Podryw

Wtorkowe przedpołudnie w pracy było dla Roberta wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Przełożony poprosił go do siebie na rozmowę. Przybywszy do jego biura Robert dowiedział się, że projekt, ten, na który tak wcześniej liczył, rusza lada dzień. Otrzymał od szefa polecenie, aby wygospodarował nieco swojego czasu w pracy, aby przygotować się do jego rozpoczęcia. Omówił z szefem plan przygotowań po czym wyszedł z biura. Wracając do swojego biurka szedł zadowolony i uśmiechnięty, czego nie miał w zwyczaju. Mijał kolejne biurka swoich współpracowników z działu. Każda osoba, obok której przechodził, podnosiła nieco oczy znad swojego komputera wpatrując się w zadowoloną minę Roberta. Był to dość niezwykły widok. Jego koledzy z pracy przez lata przyzwyczaili się do jego raczej pochmurnej miny. Zauważył to również Adam i nie omieszkał go zagadnąć.

- O, coś się dzieje - powiedział Adam. - Czyżby projekcik wystartował kolego?

- Ano wystartował, w końcu - odpowiedział uśmiechnięty Robert.

- Widzisz, więcej wiary w to, że może być lepiej stary - powiedział Adam, odpowiadając szczerym uśmiechem. Robert nie kontynuował już dalszej rozmowy. Pokazał Adamowi jedynie wyciągnięty kciuk prawej dłoni na znak, że zgadza się z jego słowami, po czym wrócił do biurka, usiadł i zaczął energicznie pracować przy swoim komputerze. Ktoś z boku mógłby odnieść wrażenie, że właśnie dostał on od przełożonego jakieś ważne zadanie do wykonania i czym prędzej chce je wykonać. Robert, będąc jednak nieco nieśmiałą osobą, nie chciał rozmawiać teraz z całym działem o swoich wcześniejszych wątpliwościach i o obawach. Nie chciał również, w swoim mniemaniu, rozmową o powodzeniu zapeszać faktyczny start projektu. Pomyślał, że skoro dostał polecenia od szefa zamierza je rzetelnie wykonać jak najszybciej, jakby od tego zależało to, czy w ogóle będzie mu dane w nim uczestniczyć. Na chwilę, zanim wir nowych obowiązków porwał go na dobre, pomyślał o słowach Adama. - Wiara, kto by pomyślał, że znowu to dziś usłyszę - pomyślał. - Wiara w to, że może być lepiej, hmmm - zamyślił się na chwilę po czym powrócił do obowiązków służbowych.

Wieczorem, po zjedzeniu kolacji, przygotowaniu się do kolejnego dnia w pracy przypomniał sobie, że zaplanował dzisiaj zadzwonić. Postanowił, że chwilę ochłonie w fotelu, uspokajając nieco gonitwę swoich myśli na temat dzisiejszego dnia w pracy. Usiadł wygodnie w fotelu, wyprostował nogi na podnóżku i zamknął oczy. Trwało to niecałe pół godziny. Przypomniawszy sobie o zaplanowanym telefonie ocknął się z półsnu, w który zaczął już z lekka wpadać, wyprostował się w fotelu, wziął do ręki telefon i wykręcił z pamięci numer. Wciąż był on żywy w jego głowie, choć minęło już sporo czasu od momentu, w którym mu się przyśnił. Wsłuchał się w odgłos sygnałów, zajął nieco wygodniejszą pozycję w fotelu i powoli liczył. Przy dwunastym sygnale usłyszał znajomy głos:

- Słucham.

- Witaj, przyjacielu - powiedział Robert, jednakże nieco zawahał się nazywając swojego rozmówcę przyjacielem. Pomyślał jednak, że skoro ten chce, aby tak go nazywać, to postanowił tak uczynić. - Rozwiązałem twoją kolejną zagadkę.

- Brawo, przyjacielu - odpowiedział głos. - Jak zatem ona brzmi?

