Plany

Wieczorem Robert, gdy już nieco odpoczął po odbytej podróży i przygotował się do kolejnego dnia w pracy, usiadł w fotelu, wyciągnął nogi i przypomniał sobie o planowanej, wieczornej rozmowie. Jeszcze jakiś czas zmagał się sam ze sobą czy ma zadzwonić do Przyjaciela. Nie należał on bowiem do osób, które słowa rzucają na wiatr. Robert zazwyczaj trzymał się tego, co wcześniej ustalił, a przecież jakiś czas temu stwierdził, że zakończył już swój kontakt z tajemniczym głosem. Jego stare przyzwyczajenie zdawało się brać górę nad nim, lecz coś, jakby w środku niego chciało, aby ten ponownie zadzwonił. W pewnym momencie przypomniał sobie swoją rozmowę z nieznajomym przechodniem na spacerze w centrum Krakowa i odbytą rozmowę. Nie uświadamiał sobie tego, dlaczego tak się działo, ale samo wspomnienie o tym spotkaniu powodowało, że Robert miał ochotę zadzwonić.

Jeszcze jakiś czas rozmyślał nad swoją decyzją lecz w końcu, gdy godzina była już dość późna jak na jego porę spania, zdecydował się zadzwonić. Ustalił sobie, że tym razem zamierza szczerzej porozmawiać o swoich uczuciach wobec tej znajomości i niby pomocy, jak od pamiętnego wieczoru z Dominiką zaczął nazywać starania nieznajomego głosu. Ku jemu zdziwieniu numer pamiętał doskonale. Nie korzystał z historii połączeń lecz z pamięci wybrał odpowiednie cyfry. Zapadł w oczekiwaniu, aż miną wyznaczone sygnały. Nagle usłyszał znajomy głos:

- Dobry wieczór Robercie - powiedział łagodnie. - Radosnych świąt.

- Dobry wieczór - odrzekł czterdziestolatek. - Również życzę radosnych świąt. Dzwonię z odpowiedzią na zadaną zagadkę, choć sam nie wiem czemu, bo miałem już tego nie robić. Otóż

W tym momencie nieznajomy przerwał mu i zadał pytanie:

- Czemu nie chciałeś już do mnie zadzwonić? Co się stało?

- Twoje rady wpędziły mnie w maliny - odpowiedział Robert, nieco wytrącony z zaplanowanego przemówienia. - Twoja pomoc zadziałała przeciwnie niż powinna.

- Dlaczego?

- Sugerując się twoimi słowami zamiast poprawić sobie nastrój i w ogóle swoje samopoczucie wpadłem na dłuższy czas w dół, marazm, jakiego wcześniej jeszcze nie doświadczyłem. To według ciebie ma być pomoc? Tak pomagasz innym?

- Ja tobie nie chcę poprawić nastroju doraźnie. Ja chcę nauczyć cię czegoś, by zaszła w tobie jakaś zmiana. Czy zaszła?

Robert, zaskoczony słowami swojego rozmówcy, przez pewien czas milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią. Jego rozmówca również milczał, czekając na odpowiedź.

- Być może i zaszła - odpowiedział po pewnym czasie Robert, przypominając sobie ostatnie wydarzenia.

- Opowiedz zatem o niej - zaproponował głos.

Robert, przez jakiś czas walcząc sam ze sobą, nie mogąc zdecydować się czy ma mówić otwarcie o swoich przemyśleniach czy nadal być rozgniewanym na swojego rozmówcę, w końcu podjął temat:

- To właśnie jest poniekąd rozwiązanie twojej zagadki. Otóż, jedna rzecz może zniszczyć szczęście, radość, wybierz co ci lepiej pasuje, lecz wiele innych rzeczy może to na nowo wskrzesić. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, wyjść poza dany problem, aby spostrzec, że dookoła są inne piękne rzeczy. Gdy koncentrujemy się na pewnej sprawie, która nie idzie po naszej myśli, to ten fakt przysłania nam wszystko inne, lecz gdy spojrzymy poza nią to dostrzeżemy źródło szczęścia w innych rzeczach, ludziach, zdarzeniach. To właśnie mi się przytrafiło. Pewna rzecz, nie ukrywam, że za twoją sprawką - kontynuował Robert, nie mogąc całkowicie odpuścić ewidentnego, w jego mniemaniu, udziału rad głosu w tym, co mu się zdarzyło - przytrafiła mi się i przez pewien czas byłem pogrążony w smutku, ale znacznie bardziej przygnębiającym niż smutek, który ogarniał mnie przed naszymi rozmowami. Jednakże pewne rozmowy i wydarzenia pomogły wyprowadzić mi się z tej mojej depresji. Za radą pewnych ludzi zacząłem bardziej patrzeć na drobnostki, które dzieją się dookoła nas, w każdym dniu i które potrafią przysporzyć szczęścia, jeżeli tylko będziemy chcieli na nie uważniej, bardziej świadomie spojrzeć. Takie małe, drobne rzeczy.

- Pięknie powiedziane. Cezary dobrze ci powiedział przyjacielu, ale odpowiedz mi, jeżeli przynajmniej ja tak mogę do ciebie mówić. Czy uważasz, że w końcu zaszła w tobie jakaś zmiana?

Robert mocno zafrasował się podczas wspomnienia o jego znajomym z parku, lecz szybko o tym zapomniał i odpowiedział na pytanie:

- Tak, zaszła. Postanowiłem nieco zmienić swój sposób patrzenia. Postanowiłem nieco więcej czasu poświęcać na rzeczy inne niż powody swoich własnych zmartwień.

- A zatem można powiedzieć, że nauka nie poszła w las? - zapytał głos ze słuchawki.

- To się okaże, ale dlaczego ta nauka tyle kosztuje? Czy to jest nieuniknione? Może się czegoś nauczyłem, ale jakim kosztem? Naprawdę, uważam, że nie każdy środek uświęca cel.

- A dlaczego uważasz, że to ja wybrałem środek? Ty wybierasz środek, ja jedynie dostosowuję naukę, do tego co ty wybierasz.

- Nie bardzo rozumiem? Wiedziałeś, co mnie czeka?

- I na razie tego nie zrozumiesz. Ja nie patrzę w przyszłość, lecz w teraźniejszość. Mówię to, o czym rozmawiamy podczas rozmowy, a nie co ma z niej wyniknąć. Ty wybierasz sposób, ja przedmiot nauki.

- Nic nie rozumiem - odparł poddającym się tonem Robert.

- To, kiedy i jak się nauczysz, nie zależy ode mnie, lecz od ciebie. Nie planuję żadnych zasadzek, jeżeli o to pytasz. A odnośnie tego, czy nieunikniony jest pewien rodzaj regresu, to powiem ci, że nie jest on konieczny, lecz bardzo często tak się dzieje. Nie tylko

z tobą, lecz z innymi również. Każda większa zmiana wymaga pewnego rodzaju regresu lub jak lubisz mówić doła. Nawet badacze ci to powiedzą?

- Jacy?

- Na przykład psychologia rozwoju człowieka. Wiele teorii wskazuje na to, że zanim dokona się jakaś głębsza zmiana w człowieku, zanim ktoś rozwinie się na wyższy poziom, niechybnie czeka go przed tym pewien rodzaj regresu.

- Nie wiedziałem, a dlaczego tak się dzieje? - zapytał Robert.

