Loteria

Po zjedzeniu kolacji, przejrzeniu najważniejszych jego zdaniem wiadomości w Internecie, Robert wziął prysznic i zasiadł w swoim wygodnym fotelu. Emocje, które towarzyszyły mu przy rozwiązaniu zagadki, opadły i poczuł się jeszcze bardziej senny. Kilka chwil rozmyślał co ma powiedzieć swojemu rozmówcy, gdy ten odbierze. Pomyślał:

- Mam odpowiedź. Zadzwonię. Zobaczymy czy w ogóle odbierze. A może jednak to był tylko jakiś kawał? Hmm... jak nie zadzwonię to nigdy się nie dowiem.

Po czym wziął do ręki telefon i z łatwością odszukał w nim nieprzypisany do żadnego kontaktu numer, który kiedyś wykręcił. Wspomnienie jego pamiętnego snu, w którym ów numer ukazał mu się było wciąż żywe, ilekroć przypominał go sobie. Poszczególne cyfry jawiły mu się w wyobraźni jakby śnił ten sen przed chwilą po raz kolejny. Nawet, jeżeli jakimś trafem zgubiłby telefon i kartkę, na której tamtego poranka zapisywał kolejne wyśnione cyfry, to i tak z łatwością mógłby je sobie przypomnieć. Nabrał głębokiego oddechu, postanowił sobie, by nieco się wyciszyć i rozpoczął wybieranie numeru. Gdy kolejne sygnały telefonu mijały Robert czuł się coraz bardziej spokojny. Doskonale pamiętał, że musi czekać dwanaście sygnałów, aż być może ktoś, odpowie mu z drugiej strony. Gdy minął ten okres ktoś odebrał i powiedział:

- Słucham

- Dobry wieczór. Z tej strony Robert. Dzwonię w sprawie odpowiedzi - powiedział zachowawczo Robert, gdyby jednak jego obecnym rozmówcą okazała się całkiem inna osoba.

- Witaj Robercie. No to czemuż tenże ptaszek lata?

- Bo chcę.

- Wyjaśnij mi proszę swoją odpowiedź - powiedział spokojnym tonem głos.

- Ok, zatem tu nie chodziło o ptaki w ogóle lecz tylko o jednego ptaka. Jeżeli ptak jest ptakiem i ma możliwość by latać, to tylko jego chęć czy akurat chce wzbić się w powietrze dzieli go od jego lotu. Jeżeli zdecyduje, że chce pozostać na ziemi czy na drzewie, to nie poleci. Jeżeli jednak będzie chciał wzbić się do lotu, to to uczyni. Nieważnym jest przy tym w ogóle powód tego, dlaczego akurat w danej chwili pragnie latać. Może czyha na niego jakieś niebezpieczeństwo lub poszukuje pokarmu. Nieważne. Jeżeli akurat chce to lata.

- Rozumiem. A jak wpadłeś na taką odpowiedź? - zapytał nieznajomy.

- Spotkałem w parku całkiem przypadkiem pewnego mężczyznę. Porozmawialiśmy chwilę i trochę opowiedział mi o sobie. Jego sytuacja przypomina nieco tego latającego ptaka. Ma możliwości, by jak ptak lecieć, wzbić się w powietrze lecz nie chce. Dzięki temu zrozumiałem również inny sposób rozumienia tej zagadki - odpowiedział Robert, po czym nabrał nieco powietrza i zrobił chwilę przerwy.

- Kontynuuj proszę. Ciekawi mnie ten inny punkt twojego postrzegania - wtrącił spokojny głos.

- Otóż ludzie są jak ten ptak. Mamy możliwości ku temu, by nasze życie było nieco lepsze, by móc się rozwinąć i przeważnie to od nas zależy to, czy poderwiemy się do lotu, czy zaczniemy latać, czy wykorzystamy nasz potencjał, który mamy w sobie. Oczywiście są sytuacje, w których nie od nas zależy nasze szczęście...- tu przerwał mu nieznajomy i powiedział z wyczuwalnym uśmiechem:

- Dobrze, trafnie odpowiedziałeś na zagadkę. Wiedziałem, że sobie poradzisz. Bystry jesteś Robercie. A czy widzisz, że to, czego się dowiedziałeś, możesz odnieść do siebie?

- Tak, zastanawiałem się nad tym. Ja wykorzystuję swoje możliwości. Mam niezłą pracę, utrzymuję się na dosyć niezłym poziomie. Wykorzystuję swój potencjał. Choć... - na chwilę Robert zawahał się nad odpowiedzią - mógłbym w sumie jeszcze lepiej wykorzystać swój potencjał. Mógłbym mieć więcej pieniędzy, lepszą pracę, lepszy status. Czasem myślę, że mógłbym coś zmienić. Czasem czuję, że stać mnie na więcej. Wtedy dopada mnie moja apatia i zastanawiam się dlaczego. Czuję wtedy jakby niechęć do tego wszystkiego co robię, jakbym czuł, że to nic mi nie da. I ten marazm trwa i trwa, wytrącając mnie z moich prób lotu.

- Rozumiem - rzekł nieznajomy - czy jesteś gotów na następną zagadkę?

- Tak jestem, ale zanim ją zadasz chcę się paru rzeczy dowiedzieć. Czy mogę zadać ci pytania?

- Słucham.

- Ty moje imię znasz, ale ja twojego nie znam. Czy możesz mi je powiedzieć?

- Na tę chwilę, nim poznasz moje imię, nazywaj mnie proszę tak, jak powiedziałem podczas naszej pierwszej rozmowy. Jestem twoim przyjacielem. Nazywaj mnie przyjacielem, bo niewątpliwie nim jestem. Wierzysz mi już trochę?

- Przyjacielem? Wiesz, abym mógł kogoś nazwać przyjacielem muszę go o wiele bardziej znać niż ciebie teraz. Dobieram ich rozsądnie. Nie mam ich wielu, a przynajmniej takich, których mógłbym rzeczywiście nazwać prawdziwymi przyjaciółmi, niemniej ci, co ich tak nazywam, zasłużyli sobie na to miano latami wspólnych przeżyć i doświadczeń. A ty? Szczerze mówiąc to zadajesz mi jakieś zagadki i mówisz, że mi pomagasz. Może tak jest, ale ja tego nie widzę. Sam ocenię to w swoim czasie. A jak mam ci ufać skoro jedynie zadajesz mi zagadki, nie mówiąc o sobie zbyt wiele.

- W porządku - powiedział spokojnie nieznajomy głos. - Nazywaj mnie zatem jak chcesz. Przystanę na każde z twoich określeń. Jak będziesz chciał mnie nazywać tak mnie nazywaj, choćby wyzwiskiem. Nie obrażę się - powiedział i roześmiał się w sposób, który nie wskazywał na szyderę czy chęć odwetu lecz był to śmiech, jakby przyjaciel opowiedział mu właśnie niezły żart. Po chwili przerwy kontynuował: Lecz doprawdy jestem twoim przyjacielem i chcę dla ciebie dobrze. Kiedyś sam się o tym przekonasz, w swoim czasie. Z racji, że wiem więcej niż ty, uważam również, że szkoda będzie twojego czasu na rozważania o tym, kim jestem. W ten sposób odciągniesz się od swoich zagadek. Znam to z doświadczenia. Pomagałem już wielu. Jeżeli miałbyś myśleć o tym, kim jestem, nie myślałbyś nad rozwiązywaniem zagadek, a to akurat one jedynie przybliżą cię do spotkania ze mną. Zobacz ile czasu tracimy na rozmowę o błahych sprawach? Gdybyśmy mieli już teraz się spotkać, to większość rozmowy skupiłaby się na rzeczach nieistotnych dla twojego powodzenia. Dlatego też nasze rozmowy i zagadki mają w swoim końcu za zadanie skupić cię na sprawach jedynie istotnych. Tym samym myślę, że odpowiedziałem również na twoje drugie pytanie, które zapewne chciałeś zadać.