- Wiara - powiedział stanowczo Robert. - Aby w ogóle mieć szansę na wygranie

w loterii trzeba kupić los. Gdy nie będę miał wiary w to, że może mi się udać, choćby ta nadzieja była bardzo, bardzo słaba, to jednak musi być, abym w ogóle kupił los. A dopiero wygram, kiedy go kupię. Oczywiście to nie gwarantuje wygranej, ale jest konieczne, by móc o niej myśleć. Jeżeli jednak nie wierzyłbym ani trochę w jakąkolwiek szansę na wygranie, na przykład wiedziałbym, że loteria jest oszukana, to nigdy bym przecież nie kupił losu. Zatem wiara w sukces, choćby śladowa, musi być bym go kupił - wyjaśnił swój tok myślenia spokojnie lecz stanowczo, jakby był profesorem w dziedzinie tej zagadki i właśnie wykładał jej temat na auli przed zgromadzonymi słuchaczami.

- Masz rację Robercie, ale wróćmy do wiary. O jaką konkretnie wiarę chodzi.

- No o wiarę, że może się udać, że może być lepiej - odpowiedział głosowi, po czym przez krótką chwilę zastanowił się skąd przyszły mu do głowy ostatnie słowa. Od razu przypomniał sobie dzisiejszą rozmowę z Adamem. Był nieco zaskoczony, że odpowiadając akurat ta odpowiedź przyszła mu na myśl

- Dokładnie - odpowiedział po chwili głos. - Wiesz Robert, te nasze zagadki, jak już się nieraz domyślałeś, są pewną przenośnią. Dotyczą pewnych konkretnych rzeczy, ale można je odnieść nieco szerzej. Czy może widzisz to teraz?

- Myślę, że tak, choć coś powstrzymuje mnie przed tym, abym tak to widział

- A co cię powstrzymuje?

- Widzisz - powiedział Robert. - Domyślam się, że te zagadki odnoszą się do mojego obecnego stanu, ale jakoś chyba nie chcę myśleć o tym tak, a jedynie skupić się na prostej odpowiedzi. Coś we mnie wzbrania się przed głębszymi przemyśleniami, bo wie, że będzie to dotyczyć czegoś, co jest we mnie głęboko ukryte.

- Rozumiem cię, choć powinniśmy nieco pójść tą właśnie drogą. - powiedział nadzwyczaj łagodnie głos nieznajomego. Słuchając go Robert odniósł wrażenie, że stopniowo zaczął uspokajać się, jakby ktoś zdejmował z jego barków zamocowany na nich ciężar. Poczuł się lżej i odważniej do dalszej dyskusji. Głos kontynuował:

- Pomyśl o loterii jak o swoim życiu. Czego zatem potrzeba ci, abyś wygrał w swoim życiu?

- Wiary, że może być lepiej - odpowiedział Robert z głosem oznaczającym całkowitą zgodność co do wypowiedzianych słów. - Lecz ja jej nie mam. Chciałbym, ale nie wierzę, że będzie lepiej. Czasem pojawia się na horyzoncie jakieś światełko, lecz po chwili znowu gaśnie. I tak w kółko. Pojawia się i znika.

- Czy można zatem powiedzieć, że nie widzisz tego, że może być lepiej? - zapytał głos.

- Hmm - zastanowił się przez chwilę Robert. - To nie tak. Czasem dostrzegam, ale wtedy chyba nie do końca chcę w to wierzyć. Gdy zaczynam zauważać, że jest lepiej, to jednocześnie widzę czarny scenariusz. Ten nieraz sprawdzał się. Być może jest szansa, ale koszt jej podjęcia jest zbyt duży w razie niepowodzenia. Wiesz, najgorsze dla takich osób jak ja są chwile, w których nieco drgniemy, gdy pojawi się jakieś zabłąkane światełko

w tunelu lecz potem te pojedyncze nikłe światełko również znika. To wpędza w jeszcze większe przygnębienie. Dlatego też czasem wydaje mi się, że lepiej nie widzieć w ogóle światełka.