- W pewnym stadium swojego rozwoju lub też można powiedzieć w fazie swojej nauki życia, gdy nauczymy się czegoś nowego mamy tendencję do przeuczenia się. Oznacza to, że staramy się zdobytą wiedzę dostosować do wszystkiego, choć proces nauki jeszcze się nie zakończył. I wtedy pojawia się regres, gdy musimy pozbyć się części zdobytej wiedzy, uznając ją w końcu za nietrafnie zastosowaną. Tak, w wielkim teoretycznym skrócie. Mówiąc inaczej, dół nie jest oznaką niepowodzenia w nauce. Czasem jest on niezbędny, by nauka w ogóle mogła ruszyć dalej, lecz nie ode mnie to zależy. Czasem, w niektórych przypadkach nie zachodzi on, ale to nie ode mnie zależy, lecz od ucznia. Chciałbym, aby każdy uczył się bezboleśnie, uwierz mi, ale nie mam na to żadnego wpływu. Ja jedynie mogę ci powiedzieć, czego masz się nauczyć. Nauka należy od ciebie samego. Ty wybierasz środek.

- W takim razie może w ogóle z niej zrezygnować, skoro jest duże prawdopodobieństwo, że zaliczę kolejnego doła, to znaczy regresu, profesorze.

- Wzloty i upadki występują nawet, gdy się nie uczysz, lecz wtedy mniej to sobie uświadamiasz. Tak zwane powszechne życie ludzi składa się z sinusoidy. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Lecz nic z tego nie wynika. Ludzie trwają w takiej huśtawce i przywykli do tego stanu. Ty teraz jesteś jednak na drodze nauki. Również będziesz miał wzloty i upadki, lecz każdy taki cykl będzie powodował, że będziesz coraz lepiej nauczony.

- Czego? - zapytał zaciekawiony wywodem rozmówcy Robert.

- Jak być szczęśliwym, ku temu nasza nauka zmierza. Wzloty będą stawały się coraz częstsze i dłuższe niż upadki.

- Po ostatnich naszych próbach śmiem wątpić.

- A czy nie nauczyłeś się czegoś, jak wcześniej mówiłeś?

- Może i tak, ale mój stan nie jest wcale lepszy niż ten, który miałem podczas naszej ostatniej rozmowy.

- Nie każda euforia jest prawdziwym szczęściem. Wszystko zależy na czym jest ona zbudowana. Tak jak zamek. Jeżeli budujesz go z cegły przetrwa o wiele więcej niż zamek zbudowany z piasku. Ja uczę budować szczęście z czegoś jeszcze trwalszego niż cegła,

a efekty poznasz niebawem.

- Może - powiedział Robert, będąc nieco przekonanym do słów, które usłyszał,

a zarazem wciąż pozostając nieufnym, co do ich autora. - Czy masz dla mnie kolejną zagadkę?

- Tak, czy chcesz, abym ci ją zadał?

- Tak, powiedz.

- Gdzie znajdziesz powodzenie?

Głos w słuchawce umilkł. Robert nie wiedział jak ma rozumieć zadaną zagadkę.

- Czy chodzi o powodzenie u kobiet? Mam nadzieję, że nie. Nie bardzo mam teraz ochotę na takie lekcje. A może chodzi o powodzenie w życiu? Hmm - pomyślał sobie.

Siedział tak w fotelu przez pewien czas i rozmyślał o dialogu między nim a tajemniczym głosem. Był jakby rozdarty na pół. Z jednej strony, część niego chciała ponownie zaniechać wszelkich kontaktów z głosem, uważając słowa nieznajomego za niezrozumiały bełkot. Z drugiej jednak strony, część Roberta pragnęła podjąć kolejne wyzwanie, jakby to powiedział głos jego nauki. Ważył argumenty obu stanowisk. Po chwili stwierdził jednak, że to, co usłyszał brzmiało nad wyraz logicznie i sensownie. Postanowił ponownie podjąć się rozwiązania zagadki, nie skreślając całkiem przyszłych rozmów z głosem z telefonu. Tym razem jednak stwierdził, że uważnie będzie wybierał sposoby nauki, jakby to określił nieznajomy.

W pewnej chwili przypomniał sobie o fragmencie rozmowy dotyczącej Czarka.

- Czy to aby nie Czarek jest moim rozmówcą? Głos inny, lecz przy tej technologii? Skoro by jakoś podał mojej wyobraźni podświadomie swój numer telefonu to i głos by prosto zmienił. Skąd wiedział o rozmowie z Czarkiem? Czy ja mu coś wypaplałem? Hmm, wydaje mi się, że nie, lecz... nie pamiętam do końca, tak szybko to trwało. Porwał mnie

w wir rozmowy i zanim się spostrzegłem już było po niej. Hmm.. - zastanawiał się Robert jeszcze przez dobre dwadzieścia minut, po czym położył się spać.

Następne dni w pracy mijały mu bardzo szybko. Miał mnóstwo raportów i sprawozdań do opracowania przed końcem roku. Jednakże zaszła w nim pewna zmiana. Po pierwsze narastał w nim pewniej rodzaj uczucia, które towarzyszy radykalnym zmianom. Choć nie był pochopnym w decyzjach człowiekiem to co raz bardziej kiełkowała w nim myśl, aby stanowczo coś zmienić w swoim życiu. Jego myśli, chcąc nie chcąc, wędrowały ku jego pracy. Pomimo, że był już aktywnym uczestnikiem nowej grupy, w której mógł wykazać się swoimi zdolnościami i było to dla niego, bądź co bądź, pewne wyzwanie, to jednak czuł coraz większą niechęć do tego, czym się zajmuje i gdzie pracuje. Wpierw myśli te odrzucał niemal od razu lecz ta idea rosła w nim niczym ciasto w piekarniku. Coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy to właśnie pracy nie powinien zmienić.

- Może już czas coś zmienić? Pomimo nowego projektu jakoś nie czuję się lepiej. Dalej jestem jakby wypalony. Może czas zmienić swoją drogę w życiu? - myślał sobie od czasu do czasu.

Często przypominał sobie swoją rozmowę a to z Czarkiem z parku, a to z tajemniczym głosem ze słuchawki, niekiedy łącząc ich we wspólną osobę.

- Te niby wielkie rzeczy, nowe projekty, uznania nic mi nie dają. Teraz bardziej widzę źródło szczęścia gdzie indziej, nie przy czymś nienamacalnym, lecz bliżej codzienności. Zajmuję się tymi liczbami i jak ma mi to dać szczęście? Choćbym wynalazł jakiś cudowny sposób obliczania to co mi to da oprócz nieco większych pieniędzy, których w zasadzie nie potrzebuję lub też większej chwały, której w ogóle nie oczekuję - zastanawiał się. - Może powinienem zająć się czymś bliżej otaczającego mnie świata? Czymś bardziej realnym a mniej liczbowym? To pewnie, według Czarka, byłoby lepsze i pewnie miałby rację. Tylko czym? Nie bardzo mam pomysł.

W ten oto sposób myślał o swojej przyszłości, lecz żaden pomysł nie świtał mu do głowy.

