Numer

Wersja PDF


Pewnego jesiennego wieczoru, gdy liście na drzewach już całkiem pożółkły, a mgła była coraz częstym towarzyszem wieczornych spacerów, Robert wracał do swojego wynajętego mieszkania na Bielanach. Wracał z kolejnej wizyty u psychoterapeuty. Sam do końca nie wiedział, czy te wizyty choć trochę mu pomagają.

– Czy to mi coś daje? Czy choć trochę uleczyłem się ze swojej apatii? Czy choć trochę poczułem się lepiej? - pomyślał.

Choć starał się wcielać w życie słowa swojego lekarza, to jednak obłok czarnych myśli wciąż zatruwał mu umysł. Już sporo czasu trwała jego psychoterapia. Minęła właśnie dwudziesta pierwsza wizyta. Trwało to już pół roku. Pierwsze symptomy depresji zaobserwował u siebie około czterech miesięcy po rozwodzie. Z początku całkowicie bagatelizował problem, zrzucając winę na monotonny okres w swoim życiu i w pracy. Już osiem lat minęło kiedy podjął pracę w jednej z warszawskich korporacji na stanowisku analityka. Osiem lat na jednym stanowisku, w tym samym budynku, u boku tego samego szefa. Burzliwy związek z żoną, w którym podczas jego ostatniej fazy częściej występowały kłótnie niż zgoda, wprowadzał do jego życia nieco emocji, nieuporządkowania, chaosu. Na jednej z sesji terapeutycznych wydedukował, że kłótnie z żoną stanowiły w jego życiu momenty oderwania się od monotonii dnia codziennego. Dzięki nim zapominał o wszelakiej nudzie, która towarzyszyła mu na co dzień. Sprzeczka, awantura, ciche dni, pogodzenie, seks na zgodę stanowiły dla niego na tyle silny bodziec emocjonalny, że nie w głowie było mu poszukiwanie nowych wyzwań w życiu. Choć nie zdawał sobie z tego sprawy była to cotygodniowa rutyna. Dopiero sesje z lekarzem uzmysłowiły mu, że w pewnym momencie stał się uzależniony od takiego przebiegu życia.

Jednak po rozwodzie kolejne dni zaczęły całkowicie zlewać się ze sobą. Praca, dom, dom, praca, czasem jakieś spotkanie ze starym znajomym, czasem wyjście do sklepów, czasem film, czasem książka, czasem alkohol. Choć nie można było go określić mianem typowego alkoholika, to jednak rzadko bywał tydzień, w którym nie sięgałby po jakiś trunek. Niekiedy było to kilka piw w piątkowy wieczór, niekiedy pół butelki wina przy sobocie. Nieraz rozmyślał sobie w duchu, co zostało z jego młodzieńczego zapału, z jego chęci życia, z jego werwy. Mając dwadzieścia kilka lat miał poczucie, że góry może przenosić, że cały świat stoi przed nim otworem. A teraz wszystko stawało się takie same, nudne, bez głębszego celu i sensu. To, za co był wdzięczny wizytom u terapeuty, była sama świadomość tego faktu, świadomość negatywnej, w jego odczuciu zmiany, jaka w nim nastąpiła przez te wszystkie lata. Choć do tej pory nie wiedział, jak ma temu zaradzić, to jednak często zastanawiał się nad przebiegiem swoich dni i tygodni. Widział w sobie wielki marazm, choć nie wiedział jak mu zaradzić. Przede wszystkim zastanawiał się czy cokolwiek może to odmienić. Nie widział sensu w zmienianiu pracy, w wyjeździe do rodziny, czy na samotne wakacje. Choćby udało mu się zabrać na wycieczkę jednego ze swoich znajomych to i tak nie widział w tym pomocy dla siebie. Obejrzenie ciekawego filmu lub przeczytanie wciągającego kryminału odciągało go czasem od depresyjnych myśli, pozwalało przetrwać samotny weekend, aż do nadejścia poniedziałku, kiedy mógł powrócić do swojej pracy

i zapomnieć o swoich problemach. Choć już dawno przestał lubić to, czym się w niej zajmuje, to jednak nieświadomie czuł dziwną ulgę, gdy pojawiał się poranny poniedziałkowy świt.