- Rozumiem twoją perspektywę, choć jest ona błędna. Powinniśmy zatem kontynuować. Czy mogę zadać ci w takim razie kolejną zagadkę - zapytał głos

- Jak najbardziej, ale poczekaj chwilę. Coś mnie nurtuje - odpowiedział Robert. - Otóż odnoszę czasem wrażenie, że na zagadki, które mi zadajesz można również odpowiedzieć inaczej. Inne odpowiedzi też mogą być trafne, nie tylko te, co ja podaję. Jedynie ta pewność co do rozwiązania, o której wspominałeś, kieruje mną ku niemu. Choć zastanawiam się co byś odpowiedział, gdybym dziś zadzwonił i podał ci inne rozwiązanie.

- Inne odpowiedzi też mogą być dobre - odpowiedział z wyczuwalnym w tonie łagodnym uśmiechem głos. - Lecz dla ciebie trafne były teraz jedynie te, które podałeś. Wszystko zależy od tego, czego się mamy nauczyć. Zależy to od naszego etapu nauki. Jeżeli zadałbym te zagadki innej osobie, o zgoła odmiennych problemach, to oczekiwałbym zapewne innej odpowiedzi. Choć to nie jest pewne. To sprawa nader indywidualna. Niektóre mogą mieć kilka rozwiązań, choć zapewne spotkasz się również z takimi, które będą miały tylko jedno prawidłową odpowiedź. Jak już jednak sam zauważyłeś, kieruj się w rozwiązywaniu ich przede wszystkim uczuciem pewności i swego rodzaju spełnienia i ulgi. To właściwe drogowskazy. Umysł jest ważny, lecz bez uczucia jest jak rycerz bez tarczy. Podatny na zniekształcenia z każdej strony. Gdy będziesz sięwahał, kieruj się tymi uczuciami co już mówiłem, również w życiu.

- Dziękuję. Zadaj proszę nowe zadanie przyjacielu - powiedział łagodnym i wielce przyjaznym tonem Robert.

- A zatem przyjacielu, pomyśl czego potrzebuje mężczyzna by poderwać kobietę?

Przyzwyczajony już do sposobu kończenia rozmowy przez Głos. Robert nie był zaskoczony, gdy rozmowa dobiegła końca z chwilą zadania zagadki. Odłożył na stolik telefon, oparł się wygodnie w fotelu, założył nogi na podnóżek i pogrążył się w myślach. Po skończonej konwersacji był zafascynowany uczuciem spokoju, które towarzyszyło mu zarówno podczas samej rozmowy jak i teraz, gdy myślał o tym. Czuł się lekko, spokojnie jak tafla niezmąconego niczym jeziora. Powtórzył zagadkę w myślach. Stwierdził, że swoimi rozmyślaniami nie chce sobie dzisiaj psuć tak błogiego stanu, który go otoczył. Postanowił, że tym razem raczej będzie uważnie czekał na odpowiedź niż jej aktywnie poszukiwał. Postanowił zatem niezwłocznie położyć się do łóżka. Po kilku chwilach już spał.

W środę Robert pochłonięty był przygotowaniami do rozpoczęcia swojego udziału w projekcie, który definitywnie miał rozpocząć się od razu po weekendzie, w poniedziałek. Miał wysoką motywację do pracy lecz zamiast nerwówki zaobserwował w sobie pewność i zaufanie ku dalszemu obrotowi sprawy. Zastanawiał się nad swoim nad wyraz dobrym nastrojem, który to nie objawiał się mu humorem lecz lekkością. Czuł się tak, jakby ktoś faktycznie zdjął mu niemały ciężar z ramion. W ciągu dnia nieraz zastanawiał się czy powodem tego niecodziennego dla niego stanu była wczorajsza rozmowa, czy też spokojny sen jaki zaznał od razu po niej czy zapewnienia szefa odnośnie projektu. Nie dociekał jednak. Gdy wrócił do domu stan dalej utrzymywał się w nim. Tego wieczoru nie marudził zbyt długo i postanowił położyć się wcześnie spać. Pragnął wykorzystać nastrój, by móc ponownie zapaść w tak błogi sen jak poprzedniej nocy.