- Yyyy, tak - odpowiedział zdziwiony, nie mogący zebrać myśli Robert. Był pod wrażeniem odpowiedzi swojego rozmówcy i tego, że faktycznie odgadł to, o co chciał go później zapytać, być może w nieco innych słowach.

- Zauważyłeś zapewne jeszcze jedną rzecz, dzięki tej zagadce. - kontynuował przyjaciel - Poznałeś dzięki niej co to znaczy pewność co do właściwej odpowiedzi. To uczucie, które cię przeszyło, kiedy właściwa odpowiedź dotarła do ciebie, jest nieocenione. Takiej pewności oczekuj jak będziesz rozwiązywał kolejne zagadki. I dam ci również teraz nieocenioną radę, choć zrobisz jak będziesz uważał. Kiedykolwiek w życiu będziesz się wahał nad dwoma alternatywami wybierz tę, której będzie towarzyszyło to właśnie uczucie. Wtedy przestaniesz błądzić.

- Pomyślę o tym co powiedziałeś – odpowiedział całkiem zmieszany już Robert. - Jaką masz dla mnie zagadkę na dziś?

- Na dziś? Pewnie trochę czasu znów minie nim do mnie zadzwonisz. Otóż brzmi ona tak: co trzeba mieć, by wygrać na loterii?

Zadawszy to pytanie głos ze słuchawki zakończył rozmowę z Robertem. Ten siedział jeszcze kilka chwil z telefonem opartym na jego policzku i próbował zrozumieć całą rozmowę. Powtórzył kilkakrotnie zadaną mu zagadkę, jakby od niechcenia, by tylko ją zapamiętać, po czym powrócił do rozmyślań o tym, co usłyszał. W tej chwili sama zagadka nie stanowiła dla niego zbyt istotnego powodu ku temu, by odciągać się od swoich przemyśleń odnośnie wypowiedzianych podczas rozmowy słów. Odłożył telefon na stolik, który znajdował się po lewej stronie fotelu, w którym siedział, wstał, podszedł do regału stojącego na przeciwległej ścianie, otworzył barek, gdzie przechowywał zgromadzone alkohole, wyjął butelkę wina i nalał go do jednego z kieliszków w kształcie bombki, które stały na półce powyżej zebranych butelek trunków. Zamknął barek i ponownie zasiadł w fotelu. Tego wieczoru sączył powoli wino, zagłębiając się w otchłań swoich myśli. Zastanawiał się nad minioną rozmową, nad tym jak nazwać swojego rozmówcę, nad zagadką. Nie mógł się nadziwić, że jedna rozmowa spowodowała znaczący wzrost szacunku wobec nieznajomego głosu. Wypił trzy lampki wina i położył się spać.

Weekend minął mu spokojnie. W niedzielne popołudnie rozmyślał nieco nad upominkiem dla kobiety, która uratowała go w piątek.

- Może kwiaty? - pomyślał sobie. - Nie, to zbyt osobiste. Hmm.... kupię jutro w sklepie przed pracą jakieś czekoladki i pójdę tam z samego rana. Punkt powinien być czynny, choć przez tą całą sprawę w ogóle nie spojrzałem do której są otwarci. W końcu pewnie działają głównie dla studentów, więc pewnie będą otwarci.

Przez jakiś czas myślał o wydarzeniach związanych z wydrukiem raportu. Nieraz przypominał sobie łagodny uśmiech dziewczyny, która mu pomogła. Uśmiechał się do siebie chcąc jakby podziękować telepatycznie. Niekiedy jednak znów porywały go myśli jego apatii. Jak zwykle w niedzielne popołudnie walczył sam ze sobą nad swoją motywacją do pracy. To raz kwestionował sens chodzenia do niej i harowania jak trybik w maszynie w imię jakiegoś zagranicznego prezesa, kogoś, kogo nigdy na oczy nie widział, to raz przypominał mu się Czarek z parku i jego obecna sytuacja. Dylemat trwał w najlepsze, jak zwykle o tej porze niedzielnego dnia.

Nazajutrz obudził go budzik. Zerwał się i niemal od razu wpadł w wir czynności, które na ogół wykonywał przed pójściem do pracy. Idąc w stronę stacji metra wstąpił do sklepu i nie namyślając się długo kupił markowe opakowanie słodyczy. Będąc przy budynku swojej pracy, zamiast skręcić w jego stronę poszedł prosto, aż stanął przed punktem ksero. W głębi ducha ponownie uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie piątkową przygodę i jej szczęśliwe

. Obmyślił słowa, które chciał wypowiedzieć zobaczywszy uroczą nieznajomą, wziął głęboki oddech i wszedł do lokalu.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - powiedział męski głos zza lady, gdy Robert całkiem już przekroczył próg wejścia. Zauważył, że nie ma w nim żadnego innego klienta

i wypowiedziane słowa były skierowane wprost do niego.

- Dzień dobry - odpowiedział Robert i przez krótką chwilę wymyślał na prędko inną wypowiedź niż wcześniej zaplanował. Miał wątpliwości czy może powiedzieć któremuś z pracowników geście nieznajomej. Nie wiedział, czy faktycznie dołożyła ze swoich pieniędzy kwotę za wydruk, toteż nie chciał nieumyślnie sprawić, by jego wybawczyni miała przez niego kłopoty.

- W miniony piątek pracowała tu pewna kobieta. Pomogła mnie i mojej firmie wykonać pewien ważny dla nas wydruk. Czy zastanę ją dzisiaj? Ja i mój szef chcielibyśmy jej podziękować za jej trud. - powiedział Robert, będąc dumny z siebie, że naprędce udało mu się sklecić taką wypowiedź, która jedynie nobilitowała kobietę.

- Chwileczkę - odpowiedział mężczyzna, po czym zwrócił się do kogoś przebywającego w głąb punktu, którego wzrok Roberta już nie obejmował. - Kto robił w piątek popołudniu?

- Ryśka - odpowiedział inny męski głos.

- Aha - odpowiedział obsługujący Roberta mężczyzna i zwrócił się do niego- no niestety, ale kobieta pracująca w piątek dziś nie pracuje.

- Z tego co się dowiadywałem to miała pracować dzisiaj - odpowiedział Robert, nie będąc jednak całkowicie przekonanym co do prawdziwości wypowiedzianych słów.

- Tak, ale z tego co mi akurat wiadomo rozchorowała się i nie będzie jej przez kilka dni w pracy. Czy przekazać coś?

Robert stał zadumany. Co teraz? Czy poczekać kilka dni i ponownie spróbować spotkać nieznajomą czy też załatwić sprawę przez pośrednika, odznaczając się profesjonalizmem firmy, w imieniu której przecież działał, według tego, co powiedział pracownikowi punktu. Wybrał tę drugą opcję.

- Rozumiem. Proszę przekazać ten niewielki gest tej kobiecie i moje słowa uznania... i mojej firmy oczywiście. Jesteśmy wdzięczni za tak okazany profesjonalizm Państwa pracownika. Proszę przekazać jej ten upominek. Niemniej chciałbym również pogratulować właścicielowi tego, yyy... ksero, punktu wydruku za wybór doskonałej kadry - Powiedziawszy to Robert wręczył pracownikowi zakupiony wcześniej słodki upominek, podziękował jeszcze raz i wyszedł.