Po drugie, Robert był bardziej niż przez ostatnie tygodnie skłonny do wspólnych rozmów ze swoimi współpracownikami. Nieraz, często za skromną namową Adama, uczestniczył we wspólnych rozmowach dotyczących gorących dni w pracy oraz planów sylwestrowych i sposobów odreagowania tejże gorączki ostatnich pracujących dni. Najczęściej uczestniczył w nich biernie, jedynie słuchając rozmów innych, lecz nie stronił od wypowiedzi, gdy ktoś go zagadnął. Robert, na pytanie jak spędzi sylwestrową noc, zasłaniał się zdawkową odpowiedzą, że ma już pewne plany, lecz jeszcze nie wie, która wersja mu wypali.

W pewnym jednak momencie Robert przypomniał sobie, że Iza, koleżanka żony Mateusza, zapewne miała podobne dylematy jak on, zanim podjęła swoją decyzję i z tego, co się domyślał, miała być na sylwestra. Od weekendu Robert częściej rozmyślał o ewentualnym zjawieniu się na imprezie u swojego przyjaciela. Wspomnienie o decyzji Izy było dla niego decydującym impulsem. Stwierdził, że dziś jeszcze zadzwoni do Mateusza. Nie miał wyrzutów sumienia z racji, że nie spędzi tego czasu z siostrą. Choćby nie miał żadnych planów, to i tak nie zamierzał jechać do Krakowa. Stwierdził, że będą tam rodzice,

a dodatkowo Karol w rozmowie w jednym z krakowskich barów wspomniał, że może do nich jeszcze przyjść zaprzyjaźniona para z dzieckiem. Wobec powyższego Robert nie miał poczucia, że powinien ponownie udać się do stolicy małopolski.

Będąc już w domu, pod wieczór, wykonał telefon.

- Cześć Mati

- Siema Roberto, co słychać? Mam nadzieję, że dzwonisz, aby powiedzieć mi, że wpadasz do nas w sobotę.

- No właśnie po to dzwonię. Słuchaj, siostra ma już jakieś plany, więc mi zwolnił się termin. Pytam, czy dalej aktualne?

- No jasne, stary. Serio? Wpadniesz? Nawet nie wiesz jak mi się ryjek cieszy - odpowiedział Mateusz.

- Mi również - zaśmiał się Robert. - Co kupić?

Przyjaciele porozmawiali jakiś czas i ustalili zakupy, godzinę przybycie Roberta oraz listę aktualnych gości. Prócz Mateusza z Anią, Błażeja i Ewy, Łukasza, Izy i Marty miała zjawić się jeszcze jedna zaprzyjaźniona z gospodarzami para. Robert ucieszył się, że będzie mógł porozmawiać z Izą odnośnie jej postępów w dokonanej zmianie życiowej. Pomyślał sobie, że ta rozmowa może być dla niego nader owocna.

W dniach pomiędzy świątecznym, wydłużonym weekendem a nocą sylwestrową, po pracy, Robert często przechadzał się przez park, a to wracając z pracy, kiedy wieczorem miał zamiar zaszyć się w swoim mieszkaniu, a to wychodząc na godzinny spacer, tuż po zjedzonej kolacji. Skrycie liczył, że uda mu się spotkać Cezarego, lecz ten, jakby zapadł się pod ziemię. Robert nigdzie nie mógł na niego natrafić. Przemierzał kilkukrotnie park, nawet niekiedy udał się w pobliże pobliskiego sklepu monopolowego. Jednakże nigdzie nie było widać ani Czarka, ani jego kompanów. Robert wytłumaczył to sobie panującą aurą. Było dość zimno, kilka stopni poniżej zera, tak, że zalegał opadły śnieg na kolejnych ławkach w parku i murkach przy sklepie. Choć Robert był nieco niepocieszony stwierdził, że zapewne będzie miał jeszcze niejedną okazję ku spotkaniu.

W niektóre zaś wieczory, Robert, kiedy nie wychodził na spacer, słuchał muzyki celtyckiej bądź, gasząc światło, obserwował przez okno padający śnieg. Czuł się w tych chwilach błogo. Czuł, jak prostota, którą postrzega, dostarcza mu szczęścia i radości. Tym bardziej miał wielką chęć, by coś zmienić w swoim życiu, by skupić się na jakiejś innej aktywności niż dotychczas. Robert miał niewątpliwie swoje najgorsze dni już za sobą. Tym razem poszukiwał okazji, wydarzeń, znaków, które mogły przyczynić się do zmiany jego postrzegania, aniżeli przyjmował czarne myśli swojego, jeszcze nie całkiem uśpionego czarnego umysłu.

Nastał sylwester. Robert od rana powoli szykował się na wieczorne spotkanie. Przygotował sobie odpowiedni strój, to znaczy brązową marynarkę, dżinsy i czarną koszulę. Zabrał ze sobą zrobione zakupy, zgodnie z tym, na co umówili się z Mateuszem i wyszedł z domu.

Gdy dotarł na miejsce wszyscy goście byli już na miejscu. Stół stał w głównym pokoju, lecz tym razem nie na środku lecz nieco z boku. Na nim stały przygotowane dania

w postaci różnego rodzaju sałatek i przekąsek, a także napoczęte butelki różnych alkoholów, którymi raczyli się już przybyli goście. W drugim kącie pokoju znajdowała się mała szafka na której stał komputer i kilka głośników, z których rozbrzmiewała muzyka. Niektórzy z gości stali, niektórzy siedzieli na kanapie, a inni kręcili się między pokojem, kuchnią i balkonem, na który wychodzili, by zapalić papierosa. Wchodząc do mieszkania Robert przywitał się z Anią i Mateuszem, natomiast gdy wszedł do pokoju spostrzegł, że większość znajdujących się tam osób jest mu znana. Po kolei witał się ze wszystkimi, najpierw z Izą i Martą, które rozmawiały nieopodal stołu, następnie przywitał się z Łukaszem oraz z Danielem, narzeczonym Marty, którzy stali przy stole i właśnie nalewali sobie drinki, a na koniec udał się w kierunku kanapy, na której siedzieli Błażej z Ewą. W momencie kiedy Robert zamieniał z małżeństwem pierwsze słowa z balkonu weszła do mieszkania para w wieku około trzydziestu paru lat, która skierowała się w kierunku kanapy. Byli to Olga i Piotr, znajome małżeństwo gospodarzy, o którym wspomniał mu w rozmowie Mateusz. Robert zapoznał się z nimi, wymieniając ze sobą kilka zdań. Po chwili podszedł do nich Mateusz i zabrał przyjaciela w celu rozpoczęcia wieczornej degustacji zakupionych trunków.

Zabawa trwała w najlepsze. Wszystkim dopisywał bardzo dobry humor. Towarzystwo śmiało się i od czasu do czasu niektórzy tańczyli na środku pokoju, gdy w głośnikach zabrzmiał jakiś taneczny utwór, który ewidentnie kojarzył się z tego typu imprezą. Często rozmawiali w grupkach lub też niekiedy w parach. Od czasu do czasu spotkanie przenosiło się do kuchni, gdzie gospodyni wraz ze swoją siostrą przygotowywała jakiś posiłek dla swoich gości. Przeważnie jednak bawili się w dużym pokoju. Robert, tak jak inni, również był w dobrym nastroju. Kosztował się kolejnymi drinkami alkoholu, lecz trzymał fason, by zbyt szybko się nie upić. Jednakże wypity alkohol spowodował, że rozluźnił się znacznie

i raźnie uczestniczył w wielu rozmowach tego wieczoru.