Dzisiejszego wieczoru wracał przez ten sam park leżący po drodze do jego mieszkania i rozmyślał swoją ostatnią wizytę. Dni o tej porze już dawno przestały być widne, toteż jego drogę oświetlały latarnie umieszczone wzdłuż alejki, którą szedł. Na trawnikach ułożone były duże kopce liści zagrabionych przez pracowników miejskich. Gdzieniegdzie można było dostrzec kasztany czy żołędzie, których to dzieci podczas swoich przechadzek nie zdążyły zebrać przed nieuchronnym ich sprzątnięciem. Robert nieraz wracając przez tenże park widział grupki pijaczków siedzących na ławkach i raczących się niewybrednymi trunkami prosto z pobliskiego sklepiku. Jak mógł starał się ich omijać. Nie bał się ich w ogóle, jednakże nie chciał być przez nich ponownie zagadnięty o poratowanie kilkoma groszami. Zawsze czuł się jakoś nieswojo, gdy po raz kolejny odmawiał ofiarowania pieniędzy któremuś z podchodzących do niego mężczyzn. Gdy odmawiał, przez kilka jeszcze minut od zajścia uporczywie w swoim umyśle starał się usprawiedliwić swoją decyzję. Taka sytuacja zawsze wytrącała go z jego wcześniejszych myśli. Może gdyby jego życie było weselsze, to łatwiej byłoby mu nie myśleć o niedoli innych. Jednakże zaczepki parkowych pijaczków uprzytomniały mu również jego własną niedolę. Sam nieraz w myślach liczył na jakiś nieopisany ratunek z rąk obcego mu przyjaciela. Na przyjacielską dłoń, która pomogłaby mu wrócić do radosnego świata. Dlatego też czasem po takim zdarzeniu przychodziły do niego myśli, że teraz to on mógłby być takim obcym przyjacielem dla tych nieboraków. To wzmagało w nim poszukiwanie jeszcze mocniejszych usprawiedliwień swojej odmowy. Summa summarum takie spotkania powodowały w nim zetknięcie się ze swoimi demonami i napływ złych emocji, dlatego też stronił od tych sytuacji jak mógł. Zanim wybrał jedną z alejek prowadzącą przez park zawsze próbował dostrzec tę z nich, w której nie było widać żadnego amatora tanich alkoholi.

W większości przypadków najść w parku podchodził do niego jeden i ten sam mężczyzna. Podsłuchując jego rozmowy z parkowymi towarzyszami Robert ocenił, że jest on

z całego szemranego towarzystwa najlepiej wykształconym a sposób, w jaki się wysławiał, nie odstępował od tego, do jakiego przywykł w swoim osobistym i zawodowym życiu. Zrozumiał zatem dlaczego grupa przeważnie jego właśnie wysyłała po prośbę do obcych. Wyglądał na rówieśnika Roberta. Jego twarz nie była pokryta znamionami choroby alkoholowej, choć dawno niemyte włosy i dość długi zarost wskazywały na jego dłuższą przynależność do wesołej parkowej gromadki.

Tego wieczoru Robert był jednak tak pochłonięty rozmyślaniem nad swoim ostatnim spotkaniem z lekarzem, że nie tylko zapomniał rozejrzeć się po dostępnych mu alejkach zanim wkroczył w jedną z nich, ale również całkiem przestał patrzeć pod nogi. Tak był pogrążony w swoich myślach, że nagle padł na ziemię, potknąwszy się o jakąś przeszkodę na swojej drodze. Przed upadkiem na samą twarz uratowało go instynktowne wysunięcie na przód ciała swoich przedramion, które to zamortyzowały upadek. Choć uchronił swoją twarz przed mocnym uderzeniem, to jednak policzkiem otarł się o namokniętą ziemię. Oszołomiony usiadł z podkulonymi norami, nie otwierając jeszcze oczu w myślach powiedział do siebie:

- Dlaczego to wszystko mnie spotyka? Odrobina pomocy, proszę, tak niewiele. Boże czy tak wiele od Ciebie wymagam?

Roberta można by określić dość popularnym w owych czasach mianem osoby wierzącej lecz niepraktykującej. Rzadko rozmyślał o Bogu, a jego wizyty w kościele ograniczały się do ślubów, pogrzebów i chrztów oraz sporadycznie do świątecznych mszy. Jednakże jego obecny umysłowy stan i niespodziewany wypadek spotęgował uczucie bezradności, które to zakończyły się takimi właśnie wyrzutami. Umilkł, otworzył oczy i wstał. Wpierw pospiesznie wytarł błoto, które umazało mu twarz. Następnie zaczął wycierać swoje spodnie z brązowej mazi, która to pokrywała większość jego ubrania. Nagle, zbliżająca się do niego postać powiedziała:

- Szefuńciu, nic się nie stało?

Oszołomiony jeszcze Robert skierował swój wzrok w kierunku dobiegającego głosu. Wycierając resztki błota z okolicy oczu przyjrzał się osobnikowi, który do niego zagadnął. Jego oczom ukazał się ten sam człowiek, który nieraz stawał mu na drodze w parku, prosząc o jałmużnę. Na głowie miał wełnianą czapkę wskazującą na to, że ciepłe dni na tej szerokości geograficznej już dawno odeszły. Ubrany był w niedrogą, znoszoną, brązową kurtkę, w której jedna z kieszeni była lekko naderwana. Dżinsowe spodnie były nieco starte i ubrudzone tu i ówdzie, a po butach na pierwszy rzut oka było widać, że przeszły już niejeden sezon.