Oddalił się kilka kroków od budynku, w którym działało ksero, przystanął i rozmyślał. Z jednej strony był z siebie dumny, że udało mu się tak pomyślnie załatwić sprawę. Nie dość, że bardzo szybko wymyślił podziękowania w imieniu firmy, co w jego mniemaniu mogło przysporzyć jego wybawczyni jedynie uznania ze strony pracodawcy, to również był zadowolony, że jeszcze jadąc do pracy, w metrze, wsunął dwudziestozłotowy banknot w opakowanie zakupionych słodyczy. Wtenczas zaplanował odpowiednią gadkę, dzięki której taki gest wydałby się nietuzinkowy. Z drugiej jednak strony szkoda mu było zmarnowanej okazji, by móc ponownie porozmawiać z uroczą dziewczyną o brązowych oczach. - Może jeszcze będzie okazja ją zobaczyć. Zobaczymy - pomyślał Robert. - Mam nadzieję, że mój upominek trafi do niej. Ooo!

A może za jakiś czas sprawdzę to sam? Ryśka? Hmm, pewnie Ryszarda. Kto nadaje takie imiona?- dziwił się czterdziestolatek. - Nieważne w sumie jak ma na imię, dla mnie może mieć na imię Kunegunda. Czy to ważne? Mam to gdzieś! Liczy się to, kto stoi za imieniem.

Po tych rozważaniach Robert udał się do swojej pracy. Dzień, jak to zwykle bywa

w poniedziałki był zajęty mnóstwem z góry ustalonej pracy. Analizy i raporty cotygodniowe, żadnych wyzwań, kilka niechcianych maili. Jednym słowem typowy poniedziałek

w korporacji.

Około południa do jego biurka podszedł Adam. Ten sam, który poradził Robertowi udać się w piątek z wydrukiem do punktu ksero. Adam był na oko trzydziestoparolatkiem. Był dość wysokim blondynem, o krótkich włosach i o szczupłej budowie ciała. Usiadł na blacie biurka przy którym pracował Robert i zagaił rozmowę:

- Siema Roberto. Udało się z wydrukiem? Sorki, że nie pomogłem wtedy bardziej, ale musiałem już lecieć. Udało się?

Robert nie miał zażyłych relacji z żadnym ze swoich współpracowników. Nikogo nie mógł określić mianem swojego przyjaciela. Od czasu do czasu jego dział spotykał się po godzinach pracy w którymś z warszawskich klubów, w których on również uczestniczył. Przynajmniej raz do roku wyjeżdżali na firmowy wyjazd, czy to szkolenie czy integrację. Niemniej jednak z nikim nie zdołał się bliżej zaprzyjaźnić. Ze wszystkich kolegów

i koleżanek z pracy, Adama najbardziej lubił. Miał do niego szacunek za jego umiejętności odnalezienia się w grupie. Potrafił żartować, opowiadać różne historie czy też namawiać całą grupę na wykonanie jego pomysłu. Był to taki typ człowieka, który na zewnątrz wydawał się być nader optymistyczny, otwarty, bez niepotrzebnego dystansu wobec swoich rozmówców, z umiejętnością rozmawiania z każdym na każdy temat. Robert miał wrażenie, że każda ciekawa informacja w grupie najpierw musiała przejść przez ucho Adama. Wynikało to raczej nie z jego wścibskości lecz uznania, jakim obdarzali go inni współpracownicy. Adam nigdy nikogo nie wyszydził czy poniżył. Potrafił żenujące dla innych sytuacje obracać w taki żart, że wstyd zamieniał się w uśmiech.

- Cześć. No, udało się. Ledwo. Gruby zbierał się już do wyjścia, gdy wpadłem z raportem. Powiem ci, że miałem niezłego farta tego dnia. Zapomniałem zabrać ze sobą portfela. Na szczęście założyła za mnie kobieta, która wtedy pracowała. - odpowiedział Robert.

- O! - powiedział zaciekawiony Adam - No proszę, ładnie z jej strony. Ciekawe, która to była? Może ta ładna czarnulka? Ryśka?

- Chyba tak, ale skąd ty ją znasz? - zapytał Robert, który był zaciekawiony znajomością kobiety przez Adama. Z nadzieją pomyślał, że może uda mu się czegoś o niej dowiedzieć.

- Niedawno gruby przyłapał mnie na drukowaniu prywaty. Każdy to przecież robi, ale ja miałem pecha. Spojrzał na mnie znacząco i pokiwał palcem. Na razie muszę odpuścić i jak mam coś druknąć, to robię to tam, po pracy. Na szczęście nie mam wiele, więc sobie odpuściłem tutaj. Na jakiś czas, aż trochę o tym zapomni.

- Dobrze myślisz. A co z tą laską? - dopytywał Robert, czekający na ten fragment opowieści rozmówcy.

- Spodobała ci się? - zapytał Adam i uśmiechnął się znacząco. Widząc rysujące się na twarzy Roberta zakłopotanie dodał: - Nie dziwię się, ładna, ale może być zajęta. Próbowałem namówić ją na kawę. Otwarta i miła dziewczyna z niej. Biła od niej taka lekka radość, taki naturalny uśmiech. No ale niestety odmówiła mi.

Słysząc to Robert nieco upadł na duchu. W głębi serca liczył, że może uda mu się nawiązać znajomość z nią. W miniony weekend nieraz powracał myślami do sytuacji

z punktu i z każdym razem w umyśle utrzymywał się widok łagodnego, lecz szczerego uśmiechu kobiety.

- No ładna, ładna. - odpowiedział Robert, pragnąc przykryć swoje zainteresowanie nią i skromny zawód, którego właśnie doświadczył. Uważał się za mężczyznę mniej atrakcyjnego od Adama, zarówno pod względem fizycznym jak i osobowościowym. - Nie, chciałem jej po prostu podziękować dzisiaj rano, ale zachorowała podobno. Zostawiłem jej jakiś upominek. Jeżeli ją spotkasz niedługo, to przekaż ode mnie podziękowania.

- W porządku, będę pamiętał. A skoro mowa o dobrych nowinach. Doszły mnie słuchy, że ten projekt, w którym miałeś wziąć udział, ma jednak ruszyć. - powiedział Adam z miną, na której można było dostrzec nadzieję i optymizm.

- Taaa, może ruszy, może nie. Jak nie będę miał go przyklepanego to nie mam zamiaru się cieszyć. Wcześniej liczyłem na niego, a tu akurat go odwołali. Tym razem nie popełnię tego błędu. Nie dam w sobie rozbudzić jałowej nadziei, by potem złapać jakiegoś doła. Poczekam, aż będzie pewny.

- Trochę optymizmu Robercik - odpowiedział Adam z uśmiechem i wyczuwalną nutą pokrzepiającego głosu. - Daj temu nieco wiary. Nadzieja jest lepsza niż depresja. Lepiej się funkcjonuje.

- Yhy, ale jak nadzieja zanika to depresja osiąga maksa. Już to nieraz przerabiałem, dzięki bardzo. Będę wierzył jak będę już działał w tym projekcie.

- Twoja sprawa - odpowiedział Adam z lekkim odczuciem poddania się wobec postawy rozmówcy. - Grasz jutro?

- W co? - odpowiedział zaciekawiony Robert.

- Cały dział o tym gada w przerwach i marzy, co by sobie kupił. Nie słyszałeś o wielkiej kumulacji w lotto? Tyle milionów. Ja zamierzam kupić ze trzy losy. Trzeba dać szansę, no nie?

- Aaa - zaśmiał się skromnie Robert - słyszałem, trąbią o tym wszędzie. Cały czas reklamy. Swoją drogą niezła ściema z tą loterią. Niby rząd walczy z hazardem u ludzi, ale jak chodzi o ich kasę, to wszędzie reklamują. Przecież to dopiero czysty hazard. Czy ktoś sprawdza jakiegoś małolata czy nie wynosi pieniędzy z domu, aby kupić kilka losów? Nikt cię nie skontroluje przecież, ani nie odmówi ci jak będziesz chciał kupić losy za dziesięć patyków. No nie?