W pewnym momencie spostrzegł stojącą przy stoliku samotnie Izę. Postanowił ją zagadnąć. Podszedł i powiedział:

- Jak tam Iza sobie radzisz na swoim?

- Dziękuję, bardzo dobrze - odpowiedziała koleżanka. - Odpoczęłam nieco a potem galopem zabrałam się za swoją firmę.

- I jak, są już zlecenia?

- Tak - uśmiechnęła się Iza. - Postawiłam stronę, przygotowałam portfolio. W tym czasie moja znajoma poleciła mnie jednej firmie i dostałam od nich kilka zleceń. W tym czasie odbyłam również kurs z reklamy internetowej i teraz już wiem, jak się za to zabrać. Powoli wszystko idzie w dobrym kierunku.

- Brawo, dziewczyno. Na nic się zdał zatem mój pesymizm - zaśmiał się Robert. - Dobrze zatem, że mnie nie słuchałaś.

- Nie martw się Robert. Choćbyś wymyślał mi same najgorsze scenariusze to i tak byłam na to zdecydowana.

- Podziwiam cię Izo - rzekł Robert.

- E, tam - uśmiechnęła się drobna kobieta o szatynowych włosach. - Nie ma co podziwiać, trzeba działać jak się chce coś zmienić.

- Jak usłyszałem o tym za pierwszym razem to byłem dość sceptycznie do tego pomysłu nastawiony. Słyszałem kilka podobnych historii w pracy. Odchodzili z firmy, by ruszyć coś na swoim i szybko życie weryfikowało ich plany. Niektórzy kończyli z masą kredytów do spłacenia, inni wyjeżdżali za granicę, a jeszcze inni szukali nowej pracy.

- O - zaciekawiła się kobieta. - A nie słyszałeś o żadnych pozytywnych przypadkach? O tych, którym się jednak jakoś udało? Ja przed podjęciem decyzji wiele naczytałam się o historiach ludzi, którzy twierdzili, że podjęli odpowiedni krok w swoim życiu. Nie mówię o jakiś mega bogaczach. Nie zawsze oczywiście pisali, że więcej teraz zarabiają. Niektórzy jawnie przyznają się, że mają mniej pieniędzy, lecz radość z tego, że w końcu robią to, co zawsze chcieli robić w życiu, rekompensuje te nieznaczne braki w portfelu.

- Najczęściej słyszałem o złych przypadkach - odpowiedział Robert, zastanawiając się przez chwilę, robiąc taką minę jakby uparcie przeszukiwał zakamarki swojej pamięci. - Hmm, faktycznie było kilka również pozytywnych przypadków, ale jakoś tych wątków ludzie z pracy w ogóle nie ciągnęli. Także nie wiem, jak to dalej u nich było. Teraz właśnie sobie uprzytomniłem, że najczęściej rozmawia się o negatywnych przypadkach.

- Trzeba sobie jakoś wytłumaczyć swój trud.

- Dokładnie Izo, to miałem na myśli - odpowiedział Robert, z iskrą w oku. - W pracy najczęściej można usłyszeć o tych, którym się nie powiodło. Tak, jakby ci, którzy to opowiadają, chcieli wytłumaczyć sobie swoją decyzję o pozostaniu w pracy i braku podjęcia własnego ryzyka. Gdy słyszy się o takim czy innym niepowodzeniu ma się wrażenie, że jest się mądrzejszą osobą, we właściwym miejscu i na właściwym stanowisku i że właśnie trzyma się w garści jakiś kawałek sukcesu.

- Wiem o czym mówisz Robert - powiedziała Iza. - Ja również pracowałam w korporacji i również słyszałam podobne historie. Przez jakiś czas działały na mnie hamująco, ale w końcu przemogłam się spod ich wpływu.

- Też bym tak chciał. Wiesz, obecnie coraz częściej myślę o jakiejś zmianie zawodowej. Nie mam pojęcia na co, lecz chciałbym coś zmienić. Czuję się wypalony tym, co robię. Brak mi jakiejś werwy.

- A wiesz co chciałbyś robić zamiast tego? - zapytała znajoma.

- Nie, nie mam pojęcia. Po prostu widzę, że to dokąd teraz zmierzam do niczego dobrego nie prowadzi, nie widzę swojej, że tak powiem, szczęśliwej przyszłości w tym, co robię.

- Może to chwilowa sprawa. Pomyśl może o urlopie. Gdy oderwiesz się na chwilę od codziennych zadań możesz sobie lepiej ułożyć swoje plany. A jak długo tak się czujesz? Długo to trwa?

Robert pogrążył się znowu w myślach, przeszukując swoją pamięć. Po chwili odpowiedział:

- W sumie to nie tak długo. Jeszcze niedawno było lepiej a potem ... - i w tej chwili Robert zamilkł, wpatrując się w oczy Izy, jakby chcąc sprawdzić, czy ta może cokolwiek przypuszcza o perypetiach Roberta z Dominiką. Po chwili otrząsł się jednak, porzucając błędne przypuszczenia i powiedział:

- Potem pewne sprawy niezwiązane z pracą wytrąciły mnie z myśli o moim nowym projekcie. Przedtem miałem wenę do niego, ale teraz już jakoś nie mogę ponownie jej złapać.

- W tym ci nie pomogę. Sam będziesz wiedział lepiej, co powinieneś uczynić. Jedno mogę ci doradzić.

- Co takiego Izo? - zapytał Robert.

- Wiesz, ja byłam pewna swojej decyzji. Dobrze wiedziałam, czego chcę. Miałam jasno nakreślony plan na siebie samą. Brakowało mi jedynie małych funduszy i odwagi.

W czasie i jedno i drugie zdobyłam i podjęłam decyzję. Wiedz jednak, że miałam takie piękne poczucie pewności, co do tego, co zamierzam zrobić. Nie wiem czy znasz takie uczucie, ale to jakbyś był doskonale pewnym tego, co właśnie wymyśliłeś. Towarzyszą temu jakby ciarki przebiegające po całym ciele. Taka niewypowiedziana i nieudowodniona pewność. Uczucie pewności, które przeszywa cię jakby od stóp do głowy. Wiesz, że tak jest, choćby ktoś mówił, że nie.

- Tak, znam je - odpowiedział Robert, przypominając sobie swoje momenty tejże pewności, która pojawiała się, gdy rozwiązywał kolejne zagadki zadawane przez tajemniczy głos ze słuchawki.

- Właśnie. Ja miałam takie właśnie poczucie. I tego też ci życzę, cokolwiek miałbyś wybrać. Myślę, że ono jest bardzo dobrym drogowskazem. Jak sam mówisz, na razie i tak nie wiesz, czym miałbyś się zająć, więc może po prostu chcesz tylko uciec lub potrzebujesz nieco odsapnąć od tego.

- Być może masz rację. Nie wiem, czekają mnie przemyślenia, ale przyznaję ci rację, że ta pewność jest chyba dobrym przewodnikiem.

- Ja tak wierzę. Wydaje mi się, że część ludzi, którym się nie powiodło, podjęli swoją decyzję bez takiej pewności. Chcieli uciec od tego, co właśnie robią, a nie to, że mieli na siebie jakiś dobry plan. Wierzę, że jak coś masz w życiu robić to w odpowiednim momencie przyjdzie to do ciebie. Nic na siłę. Jak czytałam na blogach i forach o ludziach, którym się powiodło, to było od nich czuć tę pasję ku temu, co robią.

