzisiaj w szufladzie, gdy wracałem z jadalni. Która godzina?

- 17:50, proszę Pana

- Cholera, nie zdążę. Muszę oddać ten wydruk na godzinę 18:00. Nie zdążę pobiec tam i z powrotem i znowu do biura. Ale bagno! - powiedział Robert i objął swoją głowę oburącz przy skroniach i policzkach, opierając się przy tym o blat lady.

- Jak już mówiłam, w każdym dniu można znaleźć szczęście. Pomogę Panu. Niech Pan biegnie ze swoim raportem i zaniesie go. Ja już zamykam. Nie będę czekała z powrotem na Pana. Odda Pan pieniądze w poniedziałek. Ufam Panu. - rzekłszy to wręczyła mu raport i uśmiechnęła się skromnie. Robert popatrzył w jej oczy zdumiony, lecz szczęśliwy.

- Dziękuję bardzo, uratowała mi Pani życie - powiedział i wybiegł prędko przez drzwi punktu.

Dotarłszy do biura, skierował się prosto do pokoju przełożonego. Otworzył drzwi

i zastał tam zbierającego do wyjścia szefa. Z lekkim uśmiechem i ulgą wypisaną na twarzy położył raport na jego biurku i oznajmił:

- Zdążyłem.

- No Robert, o mały włos. Masz dziś chyba szczęśliwy dzień. Idź już do domu, ja muszę pędzić na samolot - powiedział przełożony.

Nie wdając się w dalsze dyskusje wrócił do swojego biurka. Usiadł na firmowym fotelu, rozpostarł ręce i zaśmiał się w duchu. - Jeszcze pół godziny temu uważałem ten dzień za jeden z najbardziej pechowych, a teraz wszystko wokół wskazuje na to, że jest on jednak bardzo szczęśliwy - pomyślał - jak niewiele potrzeba czasem do szczęścia, hmm, zwyczajna pomoc. Z tymi słowami w jego umyśle pojawił się widok uroczej, skromnej nieznajomej, która go dziś uratowała. Przypomniał sobie jej uśmiech i również sam podobnie uśmiechnął się, siedząc w swoim fotelu.

Wracał z biura. Jak co dzień przejeżdżał kilka stacji metrem, zanim wysiadł na swoim przystanku. Miał zazwyczaj kilka możliwości dojścia do domu. Przeważnie wybierał nieco dłuższą drogę, ponieważ chciał przed powrotem zrobić drobne zakupy w sklepie, z rzadka jednak wybierał drogę przez park, ten sam, który mijał wracając z zajęć u terapeuty. Na pewien czas zawiesił swoje odwiedziny u niego. Stwierdził, że musi pewne rzeczy sam spróbować zrozumieć i postawić odpowiednie pytania, dopiero wtedy uda się do niego ponownie.

Było już ciemno, kiedy wszedł do parku. W ostatnich dniach nie miał sposobności ku temu, aby napotykać ponownie nieznajomego biedaka. Krocząc alejami rozmyślał

o ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce w pracy i w punkcie ksero. Przed oczami miał widok uśmiechającej się brunetki, a w jego uszach brzmiał odgłos jej słów o szczęściu. Rozmyślał nad nimi w kontekście ostatnich kilku tygodni czy miesięcy swojego życia. Choć w obecnej chwili miał wyjątkowo dobry, jak na siebie, nastrój to jednak dobrze pamiętał dni swojej apatii, w których nijak nie był w stanie otrząsnąć się ze swojego paskudnego stanu.

- Gdyby każdego dnia spotykało mnie cudowne zrządzenie losu lub gdybym napotykał ładne, uśmiechnięte i życzliwe mi kobiety to pewnie każdy dzień mógłby być szczęśliwy. Takie rzeczy nie zdarzają się często. Raz na jakiś czas i ślepy trafi do celu. Raz na jakiś czas i mi może się odrobinę poszczęścić. Jak jednak każdy dzień mógłby być szczęśliwy? - pomyślał.