- Masz rację - odpowiedział Adam z podziwem wobec konkluzji Roberta. - ale my traktujemy to jako zabawę. Cały nasz dział powiedział, że zagra. Ustaliliśmy, że jak ktoś trafi przynajmniej piątkę, to stawia dwie kraty dobrego piwa na jakiejś najbliższej imprezie. Zagraj z nami, nie alienuj się.

- Dobra, dobra, zagram. - odpowiedział z uśmiechem Robert. - I tak szczerze wątpię, aby ktokolwiek trafił. Wiesz, jakiego farta trzeba mieć, aby coś trafić? Pewnie mniejszego niż wtedy, gdybym chciał do ciebie zadzwonić nie znając twojego numeru i wybierając liczby na oślep. No ale zagram, może będę miał szczęście?

- No, brawo. Kup dziś los. Jutro pokazujemy swoje losy ekipie. Wpiszemy je, aby potem kantów nie było. Dobra, lecę już do roboty. Trzymaj się i niech szczęście będzie

z Tobą - powiedział Adam, poklepał współpracownika po ramieniu i zaśmiał się radośnie na pożegnanie.

Podczas ostatnich słów, które wymieniał z kolegą, Robert przypomniał sobie

o swojej zagadce. Już w miniony weekend chwilami rozmyślał o jej rozwiązaniu. Teraz odbyta rozmowa skierowała jego myśli na te poczynione rozważania.

- Szczęście, niewątpliwie, to jego potrzeba do wybrania kasy - kontynuował rozmyślania Robert. - Tylko jakoś tego nie czuję w kościach - pomyślał i przypomniał sobie słowa głosu odnośnie całkowitej pewności. - To tak jak z tymi skrzydłami. Niby oczywiste, ale pewnie nie to. Jakoś tego nie czuję. Hmm, dobra, czas pokaże.

Skończył rozmyślania i powrócił do pracy. Wracając do domu wstąpił do sklepu. Gdy miał wychodzić z niego z siatkami zakupów, spojrzał na punkt loteryjny. Zawahał się chwilę, po czym uśmiechnął się w duchu do siebie i zakupił jeden los.

Gdy wrócił do domu, zjadł przyrządzoną na szybko obiadokolację i zasiadł w fotelu. Zaczął analizować miniony dzień. Targały nim różne emocje i myśli. Miał wrażenie, że przeszedł niezłą huśtawkę nastrojów. Pomyślał o punkcie, w którym niestety nie spotkał nieznajomej brunetki, o jej niedoszłym spotkaniu z Adamem i o powodach, dlaczego mu odmówiła. Stwierdził, że zapewne musi być w związku, bo dziwne byłoby, aby nie chciała umówić się z Adamem, jeżeli byłaby wolna. Gdzieś skrycie liczył, że jeżeli dzisiejsza, niedoszła rozmowa przebiegłaby nad wyraz optymistycznie, co Robertowi w takich sytuacjach nieczęsto się zdarzało, to być może również on zaproponowałby jej spotkanie. Teraz pomyślał, że w sumie dobrze się stało, że jej nie było. Przynajmniej wie od Adama, że nie ma sensu pytać o spotkanie i narazić się na jakiś niepotrzebny zawód. - Lepiej pozostawić piękne marzenia niż spotkać się z rzeczywistością, która na zawsze je rozwieje. - pomyślał sobie. Następnie jego myśli skierowały się ku projektowi w pracy, jednak zawziął się, by nie rozbudzać swojej nadziei na jakiś pozytywny wynik. - Nie ma mowy. Jak znowu okazałoby się, że jednak projektu nie będzie, długo zbierałbym w sobie motywację do dalszego klepania tych monotonnych raportów. Przestaję o tym myśleć - i przestał, choć spowodowane było to nagłym dzwonkiem telefonu, który rozbrzmiewał po pokoju. Robert sięgnął po aparat i spostrzegł, że dzwoni Mateusz. Odebrał.

- Witaj - powiedział znajomy głos. - Jak leci?

- Dzięki, nie najgorzej. Mam ostatnio huśtawkę nastrojów, ale tym razem to nie wynik mojej głowy, lecz wydarzeń dookoła. Ostatnio trochę się u mnie dzieje.

- No proszę, co tam się dzieje?

- Żadne wielkie pojedyncze wydarzenie. Po prostu ostatnio mam kilka drobnych epizodów. Raz dobrze, raz gorzej. Tak jakby trochę bardziej normalny tryb życia. Jak wcześniej. Sinusoida, lecz o częstszej fali - wytłumaczył Robert.

- Yyy, to chyba dobrze, nie. Lepiej w sumie mieć sinusoidę niż cały czas dołek. Zawsze są te lepsze momenty, które pomagają przy dołkach - rzucił na pocieszenie Mateusz.

- Może masz rację, nie wiem, chyba za głupi jestem na to. Łatwiej mi zrozumieć skomplikowane algorytmy liczące, niż niekiedy motywy swoich nastrojów.

- To tak jak większość. Podobno nasz umysł to najtrudniejszy labirynt, jaki kiedykolwiek wymyślono. Mnóstwo pułapek i ani śladu wyjścia. - rzucił tajemniczo Mateusz.

- A tobie co? - zapytał zdziwiony wywodami przyjaciela Robert. - Co cię wzięło na filozofię?

- Haha - zaśmiał się do słuchawki Mateusz. - Ostatnio Anka często rozmawia ze swoją przyjaciółką, która ma niezłego bakcyla na punkcie wschodnich religii, no wiesz, buddyzm, zen, tao czy jakoś tam inaczej. Gada tej mojej i ta powtarza, co jej się akurat spodobało. Chcąc nie chcąc studiuję religioznawstwo - powiedziawszy to Mateusz zaśmiał się z opowiedzianego przez siebie żartu, po czym kontynuował: - Słuchaj, jeżeli zatem miałeś właśnie dołek to dzwonię, aby zabrać cię za wyżynę - ponownie zaśmiał się.

W sobotę Ania urządza spotkanie dla znajomych, taką posiadówkę przy stole. Chce zaprosić kilka osób, w tym ciebie. Wpadniesz?

- No to zaskoczyłeś mnie - powiedział zdziwiony Robert - a co z dziećmi? A.. wyzdrowiały już, wszystko w porządku?

- Nie martw się, widać, że ojcem jeszcze nie jesteś. Na dobą sprawę to mogłyby być z nami, ale Ania dogadała się z dziadkami i podeślemy je do nich. A co do zdrowia to dzięki, wszystko już w porządku. Trochę pochorowały, obuchem dostała Anka, ale już wszyscy zdrowi. Możesz przychodzić, nie zarazisz się - powiedział ze śmiechem Mateusz.

- Wiesz Mati, ciebie znam bardzo dobrze, ale z Anką nie mam bliskiego kontaktu. Pewnie chce zaprosić swoich znajomych, jakieś spójne towarzystwo. Raczej nie będę czuł się tam swojo. - powiedział zmieszany Robert.

- Przestań gadać głupoty - odpowiedział stanowczo przyjaciel. - To nie żadna paczka. Anka nie ma paczki. Będzie jedno znajome małżeństwo, Błażej z Ewą. Będą trzy znajome Anki. Sama zaproponowała, abym zaprosił również kogoś ode mnie, aby wymieszać trochę ekipę testosteronem. Haha, wspomniała o tobie. Ja również sam tak pomyślałem. Po tym ostatnim naszym niedoszłym wypadzie stwierdziłem, że nadarza się super okazja, bym ci trochę to zrekompensował. Będzie jeszcze mój kolega z pracy, Łukasz, ten z którym kiedyś wspólnie robiliśmy piwo, pamiętasz?