- Rozumiem - odezwał się Robert. - Albo kierujesz się w stronę tego, co chcesz robić i masz pewność, że jest to twoja droga albo tak naprawdę łapiesz się pierwszej lepszej okazji, byleby uciec przed tym, co jest obecnie.

- Tak myślę - odpowiedziała Iza, kiwając głową w kierunku swojego rozmówcy.

W tym momencie do rozmówców dotarły głośne okrzyki radości, dochodzące

z przedpokoju. Odwrócili głowy i spostrzegli, że było tam zapalone światło. Nasłuchiwali chwilę, po czym zrozumieli, że właśnie zjawił się jakiś oczekiwany dla gospodarzy gość.

- O, Dominika jednak przyszła - powiedziała do Roberta Iza, rozpoznając z gwaru głos koleżanki. Robert nagle nieco zesztywniał. Czuł się lekko sparaliżowany. Z tego co pamiętał rozmowy z przyjacielem to myślał, że Dominiki miało nie być na przyjęciu. Widząc, że Iza powoli zmierza w kierunku przedpokoju, by się przywitać, Robert podążył wraz z nią, pytając po cichu:

- A dlaczego właściwie jej wcześniej nie było?

- Nie wiem, podobno miała jakieś inne plany. Wczoraj jednak jak rozmawiałam

z Anią to pojawiła się opcja, że może uda jej się przyjść. I się udało. Super.

- Tak, fajnie - odparł Robert, z niezbyt entuzjastycznym tonem głosu. Lecz Iza nie odnotowała tego, ponieważ już byli w przedpokoju. Dominika rozmawiała z gospodarzami. Na widok Izy uśmiechnęła się i koleżanki lekko przytuliły się do siebie. Po chwili wzrok przybyłej kobiety spoczął na twarzy Roberta. Ten również patrzył jej w oczy, z lekkim uśmiechem na ustach, lecz w myślach nie było mu do śmiechu. Nie bardzo wiedział jak ma się zachować. Po bardzo krótkiej chwili bezczynności pomiędzy wpatrzoną w siebie parą, prawie niedostrzegalnej dla postronnych, Dominika podeszła do Roberta i powiedziała na głos:

- Cześć Robert, miło cię widzieć - po czym zbliżyła się ku niemu i zbliżając swój policzek w jego kierunku szepnęła mu do ucha. - Dobrze, że jesteś. Mam nadzieję, że porozmawiamy.

Robert przytakiwał i próbował jak mógł szczerze się uśmiechać. Po chwili cała grupa udała się do głównego pokoju i nowo przybyła przywitała się z resztą gości. Robert podszedł do Mateusza, odciągnął go delikatnie w kierunku stołu, na znak, aby napełnili sobie nieco puste już szkła i powiedział:

- Dotarła jednak? Z tego co mówiłeś to miało jej nie być, tak jak mnie, prawda?

- Dokładnie. Chyba faktycznie jakoś się zmówiliście. Tak jak się śmiałem z tego. Najpierw obojga miało was nie być, a potem na ostatniej prostej oboje przybyliście. Robercik, Robercik, co tam kombinujesz?

- Nic Mati - uśmiechnął się Robert, chcąc zakamuflować swoją nie do śmiechu minę. - Już ci przecież mówiłem.

- A, no tak. Świetnie jednak, że się zjawiła. Zobacz jak moja jest uradowana. Będzie więcej czasu na wspólne rozmowy - zaśmiał się przyjaciel, wskazując Robertowi stojące w pokoju dziewczyny, które były pochłonięte rozmową ze sobą. - W sumie to jej najlepsza kumpela. Dobrze, że przyszła.

- Masz rację stary, napijmy się, zdrowie za nowy rok – Robert zakończył dywagacje i stuknął się z przyjacielem szklankami.

Do północy Robert starał się unikać spotkania sam na sam z Dominiką. Od czasu do czasu zastanawiał się, czemu tak na nią reaguje, ale nie znajdował właściwej odpowiedzi. Nie chciał bądź nie był jeszcze gotów, by spokojnie z nią porozmawiać. Stwierdzał, że w sumie to nic do niej nie czuje, lecz mimo tego unikał z nią wzrokowych spotkań. Nie mieli jednak zbyt wiele okazji, by stanąć ze sobą sam na sam. Dominikę najczęściej zagadywała Ania, a Robert często rozmawiał z Mateuszem i Łukaszem.

Gdy zbliżała się północ goście zebrali się przy balkonie i odliczali wspólnie pozostały do Nowego Roku czas. Po upływie kilkunastu sekund wystrzeliły szampany, które trzymali w dłoniach Mateusz i Błażej. Wszyscy goście radowali się, polewali sobie kolejno sylwestrowy trunek i składali sobie nawzajem życzenia. W pewnym momencie nie było wyjścia i Robert spotkał się twarzą w twarz z Dominiką. Uścisnęli się i kobieta powiedziała:

- Robert, życzę ci wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Jakoś czuję, że będzie on dla ciebie przełomowy. Zobaczysz - powiedziała i spojrzała mu w oczy. Robert, wpatrzony w nie po chwili uśmiechnął się lekko, jakby zrzucił z siebie cały ciężar. Był już nieco upity i rozweselony ostatnimi rozmowami.

- Dominiko, nie gniewaj się na mnie, że tak uciąłem naszą znajomość. Musiałem sobie wiele spraw ułożyć. Życzę ci wszystkiego najlepszego. Byś nadal robiła to, co robisz, bo widzę w tym wielką pasję. To pewnie jest twoja droga w życiu, a więc mogę ci życzyć, abyś na niej pozostała tak długo, jak będziesz sama tego chciała.

- A czemu miałabym się gniewać na ciebie? Robert, daj spokój. W ogóle musimy porozmawiać. Jak już się tu nieco uspokoi to porywam cię na fajka na balkon, abyśmy pogadali. Dobrze?

- W porządku, nie ma problemu - odpowiedział Robert, w ogóle nie myśląc o jakiejkolwiek przeszłości związanej z Dominiką.

Po pół godzinie Ewa, Marta, Dominika, Błażej, Mateusz i Robert siedzieli na kanapie rozmawiając. W pewnej chwili Dominika podniosła się i powiedziała:

- Robert, potowarzyszysz mi na papierosku?

Pozostałe towarzystwo przez chwilę robiło sobie żarty z celów wspólnego wyjścia Dominiki i Roberta. Ci jednak szybko zniknęli za szybą okna, nic nie robiąc sobie z komentarzy przyjaciół.

- Ułożyłeś swoje sprawy? - zapytała Dominika, sięgając paczkę papierosów i częstując swojego rozmówcę. Robert wyciągnął jednego fajka, podpalił i odpowiedział:

- Dalej jestem w trakcie ich układania. Jedno się ułoży to pojawia się kolejne.

- Jak w życiu - odpowiedziała Dominika. - Niczym puzzle.

- Dokładnie. Przemyślałem sobie również nasze ostatnie spotkanie. Tak w ogóle jestem ci wdzięczny za twoją chęć nauki medytacji. Chyba jednak nie byłem na to jeszcze gotów. Miałem mętlik w głowie.

- Domyśliłam się, ale ja również przepraszam cię, że tak wyszło. Moim zamiarem nie było dać ci jakieś sygnały.