- Jeszcze żyję - odpowiedział Robert - ale nie dam ci żadnych pieniędzy, jeżeli o to chcesz spytać.

- Tak, czasem proszę szefuńcia o pomoc, ale nie znaczy to, że nie jestem w stanie pomóc drugiemu w potrzebie - powiedziawszy to podniósł z ziemi portfel, który podczas upadku wysunął się Robertowi z kieszeni kurtki. - Proszę, to szefa zguba - oznajmił i wręczył do rąk Roberta portfel dość grubo wypchany różnymi kartami i wystającymi banknotami..

- Yyy, dziękuję - powiedział nieco zakłopotany analityk - przepraszam, ile chcesz?

- Akurat dzisiaj szefie nic nie chcę. Jedynie niosę wsparcie.

- Dzięki, ale radzę sobie świetnie sam. Do widzenia Panu! - rzekłszy to oddalił się czym prędzej, podążając w stronę swojego mieszkania. Jego wypadek miał miejsce około trzydzieści metrów przed bramą parku. Wychodząc z z niego nabrał pokusy, by obejrzeć się za siebie. Choć było całkiem mglisto dostrzegł jednak twarz napotkanego mężczyzny. Stał w tym samym miejscu, w którym wywrócił się Robert, a jego oczy skierowane były na niego. Przez chwilę utrzymał swój wzrok w kierunku nieznajomego, po czym odwrócił głowę i pomaszerował dalej. Wracając, resztę drogi, która dzieliła go od mieszkania, poświęcił na chaotyczne myśli związane ze spotkanym menelem. Tym razem nie szukał uporczywie usprawiedliwień, nie próbował jeszcze bardziej oczerniać napotkanego człowieka. Z nieodgadnionego przez siebie powodu bardziej przychylnie pomyślał o nim i o całej sytuacji, która zaszła.

Był już późny wieczór, kiedy Robert uporał się ze wszystkim i mógł usiąść w swoim wygodnym fotelu z założonymi nogami na podnóżku. Chwilę rozmyślał o tym, co działo się w pracy, o sesji terapeutycznej oraz o przygodzie w parku. Pomyślał, że może napije się do snu lampki wina, lecz wizja jutrzejszego, cięzkiego dnia w pracy odwiodła go od tego pomysłu i czym prędzej udał się do łóżka. Chwilę później już spał.

Rano obudził go dzwoniący budzik. Robert zerwał się z łóżka, popatrzył wokoło, wyłączył chwilowo znienawidzony zegarek i rozmyślał o swoim ostatnim śnie:

- Ale to był sen! Taki realistyczny, jakby dział się naprawdę.

Przerwał myśli, by móc jeszcze raz odtworzyć go w swojej wyobraźni. Z tego co sobie zdążył odtworzyć pozostało już niewiele. Jednakże zapamiętał, że czuł się w nim niesamowicie spokojny, radosny, pozbawiony wszelkich trosk i zmartwień. Dobiegający go głos

w śnie, którego źródła przypomnieć sobie nie mógł, był tak ciepły i krzepiący jak słowa nadziei wypowiedziane od najserdeczniejszego przyjaciela. Udało mu się zapamiętać, że

w śnie, głos oznajmił, że jeżeli Robert naprawdę pragnie pomocy, to on mu ją zapewni. Nieokreślony głos podał mu we śnie numer telefonu. Choć nic innego nie pamiętał ze swojego snu, to cyfry numeru pamiętał doskonale. Były nad wyraz realistycznie zapisane w jego pamięci. Sięgnął natychmiast po długopis i kawałek kartki, które leżały na biurku nieopodal jego łóżka i zapisał zapamiętany numer. Spojrzał na niego i pomyślał, że niczym się on nie wyróżnia. Ani nie był łatwy do zapamiętania ani trudny. Zwyczajny, losowo wybrany numer. Pomyślał jeszcze chwilę o uczuciu pięknej beztroski, towarzyszącej mu podczas snu, której to już dawno nie zaznał w swoim życiu. Poczuł się lepiej, o wiele lepiej niż przez ostatnie kilka tygodni czy miesięcy. Skierował swój wzrok na zapisany numer.

- A może tam zadzwonię? - pomyślał sobie.

Chwilę zastanawiał się, aż w końcu zaśmiał się sam z siebie w duchu. Nie był to jednak szyderczy śmiech, lecz taki niewinny, jakby usłyszał dobry żart z dobrą puentą. Pomyślał, że dzwonienie do kogoś w sprawie swojego snu byłoby nad wyraz niedorzeczne. Schował kartkę papieru w środek jednej z książek leżących na biurko, wstał z łóżka i rozpoczął poranne przygotowania do wyjścia do pracy. Tego dnia miał nieco lepszy humor niż ostatnimi czasy.