- Tak, pamiętam, w porządku gość - odpowiedział Robert, po czym dodał nieco zakłopotany. - Widzisz, ja myślę, że ostatnio nie jestem najlepszą partią do takiej biesiady. Częściej mam doły niż wzloty. Sam przecież wiesz, nieraz ci mówiłem. Niewiele się jeszcze u mnie poprawiło. Wolałbym nie zamulać towarzystwa.

- Przestań. Takie spotkania bywają uzdrawiające. Zresztą nikt nie każe ci być duszą towarzystwa i nikogo zabawiać. Zresztą to nie konferencja. Będzie nieco alkoholu. Pogadamy, pośmiejemy się. Nie ma co. Liczę na ciebie stary, że przyjdziesz. Anka zresztą też tak uważa. Wie przecież, co przechodzisz. Myśli, że nie ma to jak oderwanie się od codziennego marazmu.

- Ty, ale chyba nie gadasz z Anką na temat tego, co ci się zwierzałem? - zapytał zirytowanym głosem Robert.

- Daj spokój, Robert. Nie gadam szczegółów, co i jak. Jedynie ogółem. To moja żona, zresztą, ona cię lubi, choć ty możesz tego tak nie odczuwać. Czasem dopytuje mnie jak u ciebie jest, więc mówię, ale nie martw się, szczegółów nie zdradzam. Robert, znasz mnie przecież.

- Tak, tak, przepraszam za te podejrzenia. Jasne, rozumiem - odpowiedział nieco uspokojony Robert. - Ok, przyjdę. Co kupić?

- Świetnie. Już się nie mogę doczekać. Jedzenie ogarniamy my i Błażej z Ewką. Dziewczyny mają za zadanie kupić jakieś wina, a faceci coś mocniejszego. Rozmawiałem

z chłopakami i ustaliliśmy, że napijemy się whisky. Wiem, że czasem też lubisz, więc kup jakąś butelkę. Tylko nie rzucaj się na jakiś drogi gatunek, bo i tak z colą będziemy łykać. Haha - powiedział Mateusz. Robert przystał na tą propozycję. Na koniec zapytał jeszcze

o godzinę i dowiedział się, że impreza zacznie się o 19:00.

- Raz słońce, raz deszcz - pomyślał, odłożywszy telefon na stolik. - Zobaczymy. Będzie Mati i Łukasz. Czemu nie.

We wtorek Robert pokazał zebranym współpracownikom swój kupon, posłuchał marzeń niejednego o drogich samochodach, domach z basenem, porzuceniu pracy i tym podobnym, które przy takiej okazji najczęściej się słyszy. Wieczorem, gdy miał już kłaść się spać, przypomniał sobie o zagadce, która nadal była nierozwiązana. Pomyślał, że jeżeli trafi cokolwiek, to znaczy, że odpowiedzią na zagadkę jest szczęście. Wyszukał w telefonie wyniki wieczornego losowania i z nieco smutną miną dowiedział się, że nie trafił ani jednej liczby. - Może i szczęście jest potrzebne, by wygrać, ale ja go nie mam. Ehh, głupia loteria. Na moment nawet ja, pan analityk, dałem się zwieść głupim marzeniom hazardzistów. Szkoda pieniędzy. - pomyślał, po czym odłożył telefon i niebawem udał się spać.

Następne dni minęły Robertowi dość szybko. W środę okazało się, że nikt z całego towarzystwa nie trafił choćby najmniejszej wygranej. Pośmiali się i porozmawiali na temat prawdopodobieństwa wygranej. Znów pomarzyli przez chwilę, po czym temat zniknął z afiszu tak prędko jak się pojawił w poniedziałkowy ranek. W kolejnych dniach niewiele się działo. Robert rzadko myślał o zagadce zadanej przez tajemniczy głos. Nie miał w ogóle pomysłu, jak może brzmieć rozwiązanie. Niekiedy wieczorami głowił się chwilę nad nią. Częściej jednak ponownie dopadał go jego marazm, jego apatia. Czuł się nijako, zdołowany bez żadnego jawnego powodu. Wszystko wydawało mu się takie jałowe, pozbawione sensu, życia i koloru. Nie widział żadnej otuchy w kolejnym dniu pracy. Jedynie sobotnia impreza wprowadzała w jego umysł nieco światła, choć i tę myśl Robert dusił od razu w zarodku. Obawiał się, że gdy znów napawa się nadzieją to znów okaże się, że niepotrzebnie i dostanie telefon o odwołaniu jej. Nie mógł, a zapewne nie chciał znaleźć niczego optymistycznego, czego mógłby się uczepić. Wszystkie myśli, które wydawałyby się nieść ze sobą nieco nadziei obracał w pesymistyczne wnioski. Zastanawiał się nad przeżytą niedawno huśtawką nastrojów. Zaśmiał się, że pewnie coś takiego kobiety muszą przechodzić co miesiąc podczas swoich dni, ale potem uśmiech zamienił się w swego rodzaju współczucie. - Taka huśtawka nie jest w sumie niczym dobrym. Tylko rozpala nadzieje. Potem mam wrażenie, że człowiek czuje się jeszcze gorzej - pomyślał. Nie mogąc bądź też do końca nie chcąc odnaleźć cudownej recepty, kończył swoje wieczory zasypiając w fotelu, z głową opartą na jednym z ramion.

W czwartkowy wieczór natomiast Robert zamówił przez Internet kalendarz na nowy rok, na który przypadkiem natrafił przeglądając kolejne witryny. Według opisu

i zdjęć, na każdej kartce był widok Tatr. Uwielbiał chodzić po górach, chodź dawno już nie miał okazji by wybrać się w nie i pochodzić szlakami, które za młodu często odwiedzał. Lubił zarówno spacery dolinami, jak i wdrapywanie się na dostępne szczyty. Góry były dla niego bardzo symboliczne. Z tego co pamięt

ał obecnie czuł się w nich nieco bardziej wolny od teraźniejszego zgiełku, a zarazem czuł do nich respekt. Nade wszytko jednak lubił ciszę i spokój, które mógł najlepiej odczuć będąc właśnie tam. Ostatnimi czasy zbyt często słyszał o tłoku w swoich ulubionych górach

i za każdym razem rezygnował z wyjazdu w tym kierunku, obawiając się, że zamiast nacieszyć zmysły będzie denerwować się tłumem otaczających go ludzi. Nie chciał zburzyć swojego idyllicznego wspomnienia o wędrówkach, których podejmował się, gdy był dwudziestolatkiem. Jednakże uwielbiał patrzeć na nie, dlatego też zamówił ten kalendarz. Był on sporych rozmiarów, a zdjęcia, według opisów przedstawiały piękne ujęcia najciekawszych miejsc tych okolic. Zamówił dostawę do domu z opcją wieczornego, poniedziałkowego doręczenia.

Nadeszło sobotnie popołudnie. Nadchodziła godzina spotkania w domu Mateusza. Robert bez żadnych większych emocji rozmyślał o możliwych wydarzeniach na imprezie. Uszykował strój na wieczór, napił się lampki wina przed wyjściem, zjadł skromny posiłek, by przypadkiem nie rzucić się na postawione na stole jedzenie i wyszedł z domu. Po drodze wstąpił do sklepu i kupił dużą butelkę whisky. Mateusz z Anią mieszkali w innej dzielnicy Warszawy, w mieszkaniu trzypokojowym, mieszczącym się na trzecim piętrze na osiedlu, które powstało dopiero kilka lat temu. Zadzwonił domofonem, po czym usłyszał sygnał i wszedł na osiedle. Gdy był już przed samymi drzwiami słyszał dobiegający ze środka mieszkania odgłos rozmów. Spojrzał na zegarek. Była 19:20. Wziął głęboki oddech i zadzwonił do drzwi wejściowych.