- Nie, nie dawałaś mi. Po prostu byłem wtedy w pewnym, że tak powiem, stanie, który mnie do tego skłonił. Tak naprawdę potem zrozumiałem, że tego wcale nie chciałem do końca - zaciągnął się papierosem, spojrzał na przyjaciółkę, po czym kontynuował: - Nie zrozum mnie źle. Jesteś piękną kobietą, ale myślę, że na razie nie jestem gotowy na jakieś związki, z takim mętlikiem jaki mam obecnie w głowie.

- Haha - zaśmiała się Dominika. - Z ust mi to wyjąłeś.

- To znaczy? - zapytał zdziwionym tonem Robert.

- Chciałam ci powiedzieć, że jesteś atrakcyjnym facetem, Robert. W innym przypadku na pewno byłabym tobą zainteresowana. Problem jednak nie leżał w tobie, lecz we mnie. Problem, jeżeli w ogóle można tak to ująć. Chodzi o to, że ja jakiś czas temu rozstałam się z byłym po długim związku. Ciężko to zniosłam, ale dobrze się stało, że tak wyszło.

- To podobnie jak u mnie - wtrącił mężczyzna. - Ja też, gdy nieco ochłonąłem stwierdziłem, że w sumie to był głupi ruch z mojej strony. Pewnie szybciej by się zakończyło niż rozpoczęło, a to w sumie nieuczciwe z mojej strony wobec ciebie. Przepraszam cię, ale nie myślałem o tym w tamtym momencie. Atmosfera, czas lepszego nastroju u mnie, a do tego twój piękny wygląd zrobiły swoje - powiedział Robert i uśmiechnął się w kierunku znajomej.

- W innym przypadku mogłoby to się skończyć bardzo pięknie - odpowiedziała Dominika i odwzajemniła uśmiech. - Wcześniej nie rozmawialiśmy jednak za dużo o mojej przeszłości. Otóż nie mogłam się ze sobą pozbierać. W końcu natrafiłam w swoim życiu na medytację i zbliżone tematyki. Zaczęłam rozwijać się w tym kierunku. To mnie znacznie podniosło na duchu. Zaczęłam czuć, że to jest moja droga i że muszę poukładać sobie nieco w głowie zanim spróbuję się z kimkolwiek związać. Wiesz, moglibyśmy pójść wtedy do łóżka, zapewne chwilowo byłoby rozkosznie, ale w sumie to jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi Ani i Mateusza i ten temat na pewno by się za nami wlókł, nie tak jak w przypadku przypadkowej znajomości.

- Zgadzam się z tobą w zupełności. Ktoś by na tym ucierpiał, a może i cała nasza czwórka.

- No właśnie. Teraz rozwijam się w tym kierunku jaki wybrałam. Muszę nabrać gotowości do tego, by wejść w jakiś nowy związek.

- Można zatem powiedzieć, że oboje byliśmy wtedy w podobnym psychicznie stanie - powiedział z kolei Robert. - Na szczęście twoja przytomność umysłu powstrzymała mój głupi pomysł.

Dominika uśmiechnęła się skromnie w kierunku Roberta i powiedziała: - Mam nadzieję, że jednak w jakiś sposób nie zraniłam cię tą odmową. Wiem w jakiej byłeś fazie, ale nie mogłam postąpić inaczej. Rozumiesz prawda?

- Przestań. Fakt, że potem miałem trochę gorszych dni, ale tak naprawdę ta sytuacja tylko wydobyła coś, co we mnie i tak siedziało i prędzej czy później wypłynęłoby to na wierzch. A co do męskiej dumy? W tej rozmowie podniosłaś ją na nowo - odpowiedział Robert i zaśmiał się z zawadiackim błyskiem w oku.

- Cieszę się zatem, że sobie wyjaśniliśmy sprawę. To co, spróbujemy zostać przyjaciółmi?

- Podobno to niemożliwe pomiędzy kobietą a mężczyzną, ale można spróbować.

- Bo problem jest źle postawiony - odpowiedziała Dominika.

- To znaczy?

- Myślę, że para, aby być ze sobą przez lata i kochać się naprawdę, musi przede wszystkim być przyjaciółmi. Bez tego związki się rozpadają.

- Może coś w tym jest - przytaknął Robert, podnosząc oczy ku górze i kiwając głową w geście próby zrozumienia tego, co właśnie usłyszał. - Skończmy jednak ten temat, dużo by gadać i zaschnie mi w gardle - powiedział po chwili śmiejąc się.

- No więc jak u Ciebie się dzieje teraz?

- Czasem słucham sobie tej twojej muzyki celtyckiej. Powiem ci, że kapitalna sprawa. Odpływam przy niej. Dzięki ci, że mi ją pokazałaś. Potrafi naprawdę mnie rozluźnić.

- O, widzę, że jednak coś zapamiętałeś z tamtego wieczoru - powiedziała Dominika. - Faktycznie, kapitalna sprawa z nią. Uwielbiam ją. Wprowadzam się przy niej w trans . Gdy jestem pochłonięta różnymi sprawami, a chcę się od nich odciąć i nieco pomedytować, to włączam ją. Mój umysł od razu zaczyna funkcjonować na innych falach.

- Dobrze to określiłaś. Nie powiem, że ostatnio też mam takie wrażenie.

- I co, nie chciałbyś jednak spróbować medytacji ponownie?

- Może - odpowiedział Robert z zamyśloną miną. - Lecz jeszcze chyba nie teraz. Mam na głowie sporo innych spraw, nad którymi muszę uważnie pomyśleć.

- A co dokładnie?

- Widzisz, po tym okresie jakoś odeszła mi ochota i wena na moją pracę. Straciłem zapał.

- A coś nie tak z projektem? Skończył się? Nie udał się?

- Nie, wszystko w porządku, dalej nad nim pracuję. Jednakże miałem dłuższy okres gorszych dni. Teraz już się trochę podniosłem, ale zapał do pracy nadal mi nie wrócił. Nie widzę w tym dla siebie sensu. Patrzę i nie widzę swojego szczęścia związanego z tą pracą. Czuję, że nawet jakby wszystko się mi udało przy tym projekcie, podwyżka, nagrody, może awans, to i tak nie poprawi mi to samopoczucia. Ostatnio nauczyłem się, można tak powiedzieć, że szczęścia powinienem szukać gdzie indziej. I teraz poszukuję nowej formy pracy dla siebie.

- Uważam, a wręcz w to wierzę, że prawdziwego szczęścia możemy zaznać jedynie poprzez medytację. Reszta jest dodatkiem.

- No ale zarówno ty jak i na przykład Iza robicie w życiu to, co chcecie, a ja nie.

- Dzisiaj to, jutro tamto. Po prostu idziemy za głosem naszych serc. Doszło do nas, że tym powinnyśmy zająć się w tym czasie naszego życia i odpowiedziałyśmy na to wezwanie. Dalej to już kwestia zawierzenia temu i swojej odwagi. A czy ty wiesz, czym chciałbyś się teraz zająć?

- No właśnie nie. Nie dostałem żadnego wezwania, mówiąc twoim językiem, lecz czuję, że to co robię, to nie to.

- Radzę ci zatem, abyś wstrzymał się z decyzją, zanim nie będziesz pewien co chciałbyś nowego robić.