- W sumie nieważne, cieszę się, że udało mi się zdążyć. Wszystko dzięki tej lasce. Dobrze zrobiła, że mi zaufała. W poniedziałek zamierzam pójść i oddać jej pieniądze. Myślę również, że powinienem kupić jej jakiś drobiazg za okazaną pomoc. Hmm... może kwiaty? Nie, zbyt osobiste, może jakąś czekoladę? Może... Pomyślę o tym jeszcze. Dobrze, że na świecie są jeszcze ludzie ufający innym - kontynuował swoje przemyślenia.

Z letargu myśli wyrwał go dochodzący w jego kierunku głos: - Moje ukłony szefuńciu. Usłyszawszy te słowa Robert, choć jego wzrok nie spotkał jeszcze znajomego natręta, wiedział doskonale, kto go zagadnął. Skierował oczy w kierunku dobiegającego głosu, zwolnił krok, a gdy pijaczyna zbliżył się do niego, całkiem się przed nim zatrzymał i odpowiedział:

- Dobry wieczór - odpowiedział Robert i zamilkł w oczekiwaniu prośby o podarowanie pieniędzy.

- Jestem Czarek, który prosi Pana o talarek - powiedział mężczyzna i uśmiechnął się.

Robert chwilę zastanowił się. Miał tego wieczoru na tyle dobry nastrój, że nie chciał go sobie psuć taką odmową. Przypomniała mu się również jego dzisiejsza przygoda i pomoc nieznajomej. Poczuł chęć podarowania drobnej kwoty, jako podziękę dla losu, który go dzisiaj spotkał. Pomyślał, że skoro jemu ktoś obcy pomógł, to ma niepisany obowiązek odwzajemnić się tym samym. Sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął portfel, otworzył kieszonkę z bilonem, pogrzebał w niej nieco, w końcu wyjął pięciozłotową monetę i wyciągnął rękę w geście jej podarowania.

    • A niech mnie, masz piątkę. Mam dziś szczęśliwy dzień. Miej i ty.

Rzekłszy to wręczył mężczyźnie monetę, po czym dodał: - Na co zbierasz w ogóle? Lubię czasem posłuchać waszych zmyślonych powodów.

- Dziękuję pięknie łaskawy Panie. Zbieram na trunek, owocowe branie - rzekł Cezary biorąc monetę i chowając do kieszeni przechodzonych i gdzieniegdzie ubrudzonych spodni.

- Jak na parkowego pijaczka masz nawet bogate słownictwo - rzucił Robert.

- Po coś się w końcu studiowało, to i język został i wymowa została.

- Studiowałeś? No fakt, nie bardzo pasujesz mi do reszty swoich kolegów - mówiąc to Robert spojrzał w kierunku grupy mężczyzn siedzących w oddali około stu metrów od miejsca rozmowy, skąd dochodziły głosy kilku zasiadających ławkę osobników. Wypowiadając tę ocenę bazował nie tylko na tej rozmowie, ale również sięgał pamięcią wstecz do innych spotkań z Cezarym. Z tego co zawsze zapamiętywał z nich był nienaganny język swojego rozmówcy, twarz niepokryta jeszcze znamionami adoratora tanich alkoholi oraz dobre maniery. Nieraz, gdy usprawiedliwiał swoją kolejną odmowę o podarowanie pieniędzy, zastanawiał się nad losem biedaka. Co sprawiło, że stał się tym, kim się stał.

- A rozmawiałeś kiedyś z którymś z nich?

- Yyy, no nie.

- To skąd wiesz, że nie pasuję?

- No wiesz, w ogólnej opinii społeczeństwa jako grupa nie macie najlepszej renomy.

- W ogólnej opinii... hmm, z powodu ogólnej opinii społeczeństwa Hitler wymordował miliony ludzi. Nie ma ogólnej opinii, są pojedyncze przypadki, życiorysy, tragedie. Wzloty i upadki. Cała masa upadków. Każdy z nich ma swoją historię, każdy z nich ma swoje przeżycia. - odpowiedział Cezary.