Otworzyła mu Ania i na przywitanie powiedziała:

- Witaj Robert, cieszę się, że już jesteś i że przyszedłeś. Dobrze cię ponownie widzieć. Jak u Ciebie?

- Dziękuję, jakoś leci. Dziękuję za zaproszenie. Jestem ostatni? - zapytał nieco speszony Robert.

    • No tak, wszyscy już dopisali, ale dopiero przed twoim przyjściem, tak więc nic ci nie umknęło. Rozbierz się i chodź do nas. - odpowiedziała Ania, po czym podeszła do głównego, największego pokoju mieszkania, w którym miało odbyć się spotkanie i zawołała Mateusza. Ten przybył od razu i serdecznie przywitał się z Robertem, który właśnie wieszał swoją kurtkę na wieszaku. Po chwili zaprowadził go do dwudziestokilkumetrowego, dobrze oświetlonego pokoju, w którym na środku stał nakryty białym obrusem, zastawiony stół. Wokół niego rozstawione były krzesła na których właśnie zasiadali uczestnicy spotkania. Na stole stały przekąski, dzbanki z napojami, rozstawione talerze i sztućce wokół nich. Po środku stał świecznik wykonany w nowoczesnym stylu, z miejscem na kilka świec, które to były już zapalone. Cały pokój urządzony był w stylu modernistycznym, jednakże obecnie przygotowanym na przyjęcie kilkoro gości. W jednym z rogów pokoju znajdowała się kuchnia, oddzielona od reszty pomieszczenia jedynie blatem. Gdy Robert wraz z Mateuszem weszli do pokoju, rozmowy ustały, a wzrok obecnych skierował się ku nowemu przybyszowi. Ania, widząc wchodzących zwróciła się do siedzących już gości:

- To jest Robert, przyjaciel mojego, yyy, to znaczy nasz przyjaciel ze strony Roberta - powiedziawszy to uśmiechnęła się w jego kierunku.

- O, szachista - zwrócił się znajomy głos Łukasza, którego Robert poznał na jednym ze wspólnych wieczornych wypadów z Mateuszem. - Tylko nie grajcie dzisiaj, bo pośniemy - zażartował.

- Nie, dziś mamy w planach czytać szkockie książki - odpowiedział pogodnie Robert, po czym uniósł do góry zakupioną przez siebie butelkę whisky. Jego zręczna odpowiedź spodobała się pozostałym i w pokoju rozległ się donośny śmiech. To rozluźniło nieco Roberta, który następnie podszedł do każdej z osób, przywitał się z nią, a Ania przedstawiała ich sobie.

Wpierw Robert poznał Błażeja i Ewę. Okazało się, że byli oni zaprzyjaźnionym

z Anią i Mateuszem, dzietnym małżeństwem, z którymi regularnie spotykali się choćby przy okazji wspólnych zabaw dzieci. Następnie Robert przywitał się z Łukaszem, którego już znał wcześniej. Potem Robert poznał kolejno trzy kobiety: Izę – przyjaciółkę Ani z byłej pracy, Martę - młodszą siostrą Ani oraz Dominikę - wieloletnią przyjaciółką gospodyni, jeszcze z czasów szkoły średniej. Gdy wszyscy zasiedli do stołu, spotkanie zaczęło się na dobre.

Z początku rozmowy były nader lakoniczne, sprowadzające się do wspólnych tematów wybranych osób. Goście jedli przygotowane potrawy, zachwalali ich smak, wypili kilka drinków czy lampek wina, kiedy to rozmowy powoli zaczęły zmierzać ku bardziej osobistym tematom. Robert ograniczał się jedynie do słuchania ogólnej dyskusji, od czasu do czasu odpowiadał na pytania, głównie dotyczące jego pracy. Rzadko zamieniał kilka słów z Mateuszem, który siedział tuż koło niego.

Jedna z ciekawszych według Roberta rozmów tego wieczoru dotyczyła życiowego wyboru dokonanego przez trzydziestoparoletnią Izę. Dyskusja rozpoczęła się od komunikatu Ani, skierowanego na głos do całego towarzystwa.

- Słuchajcie moi drodzy. Dziś chcę uczcić moją wieloletnią przyjaciółkę Izę, która postanowiła opuścić mnie w mojej walce z trudami codziennej pracy, w naszej niekochanej firmie. Dziękuję ci za te lata, najdroższa. Nie wiem jak sobie poradzę bez ciebie, ale życzę ci jak najlepiej, wiesz o tym. - powiedziawszy to skierowała rękę trzymającą kieliszek z winem w kierunku swojej przyjaciółki, chcąc w jakiś sposób ją uhonorować, po czym dodała: - Iza postanowiła zrezygnować z pracy i rozpocząć działać na własną rękę.

Po pokoju rozległy się westchnięcia. Wszystkie oczy skierowały się ku Izie, by ta opowiedziała coś więcej.

- Faktycznie, jak Ania powiedziała, wczoraj ostatni raz poszłam do pracy. Chcę zostać grafikiem. Pracowałam przez tyle lat przy czymś, co mnie do końca nie satysfakcjonowało. Postanowiłam zmienić coś w swoim życiu i rozpocząć pracę przy tym, co zawsze uwielbiałam.

- Świetnie, znasz się na grafice? - zapytał Błażej.

- Tak, skończyłam ASP, ale co po tym można robić. Zawsze lubiłam tworzyć, malować, rysować. Gdy to robię, czuję, że moja dusza śpiewa, że ma upust, że oddycham. Zawsze marzyłam, aby tak pracować, a nie inaczej. Niestety, ale życie zweryfikowało mój młodzieńczy zapał. Musiałam znaleźć pracę, niewiele znałam się na komputerach. Na szczęście, gdy ją znalazłam, szybko zaznajomiłam się z technologią, później na własną rękę uczyłam się programów graficznych. A teraz myślę, że czas już spróbować pójść dalej.

- Gratulacje, trzymam kciuki kochana, że ci się uda, choć bardzo żałuję, że już nie będę miała do kogo żalić się na tych starych jełopów, którzy wymyślają gruszki na wierzbie - powiedziała Ania.

- Skarbie, teraz będę już prawie zawsze na telefon dla ciebie. Dzwoń, jeżeli tylko będziesz chciała. - odpowiedziała Iza, uśmiechając się czule do gospodyni.

- Masz już jakiś klientów? - zapytał z kolei Łukasz. - Jak to widzisz?

- Na razie daję sobie trochę czasu, by móc uporządkować myśli. Taki przedłużony nieco urlop. Mam kilka pomysłów. Zabieram się za przygotowanie strony, portfolio. Czytałam dużo o innych ludziach, którzy podjęli takie wyzwanie jak ja. Poznałam to, o co muszę zadbać, na co zwrócić uwagę. Mam trochę odłożonego grosza, tak więc nie mam topora nad głową.

- Trzeba podążać wyznaczoną nam drogą - wtrąciła Dominika, która ostatnimi czasy poznawała wschodnie religie. - Jeżeli tylko czujesz w sercu, że to będzie dla ciebie najlepsze w tej chwili, to podążaj za głosem serca.

- Nie boisz się, że ci się nie uda? Że nie znajdziesz klientów? Że rynek już jest pełny tego rodzaju freelancerów? - zapytał Robert, który bacznie przysłuchiwał się rozmowie. Dyskusja przypomniała mu jego młodzieńczy zapał, błysk w oku, który miał, gdy kończył studia i zaczynał swoją pracę. Nieraz myślał o jej zmianie, lecz nie miał innego pomysłu na siebie niż to, co dotychczas robił.