- Dziwne - odpowiedział Robert, będąc nieco zaskoczonym tym, co właśnie usłyszał. - Mówisz dokładnie jak Iza.

- Bo my to poczułyśmy Robert. Tą pewność, że to nasz kierunek. To uczucie jest czymś pięknym, po prostu wiesz, że to jest to...

W tym momencie Robert przerwał jej i powiedział:

- Znam to uczucie, wiem o czym mówisz, ale jak zatem wytłumaczyć to, że naprawdę czuję, że to co teraz robię nie jest dla mnie, choć nie znam dalszej swojej ścieżki? - zapytał.

- Może źle do tego wszystkiego podchodzisz? Może powinieneś zmienić swoje nastawienia wobec niej i nie oczekiwać szczęścia po niej samej, lecz tym, co jest wokół niej.

- Dobra, dobra. Ni w ząb cię nie zrozumiałem - odpowiedział stanowczo Robert, ucinając dywagację koleżanki. - Chodźmy już do środka. Czas napełnić szkło.

Para wróciła do innych towarzyszy zabawy po czym od razu wpadła w wir trwającej w najlepsze imprezy. Goście tańczyli, żartowali, popijali alkohol i śmiali się. Po pewnym czasie towarzystwo zaczęło powoli zbierać się do wyjścia, zamawiając wcześniej taksówki. Niestety nikt z obecnych nie jechał w kierunku mieszkania Roberta, wobec czego musiał on zamówić samochód jedynie dla siebie. Goście sukcesywnie wychodzili, żegnając się czule z gospodarzami, dziękując im za zorganizowanie przyjęcia i życząc sobie ponownie pomyślności w nowym roku.

Następnego dnia Robert ocknął się około południa. Cały dzień towarzyszył mu dość spory kac. Krzątał się bez ładu to tu, to tam, wynajdując sobie kolejne nic nie znaczące zajęcia. Przez jakiś czas porozmawiał z rodziną o minionej nocy i złożył rodzicom i siostrze noworoczne życzenia. Od czasu do czasu wspominał swoje rozmowy z Izą i Dominiką. Zastanawiał się nad tym, co powinien teraz zrobić, czy szukać nowego zajęcia, czy sobie odpuścić. Po chwilach pomyślunku odpuszczał, stwierdzając, że dzisiaj nie jest w stanie skłonić siebie do bardziej konstruktywnego myślenia. Tak minął mu pierwszy dzień nowego roku.

Nazajutrz w pracy dzień polegał głównie na dokończaniu przez pracowników sprawozdań rocznych, które uwzględniały również ostatnie dni poprzedniego roku. Robert odbył dwie narady, zarówno w swoim macierzystym zespole jak i w grupie projektowej. Po niej porozmawiał chwilę z Kamilem i ustalili, że rozpoczną nowe prace dopiero w następnym tygodniu, ponieważ każdy z nich musiał dokończyć swoje obowiązki, a ponadto potrzebowali nieco czasu, by pomyśleć nad kolejnym etapem. Robert ucieszył się z takich ustaleń, ponieważ dalej nie czuł żadnego zapału do pracy. Tak również było w kolejnych dniach tego tygodnia. Wieczorami natomiast wsłuchiwał się w muzykę celtycką. Pewnego dnia udało mu się zebrać na spacer. Ponownie przemierzył park w nadziei, że uda mu się porozmawiać z Czarkiem. Od czasu ostatniej rozmowy nabrał przekonania, że te pogawędki wiele wnoszą do jego życia. Nabrał szacunku i uznania do swojego znajomego. Liczył, że uda mu się podyskutować na temat pracy i swojego podejścia. Myślał, że jego rozmówca natchnie go jakąś ciekawą myślą, a może pomysłem na siebie, jak miało to miejsce w przypadku prezentu świątecznego. Niestety, ale w te dni Robert nigdzie go nie odnalazł.

Cały czas zastanawiał się, co powinien w życiu robić. Czasem próbował odpuścić swoje poszukiwania i zdać się na to, co przyniesie przyszłość, lecz myśli związane z kolejnym dniem w pracy nie pozwalały mu na to. Myślał sobie:

- Jak odnaleźć szczęście, które jest w tych skromnych drobiazgach, będąc pochłoniętym jakimś wirtualnym, nienamacalnym projektem liczbowym? Jak pogodzić to, co wiem, z tym, co się dzieje?

Nie mógł znaleźć odpowiedzi. Od czasu do czasu myślał również o zagadce zadanej mu przez głos. Stwierdził, że w zagadce zapewne nie chodzi o powodzenie u kobiet lecz

o powodzenie w życiu. Był zaskoczony tym, jak treść zagadki pasowała do tego, co obecnie go nurtuje, tak jakby jego rozmówca ze słuchawki idealnie wstrzelił się z nią w jego aktualne życie.

- Gdzie można znaleźć powodzenie? No właśnie tego poszukuję. No właśnie, gdzie? - zastanawiał się w duchu.

W piątek, tuż przed wyjściem z pracy, wracając z łazienki podszedł do niego Adam.

- Jak leci Robert?

- Dzięki dobrze, a jak u ciebie?

- U mnie nieźle bo jadę samochodem, ale ty chyba będziesz miał dzisiaj problem?

- Czemu? - zapytał zdziwiony Robert.

- Czasem mógłbyś oderwać się od tych cyferek i spojrzeć co się dzieje wokoło - zaśmiał się szczerze. Robert, słysząc te słowa miał wrażenie, że przyjaciel z pracy idealnie wkomponował się w to, co od jakiegoś czasu zamierzał wdrożyć w swoje życie, lecz bardzo często zapominał o tym w ciągu swojego dnia. Adam, widząc zmieszanie kolegi, kontynuował :

- Kilka stacji metra wyłączyli z ruchu. Podali ostatnio komunikat. Jakąś awarię mają. A ty chyba wybierasz się już do domu, więc radzę ci, byś nie liczył na podziemną ciuchcię.

- O! - wręcz wykrzyknął Robert. - Dobrze, że mi mówisz. Poszedłbym i potem musiałbym wracać kawał drogi. Przystanek autobusowy mam w drugą stronę od naszej budy. Dzięki Adam za info.

- Nie ma problemu, wisisz mi browarek na mieście. Może kiedyś? - zapytał Adam, sondując nieco współpracownika.

- Tak, myślę, że niebawem wyjdziemy ponownie. Masz moje słowo, ale nie dzisiaj proszę, może w następnym tygodniu się uda?

- Zobaczymy, zobaczymy - odpowiedział z wesołością Adam.

Robert wyszedł z pracy i udał się w przeciwną stronę niż zwykle. Przemierzając odcinek jaki dzielił budynek jego pracy od przystanku autobusowego, z którego odjeżdżał jego autobus, mijał punkt ksero. Ten sam, w którym jakiś czas temu nieznajoma pomogła mu w potrzebie. Pomyślał o niej ponownie. Przypomniał sobie widok jej twarzy i ten jej piękny uśmiech. Na tę myśl sam uśmiechnął się do siebie pod nosem. Gdy mijał budynek chciał mimochodem zerknąć, czy w środku za ladą nie stoi czasem ona, lecz wejściowe drzwi i znajdujące się obok okna były pokryte nieprzezroczystymi okleinami z reklamowymi napisami. Nie mogąc niczego dojrzeć przez nie spuścił wzrok i pomaszerował w kierunku przystanku.