- Bystry jesteś - odpowiedział Robert, będąc pod wrażeniem wywodu swojego rozmówcy. - Znam wielu ludzi, którzy żyją na niezłym poziomie, a wątpię by byli w stanie dojść do takich wniosków. Studiowałeś, wygląd można zmienić od razu, pracę dzisiaj łatwiej znaleźć. Nie chcesz zmienić swojego życia? Masz swój rozum. Myślę, że nieraz o tym myślałeś.

- Chcieć albo nie chcieć. Oto jest pytanie! - rzekł biedaczek w iście szekspirowskim stylu - Czy ja w ogóle chcę jakiejś zmiany? Jestem wolny jak te latające ptaki na niebie.

Gdy rozmówca Roberta wypowiadał ostatnie słowa ten stał jak wryty, jakby jakaś natchniona, bezforemna iskra przeszyła mu umysł. Po jego ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Poczuł jego słowa jakby w samym środku siebie samego. Oszołomiony wyjął prędko portfel, wyszukał drugą pięciozłotówkę i powiedział:

- Masz tu drugą piątkę. Nawet nie wiesz jak mi dzisiaj pomogłeś. Mam niezły mętlik w głowie, muszę sobie coś przemyśleć. Tym razem lecę. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pogadamy.

Wypowiedziawszy te słowa wręczył monetę i szybkim krokiem udał się w kierunku domu. Jego umysł pracował intensywnie, jak podczas ostatniego etapu rozwiązywania jakiegoś problemu czy zagadki, gdzie rozwiązanie zdaje się być już bardzo blisko. Choć starał się coś wydedukować, to jednak rozwiązanie umykało mu sprzed nosa. Miał wrażenie, że doszło ono do niego, w chwili wypowiadanych przez Czarka słów, jednakże umknęło

w gąszczu napływających później myśli. Postanowił, że musi prędko wrócić do domu, usiąść w swoim fotelu i pomyśleć nad tym na spokojnie. Przyspieszył kroku. Cezary natomiast patrzył na niego, nie ruszając się z miejsca, aż ten zniknie mu z pola widzenia tak jak podczas pamiętnego upadku.

Znalazłszy się już w swoim mieszkaniu, Robert usiadł w fotelu, założył nogi na podnóżek, oparł swoją głowę na dwóch kciukach pod brodą oraz palcami wskazującymi dotykającymi jego skronie z obu stron. Rozmyślał. Trwało to kilka minut, w czasie których różne wnioski przychodziły mu do głowy. Starał sobie przypomnieć tę jedną ideę, która przeszyła jego umysł podczas rozmowy w parku. W końcu poderwał się, wyprostował się w fotelu nie wstając z niego i powiedział w myślach do siebie:

- Czemu ptak lata? Bo ma chęć latać. Może równie dobrze chodzić lub wylegiwać się, ale jak chce latać to lata, bo może. Tu nie chodzi o ogół ptaków, dlaczego ptaki latają, tu chodziło o pojedynczy przypadek ptaka. Zagadka nie brzmiała dlaczego ptaki latają. Wtedy odpowiedź, że ma skrzydła byłaby może właściwa, ale ona brzmiała: dlaczego lata ptak. Jeden. Skoro jest ptakiem i jest zdolny do latania, to jedynie jego chęć dzieli go od latania. Jeżeli chce latać to zaczyna latać - Robert poczuł nieopisaną ulgę, a na jego twarzy pojawił się skromny lecz szczery uśmiech radości. - Tak, to jest odpowiedź. Chęć. Ta zagadka ma też swój inny wymiar. Ludzie są jak ptaki. Możemy latać, możemy siedzieć, możemy chodzić. Od nas zależy co wybierzemy. Od naszej chęci. Jeżeli chcemy wzbić się w górę, to możemy to uczynić. Jeżeli nie będziemy chcieli, pozostaniemy na ziemi.

Tymi słowami zakończył swoje rozmyślania. Dynamicznie odwrócił głowę w kierunku zegarka. Była godzina 20:30. Postanowił, że jeszcze tego wieczoru zadzwoni z odpowiedzią. Był pewien swojej odpowiedzi jak nigdy przedtem. Przypomniał sobie o co prosił go głos w słuchawce, postanowił zatem zadzwonić później, gdy nieco ochłonie

i uspokoi się.