- Nie zniechęcaj jej! - powiedział stanowczo Mateusz. - Skoro ma taką wizję i wykonała krok, to tylko życzyć jej powodzenia.

- Tak - odpowiedział Robert. - Przyznasz jednak, że rolą dobrych znajomych oprócz zachwytu nad decyzją jest również rozmowa o drugiej stronie medalu. Czasem przyjaciele muszą zapytać o to, co będzie, jeżeli się nie uda. Dzięki temu ktoś może się lepiej przygotować do zmiany, prawda? Poza tym, ja jako nadworny pesymista nie byłbym chyba sobą, gdybym nie zadał tego pytania. Jeśli uraziłem to przepraszam. - powiedział Robert, pierwszy raz nieco zwierzając się tego wieczoru.

- W porządku - rzekła Iza. - Nie raz mnie o to pytano. Zwłaszcza moja rodzina, która cały czas powtarza mi, że stabilizacja jest najważniejsza. Sugerowano mi, abym rozkręcała biznes po pracy, wieczorami, lecz ja tak nie umiem działać. By tworzyć, a przynajmniej ja, muszę mieć bardziej otwartą głowę. Zaryzykowałam. Przede wszystkim mam wielką motywację do tego, by mi się udało, mam chęć, by wzbić się niczym ptak do lotu.

Powiedziawszy to, Robert poczuł bliżej nieokreślony impuls, dreszcz przebiegający po całym ciele. Od razu przypomniały mu się jego rozmowy z nieznajomym głosem, zadana za pierwszym razem zagadka i jej rozwiązanie. Odpowiedział:

- Tak, chęć do zmiany swojego życia jest bardzo ważna. Nie zrozum mnie źle, życzę ci naprawdę dobrze, ale ciekawi mnie czy nie masz obaw, że się nie uda?

- Oczywiście, że mam, ale co począć, skoro czuję, że powinnam, że tego pragnę

i myślę, że mam możliwości. Jeżeli nie zaryzykuję to się nigdy nie dowiem, czy dobrze zrobiłam. Pracować po godzinach twórczo nie potrafię do końca. Myślę, że gdy moja głowa jest zajęta jeszcze analizowaniem wydarzeń w pracy to nie mogę wydobyć z siebie całego mojego talentu. Muszę zatem spróbować. Wiesz Robert, wierzę, że mi się uda. Tak muszę do tego podejść i podchodzę.

- Brawo Izo - wtrąciła ponownie Dominika. - Ja uważam, że nawet jeżeli nie powiedzie ci się finansowo, to i tak dobrze zrobiłaś. Dobra jest sama próba pójścia drogą, która nam się objawia w życiu. Samo spróbowanie już jest zwycięstwem nad samym sobą i swoimi lękami.

- No, a jak ci się nie powiedzie, to zawsze możesz znaleźć ponownie pracę. Ładna, mądra kobieta poradzi sobie - zagaił Łukasz, po czym w pokoju rozszedł się śmiech, wskazujący na optymistyczne zakończenie dyskusji.

Robert był pod wrażeniem Izy. Na bok odeszły jego myśli dotyczące ewentualnego czarnego scenariusza podjętej przez nią decyzji, które od początku roiły mu się w głowie. Jeszcze przez chwilę patrzył na nią. Zauważył, że jest dosyć nieśmiałą lecz uroczą kobietą, o drobnych kształtach. Niepozorna istota, która jednak znalazła w sobie dość siły, by pójść za głosem serca.

Dalsze rozmowy dotyczyły już zazwyczaj żartów i ciekawych, zasłyszanych historii. Goście jedli potrawy, popijali alkohol i dobrze się bawili. Wytworzyła się wśród nich przyjacielska atmosfera, jakby wszyscy znali się kilka dobrych lat i nieraz wspólnie bawili się we własnym towarzystwie. Nawet Robert, który przeważnie był bardziej niż inni zamknięty w sobie, chętnie uczestniczył w różnych dyskusjach i żartach. W pewnym momencie Dominika zapytała Anię, czy mogłaby gdzieś zapalić. Wtem odezwał się Błażej:

- Ty palisz? Trochę nie pasuje to do twojej doktryny.

- Nie wszystkie zmiany naraz, po kolei. Przyjdzie na to pora. Nie palę dużo, ale czasami lubię, gdy jestem na imprezce - odpowiedziała Dominika, po czym podniosła się

i skierowała się w stronę balkonu.

- Poczekaj, pójdę z Tobą, dla towarzystwa - powiedział Robert i ruszył w stronę Dominiki.

Gdy otworzyli drzwi balkonowe zauważyli, że na dworze jest całkiem chłodno. Wrócili więc po kurtki i ubrawszy je, skierowali się ponownie w stronę wyjścia. Gdy znaleźli się już na zewnątrz czterdziestoletnia z wyglądu kobieta, o blond włosach i nieznacznie otyłej budowie ciała, wyjęła paczkę papierosów i skierowała ją w kierunku Roberta.

- Palisz? - zapytała.

- W sumie to nie, rzuciłem kilka lat temu, ale od czasu do czasu, zwłaszcza przy takich okazjach zdarza mi się zapalić jednego czy dwa. Tak więc rozumiem cię dobrze - powiedział Robert i sięgnął po papierosa.

Złapawszy pierwszych kilka wdechów papierosowego dymu Iza rozpoczęła rozmowę:

- Czemu zatem pan pesymista jest pesymistą?

- Bo nie widzę optymizmu - odpowiedział zdawkowo Robert, uśmiechając się przy tym dodał - Chyba wolę widzieć rzeczy bardziej pesymistycznie, bo nie czuję zawodu, gdy coś się zaczyna psuć.

- Wiesz - odpowiedziała znajoma - każdy ma wzloty i upadki. Taka sinusoida nastrojów dotyka każdego. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Nieuniknione.

- No ja wolę chyba jednak uniknąć tych gorszych chwil.

- A unikasz gdy bronisz się przed dobrymi? - zapytała Dominika i kontynuowała, widząc zamieszanie u swojego rozmówcy. - Gdy nie chcesz patrzyć z optymizmem to sam pozbawiasz się chwil radości. Sam wybierasz jedynie dołki, nie pozwalając sobie wzbić się na wyżyny, choćby na krótko.

- Jak ten ptak - odpowiedział Robert, przypomniawszy sobie zagadkę.

- Słucham? - zapytała Dominika.

- Mało istotne - odpowiedział. - Widzisz, nie bardzo widzę po co miałbym patrzeć optymistycznie. Nie mam dzieci, nie jestem w związku, rozwiodłem się niedawno. Pracę mam taką jaką mam. Zrezygnować z niej nie mogę tak jak Iza, ponieważ nie bardzo mam pomysł na siebie. Czasem pojawiają się przebłyski lepszego jutra, ale potem coś ponownie wgniata mnie w dół. Myślę, że bardziej od innych odczuwam wtedy swoje upadki.

- Myślę, że brak ci wiary w to, że może być u ciebie lepiej. Dzieci, żona, praca czy pieniądze nie są głównym powodem naszego szczęścia. Można być samotnym i szczęśliwym, można być biednym i szczęśliwym. Spotkałam kiedyś bezdomnego, który czuł się niesamowicie szczęśliwy.

W tym czasie Robert przypomniał sobie o Cezarym, z którym niedawno rozmawiał w parku i stwierdził, że faktycznie pomimo jego sytuacji, wydawał się on nad wyraz szczęśliwym człowiekiem.

- No ja też takiego spotkałem niedawno - odpowiedział Robert, po czym sięgnął po kolejnego papierosa z paczki, którą Dominika skierowała w jego stronę.