Obudził się dość wcześnie, półtorej godziny przed budzikiem. Czuł się wyspany

i rześki. Zjadł śniadanie i w pierwszej kolejności przygotował się do wyjścia do pracy, by resztę zaoszczędzonego czasu móc spożytkować na relaks w swoim ulubionym fotelu. Po pewnej chwili postanowił obejrzeć coś w telewizji. Stwierdził, że zazwyczaj rano nigdy tego nie robi, bo nie ma na to czasu. Ciekawiło go, co można pooglądać o takiej porze

w normalny dzień tygodnia. Trafił na jeden z programów śniadaniowych, w których prowadzący rozmawiali z zaproszonymi gośćmi na różnorakie tematy. Posłuchał rozmowy

o wypadkach samochodowych, o nowej diecie, o wydarzeniach ze świata show-biznesu. Następna zapowiadana rozmowa miała dotyczyć medytacji i wschodnich religii. Przypomniała mu się jego dyskusja na balkonie. Zaciekawił się tematem. Po chwili był lekko oszołomiony. Jego oczom ukazała się Dominika, jednakże nie był to sen, ani marzenia lecz widział ją po drugiej stronie ekranu. Prowadzący zapowiedzieli rozmowę z nią po czym dodali, że jest znaną blogerką w tej dziedzinie. Robert siedział mocno zaskoczony tym, co ujrzał. Przypatrzył się swojej znajomej. Zaskoczony był jej urodą. Próbował w pamięci przypomnieć sobie obraz kobiety, z którą rozmawiał tamtego dnia. Nie bardzo wiedział, czy był to efekt tego, że wypił dużo alkoholu czy też tego, że tego wieczoru nie był pod tym względem zainteresowany Dominiką, lecz obraz, który widział w ekranie nie pokrywał się z obrazem, jaki miał w pamięci. Był nieco olśniony urodą Dominiki, jej gracji

i szyku, sposobu wypowiadania się i uśmiechania. Był pod wrażeniem spokoju i stanowczości zarazem jakie biły od niej, gdy odpowiadała na pytania prowadzących. Nie bardzo mógł skupić się na tym, o czym konkretnie mówiła. Mimowolnie całą uwagę skupił na jej wizerunku. Był pod jej wrażeniem. Rozmowa zakończyła się dość szybko. Robert podniósł się i odnalazł prędko kartkę z zapisanym numerem telefonu. Chwilę wahał się lecz uśmiechnął się do siebie i napisał do niej wiadomość:

Dobry występ Pani optymistko. Jestem pod wrażeniem. Gratuluję. Robert, pesymista z balkonu :).

Pomyślał sobie, że przecież sama podała mu numer, a poza tym wszyscy biesiadnicy tamtego wieczoru bawili się dobrze, jakby byli zgraną, wieloletnią paczką, wobec czego wypada mu napisać takiego sms-a. Zaciekawiony był tym czy do niego odpisze.

Będąc już w pracy, około trzy godziny później, otrzymał zwrotną wiadomość:

Dziękuję. Skoro Ci się spodobało to zadzwoń kiedyś, a pogadamy o twoim pesymizmie.

Robert ucieszył się z tej wiadomości i postanowił, że niebawem zadzwoni do niej. Zastanawiał się nad dzisiejszym lub jutrzejszym wieczorze, jako odpowiednią porą, by wykonać telefon. Wstąpił w niego jakby nowy duch. Wiele spraw w tym tygodniu układało się po jego myśli. Po rozwodzie ani razu nie umówił się z żadną kobietą na randkę. Jego nastrój, który towarzyszył mu przez ten okres razem z jego pesymistycznym nastawieniem, uniemożliwiały jakiekolwiek spotkanie. W tym tygodniu sprawy jednak potoczyły się inaczej i postanowił spróbować. W tym momencie ponownie poczuł tę stanowczą pewność, taką, którą odczuwał przy rozwiązywaniu zadawanych mu łamigłówek przez Głos. Uczucie to nie było na tyle silne co poprzednio lecz nie na tyle słabe, by mogło zostać niezauważone przez Roberta. Stwierdził zatem, że jest to dobra decyzja.