Gdy doszedł na miejsce dowiedział się z rozkładu, że jego autobus ma przyjechać

w przeciągu około piętnastu minut. Na przystanku było niewielu ludzi, około pięć osób. Robert stał tak przez jakiś czas zamyślony w swoich rozważaniach dotyczących pracy

i swojej przyszłości w niej. W pewnym momencie jakaś kobieta podeszła do przystanku

i zaczęła oglądać rozkład jazdy. Robert stał oszołomiony. Kilka kroków od niego stała ta sama kobieta, którą kiedyś poznał w punkcie ksero. Pomimo, że było już ciemno, rozpoznał ją. Przystanek stał obok latarni, skąd dobiegało światło. Miała rozpuszczone włosy

i ubrana była w zimową kurtkę. Stała przez dłuższą chwilę, a to spoglądając na komórkę

a to na rozkład jazdy, a to w kierunku, z którego nadjeżdżały autobusy. Robert stał i wpatrywał się w nią. Ogarnęła go silna chęć, by podejść do kobiety i porozmawiać z nią. Jednakże od razu za tymi myślami przychodziły kolejne, które sugerowały mu, że ona pewnie go nie pamięta i będzie głupio z nią porozmawiać po takim czasie o zdarzeniu, którego zapewne już zapomniała. W pewnym momencie kobieta skierowała swój wzrok w stronę Roberta i chwilę zawiesiła wzrok na jego twarzy. Po chwili uśmiechnęła się, skinęła głową i powiedziała:

- Dobry wieczór.

Robert, zaskoczony obrotem spraw, podszedł do niej i odpowiedział:

- Dobry wieczór. Poznałem panią, ale zastanawiałem się czy pani może pamięta mnie?

- Tak, pamiętam pana. Dziękuję za słodycze. Były pyszne - powiedziała kobieta, uśmiechnąwszy się w jego kierunku. - Dziękuję również za słowa uznania. Mój szef był pod wrażeniem.

- Doprawdy? - Robert uśmiechnął się, przypomniawszy sobie to, co mówił tamtego poranka. - Cieszę się, że choć tak mogłem się odwdzięczyć. Jednak to ja nadal jestem pani wdzięczny. Uratowała mnie pani wtedy.

- Och, nie ma o czym mówić. Dla takich radosnych chwil warto tam pracować - rzekła i widząc pytającą minę swojego rozmówcy kontynuowała. - Gdy można w tak prosty sposób komuś pomóc i sprawić, że jego gorszy dzień zamieni się w lepszy, to jest to dla mnie wystarczająca satysfakcja zawodowa.

- Ma pani rację! - rzekł stanowczo Robert, całkowicie wierząc w to, co usłyszał. - Ja w swojej pracy nie mam jednak takich okazji, zbyt dużo cyfr.

- W każdej pracy można odnaleźć sposób na zadowolenie.

- Jeżeli pracuje się przy tym, co się lubi, to może i tak. Może pani akurat lubi swoją pracę, ale ja czuję się jakoś wypalony w swojej.

- A gdzie ja pracuję? W punkcie ksero, za ladą, choć wyższe wykształcenie mam. Forma pracy nie jest jednak ważna, lecz to, jak się do niej podchodzi - odpowiedziała kobieta.

- Może i tak, ale lepiej podchodzić do pracy, gdy czuje się, że ona coś nam daje.

- To trzeba chyba samemu zdobyć, a dokładniej to odpowiednio nastawić się do niej.

- Ciężko nastawić się do cyferek - odparł Robert.

- Haha - zaśmiała się nieznajoma. - A czy trzymają pana w klatce z cyferkami?

Z nikim pan nie pracuje?

- Czasem mam wrażenie, że siedzę w klatce przed komputerem - zaśmiał się Robert, po czym dodał: - Ale tak, pracuję również z innymi, zamkniętymi w swoich klatkach.

- I nie rozmawiacie w ogóle? Jakiś łagier to jest?

- Nie, nie, rozmawiamy trochę, aż tak źle nie jest.

- No właśnie, a zatem można wyjść poza cyferki i poczuć życie poza nimi, będąc nadal przy nich.

- Yyy, zaskoczyła mnie pani - odpowiedział Robert, będąc pod wrażeniem słów kobiety.

- Wie Pan, najważniejsze jest nastawienie do tego, gdzie się akurat jest. Kiedyś panu powiedziałam i pamiętam to dobrze, że każdy dzień może być szczęśliwym dniem. To nie zależy od dnia, lecz od nas i naszego nastawienia. Zawsze można być szczęśliwym i spełnionym, gdy ma się szczęście i spełnienie w głowie i sercu - odpowiedziała kobieta, uśmiechając się, a w jej oczach Robert dostrzegał niesamowity błysk.

- Powodzenie zależy zatem od nas samych i można znaleźć je wszędzie, bo ono zależy od naszego nastawienia - odpowiedział powoli lecz dobitnie Robert, wpatrując się

w oczy nieznajomej, lecz czując jak fala uczucia pewności, która już nieraz w takich momentach mu towarzyszyła, napełnia go ponownie.

- Interesujące sformułowanie - odrzekła z uznaniem, po czym dodała: - Ciekawie się z Panem rozmawiało. Mam nadzieję, że jeszcze nadarzy się okazja do porozmawiania, tymczasem zaraz jadę. O, to właśnie mój autobus - powiedziała, po czym wskazała ręką pojazd, który pojawił się w oddali.

- Ciekawe co się wtedy zepsuje? - zapytał rozweselony Robert, lecz widząc pytającą minę swojej towarzyszki dodał:

- Za każdym razem kiedy panią widzę, wcześniej coś się psuje. Wtedy drukarka, teraz metro, dlatego tu jestem. Normalnie zazwyczaj jeżdżę metrem, ale cieszę się, że miało dziś awarię - odpowiedział i uśmiechnął się w kierunku kobiety. Ta odwzajemniła uśmiech i rzekła jedynie: -Do widzenia! - po czym wsiadła do swojego autobusu.

Robert odprowadził ją wzrokiem, a gdy jej autobus odjeżdżał nadal wpatrywał się w niego. Po chwili ocknął się nieco. Był zadowolony z nieoczekiwanego spotkania. Uśmiechał się do siebie i w pamięci przywoływał poszczególne chwile rozmowy z kobietą.

W pewnej chwili uprzytomnił sobie, że podczas niej, nie uświadamiając sobie tego w pełni, rozwiązał zagadkę. Skierował swoje myśli ku niej.

- No tak, powodzenie można odnaleźć wszędzie. Wszystko zależy jak do tego podejdziemy i co jest naszym celem.

Ponownie fala pięknego uczucia pewności przeszyła go na wskroś. Jednakże tym razem nie był w stanie dodać żadnych innych wniosków do tego, co pomyślał przed chwilą. W końcu przyjechał jego autobus i Robert udał się do swojego mieszkania.

Zbliżając się do drzwi swojego mieszkania Robert spostrzegł pakunek, który leżał na wycieraczce. Zaciekawiony podniósł go, wszedł do swojego mieszkania, rozebrał się i usiadł w fotelu. Chwilę myślał o wszystkim, co go dziś spotkało, lecz po chwili odpakował niespodziewaną, tajemniczą przesyłkę. W środku była książka. Robert obejrzał ją dookoła. Po kilku chwilach otworzył ją i zaczął czytać:

Po-moce