- W każdym razie, głównym powodem naszego nastroju jest jedynie nasz umysł, to co myślimy, a nie to co dzieje się dookoła nas - powiedziała Dominika, jednocześnie zauważając na twarzy Roberta niezrozumienie. - Polecam ci pewną książkę, która może ci odrobinę pomóc. Sama ją niedawno przeczytałam i otworzyła mi nieco w głowie.

- Nie zrozum mnie źle - odpowiedział Robert. - Nie bardzo jestem zainteresowany religiami wschodnimi. W ogóle nie jestem zainteresowany religiami. Myślę, że to nie dla mnie tematyka.

- A ja jednak myślę, że dla ciebie - odpowiedziała. - To nie jest książka o religii tylko o naszym nastroju. To, że ja się interesuję tymi religiami nie znaczy, że będę cię do tego namawiać, ale to co ci proponuję nie dotyczy tego. Myślę, że swobodnie możesz po to sięgnąć i przeczytać. Polecam.

- Ok, co to za książka? - zapytał gasząc papierosa Robert, nieco przyparty do muru sugestiami Dominiki.

- I tak teraz nie zapamiętasz. Chodź wrócimy do środka i zapiszę ci na kartce - oznajmiła Dominika, po czym również zgasiła papierosa i oboje udali się z powrotem do biesiadników. Od razu zostali pochłonięci dyskusją o przewadze kina europejskiego nad amerykańskim. Rozmowa toczyła się dosyć burzliwie. Jedni wskazywali na przewagę filmów z rodzimego kontynentu, podając tytuły wielkich reżyserów, inni natomiast podawali argumenty na korzyść kina zza oceanu. Robert zapomniał o książce tak szybko, jak się

o niej dowiedział.

Impreza trwała jeszcze jakiś czas. Po pewnym czasie Błażej z Ewą stwierdzili, że muszą już się zebrać, aby zwolnić nianię, którą zatrudnili do opieki nad dziećmi, aby móc przyjść na spotkanie. Po ich wyjściu towarzystwo zaczęło się powoli zbierać. Gdy Robert uznał, że czas najwyższy na jego powrót do domu, udał się do przedpokoju i zaczął się ubierać.

- I jak Robert, dobrze było? - zapytał Mateusz z lekko podpitym wyrazem twarzy. - A nie mówiłem, że będzie świetna zabawa?

- Tak, dzięki za zaproszenie - odpowiedział Robert i skierował głowę w stronę Ani, która towarzyszyła mężowi - dziękuję Aniu za zaproszenie, poznałem wspaniałych ludzi. Dobrze się bawiłem. Przydało mi się to, nie ukrywam - po czym uśmiechnął się w jej kierunku, pocałował w policzek na odchodne, podał rękę Mateuszowi, odwrócił się i skierował się ku drzwiom.

Gdy był już pod drzwiami usłyszał głos Dominiki, która nieoczekiwanie zjawiła się w przedpokoju:

- Masz - powiedziała, wciskając zawiniętą kartkę papieru w kieszeń kurtki Roberta. - Może się przydać.

- Dzięki, zobaczymy - odpowiedział Robert i uśmiechnął się w jej kierunku.

- No proszę, jakieś rendez-vous się szykuje. Robercik, nie poznaję kolegi - zażartował Mateusz, jednakże nieco wierząc w swój żart. Robert jedynie uśmiechnął się w kierunku Roberta, Ani i Dominiki. Dominika odwzajemniła uśmiech przy czym powiedziała:

- Tak, mamy pewne sprawy z Robertem do załatwienia - i mrugnęła okiem w jego kierunku. Robert uśmiechnął się ponownie, odwrócił się, otworzył wejściowe drzwi i wyszedł.

Niedziela minęła mu głównie na leczeniu kaca. Krzątał się to tu, to tam, a to coś podjadał ciągle, a to z otępioną miną oglądał wiadomości w komórce, a to odbywał krótkie, godzinne drzemki. Po jednej z nich przypomniał sobie o kartce, którą wetknęła mu w kieszeń Dominika. Wyciągnął ją, rozwinął i przeczytał:

Potęga teraźniejszości. Ekhart Tolle.

Powodzenia, Dominika

Robert odłożył kartkę na biurko, przy którym czasem pracował i zajął się innymi rzeczami, nie myśląc ani o książce ani o odbytej na balkonie rozmowie z poprzedniego wieczoru.

W poniedziałkowy wieczór, gdy już sporo czasu minęło odkąd Robert wrócił do domu z pracy, zadzwonił dzwonek do drzwi. Zerknął przez wizjer i zobaczył kuriera. Natychmiast otworzył. Kurier potwierdził tożsamość Roberta po czym wręczył paczkę z zapakowanym w tekturę kalendarzem, prosząc jednocześnie o podpis. Nie mogąc znaleźć długopisu kurier zaczął grzebać w kieszeni. Po chwili wyjął długopis, lecz jakaś pogięta kartka papieru wyleciała mu z tej samej kieszeni i trafiła pod nogi Roberta. Robert podniósł ja i zauważył, że jest to kupon loteryjny. Podpisawszy protokół, zwrócił się w kierunku kuriera:

- Gra Pan w lotto? Ja ostatnio też zagrałem jak była ta kumulacja i niestety dalej tu mieszkam.

- A no puszczę czasem jakiś los, może będę miał szczęście.

- Ja jakoś nie wierzę w tę grę. Zagrałem jedynie przez namowę kolegów z pracy. W sumie to nigdy nic nie wygrałem. A Pan? Wierzy Pan, że może Pan trafić szóstkę? Wie Pan jaka to mała szansa? - zapytał z niezbyt wielkim zainteresowaniem co do odpowiedzi, jaką otrzyma od kuriera.

- Panie, jakbym nie wierzył to bym nie grał. Szansa mała, ale wygrana bardzo duża. Trzeba próbować. - odpowiedział kurier i udał się z powrotem klatką schodową. Robert zamknął drzwi i ponownie jak kiedyś stanął osłupiały opierając się na zamkniętym wejściu do swojego mieszkania. Powiedział do siebie:

- Zatem taka jest odpowiedź na twoją zagadkę, przyjacielu. Wiara. Wiara w to, że może się udać. No tak, szczęściu trzeba dopomóc kupując los. Jednak, jeżeli nie wierzyłbym choć małą odrobinkę w to, że może mi się udać, nigdy był nie zagrał. Jeżeli wiedziałbym, że jakaś gra jest na sto procent oszukana, to nigdy bym w nią nie zagrał, bo bym w nią nie wierzył. Gdy jednak mam choć odrobinę wiary w to, że mogę wygrać, dopiero wtedy jestem w stanie kupić los. A dopiero, gdy kupię los mogę coś wygrać.

Gdy nad tym myślał ogarnęło go to samo uczucie, gdy rozwiązał pierwszą zagadkę. Ponownie miał niesamowitą pewność, co do poprawności swojej odpowiedzi. Po prostu wiedział, że to jest to. Fala przyjemnych dreszczy ogarnęła go całego na króciutką chwilę. Usiadł w fotelu, odkładając na bok otrzymaną przesyłkę i zadumał się. Stwierdził, że wiele wydarzeń, które zaszły od momentu zadania mu zagadki naprowadzało go na prawidłową odpowiedź. Przypomniał sobie o swojej rozmowie z Adamem odnośnie projektu, przypomniał sobie o dyskusji na temat decyzji Izy oraz rozmowy przy papierosie z Dominiką. Zrozumiał, że odpowiedź miał tuż przed nosem, ale jej nie dostrzegł. Zadowolony z siebie i z tego co udało mu się wymyślić postanowił, że ponownie zadzwoni do nieznajomego głosu. Czuł się jednak nieco zmęczony całym dniem i postanowił, że zadzwoni nazajutrz.