Wieczorem, będąc w domu postanowił zadzwonić. Przez chwilę wahał się lecz stwierdził, że przecież nie umawia się z nieznajomą na randkę. Pomyślał sobie: - To w sumie moja znajoma. Sama dała mi numer. Nie będę tego traktował jako randkę lecz jako spotkanie, by porozmawiać o ... , o pesymizmie i optymizmie. Taka filozoficzna dyskusja między dwoma przeciwnymi stronami. Może być ciekawie.

Te myśli ostatecznie nakłoniły Roberta, aby zadzwonić. Wybrał numer, który był zapisany na kartce, którą to trzymał właśnie w ręku. Po kilku sygnałach kobiecy, łagodny głos pojawił się w słuchawce.

- Cześć Robert - powiedziała Dominika, jakby spodziewała się rozmowy ze starym, dobrym znajomym.

- Witam gwiazdę telewizji - odpowiedział stanowczym lecz z wyczuwalną nutą żartobliwości tonem. - Nie wiedziałem, że rozmawiałem na balkonie z gwiazdą.

- Haha - zaśmiała się. - Daj spokój. Od rana muszę wyjaśniać wszystkim, że to pomyłka.

- Pomyłka? - zapytał Robert. - Przecież sam słyszałem i widziałem co pisali.

- No tak, ale to telewizja - powiedziała przeciągle kobieta. - Każdego mogą zrobić sławnego. Wiesz, to nie tak. W tym temacie jest mało osób zajmujących się pisaniem

o tym. A ja przez przypadek mam znajomą w tej właśnie telewizji, która lubi czytać mojego bloga. No i suma summarum zaproponowali mi występ. Zgodziłam się, a co! Trema mi nie straszna, a dzięki temu może kogoś innego tym zainteresuję .

- Jak sobie chcesz. - odpowiedział Robert - Według mnie wypadłaś bardzo profesjonalnie. Tak mnie wciągnęły twoje słowa, że postanowiłem porozmawiać o swoim pesymizmie z tobą, jeżeli jeszcze nadal masz ochotę i znajdziesz chwilę czasu, bo pewnie teraz wielu znajomych chce z tobą rozmawiać.

- Nie martw się - powiedziała Dominika ze śmiechem. - Dla ciebie znajdę czas,

a ochota jak była tak jest.

- Świetnie - powiedział pozytywnie zaskoczony Robert. - Masz czas w sobotę?

- Ten tydzień odpada Robert. Muszę wyjechać. Może umówmy się jakoś w następnym tygodniu, może wtorek ci pasuje?

- Wtorek? Tak, ale dopiero wieczorem. Myślę, że tak o 20:00, pasuje ci?

- Jak najbardziej. Lubisz włoską kuchnię? - zapytała Dominika.

Podczas dalszej rozmowy oboje uzgodnili, że z przyjemnością po całym dniu zjedzą kolację. Ustalili spotkanie w znanej obojgu restauracji po czym zakończyli rozmowę.

Robert był zadowolony z siebie po zakończonej rozmowie. Cieszył się, że potoczyła się gładko i swobodnie, jakby znali się już jakiś czas i nieraz się spotykali. Przypomniał sobie obraz Dominiki, którą widział dzisiejszego ranka w telewizji i jej uśmiechnięty głos w słuchawce. Połączone wrażenia dały w jego wyobraźni niesamowity efekt. Robert nie mógł się doczekać wtorkowego spotkania.

Nazajutrz, w ostatnim dniu tygodnia pracy, około południa do jego biurka podszedł Adam.

- Siema brachu - powiedział. - Jak leci projekcik?

- Dzięki Adam, dobrze, w końcu się udało. Muszę się trochę przygotować na poniedziałek, ale przynajmniej to wszystko ruszyło. A jak u ciebie?

- U mnie jak zawsze nieźle, choćby było źle - zaśmiał się Adam. - Widzisz tę nową, którą zatrudnili do nas? - zapytał i wskazał skinieniem głowy na biurko, przy którym pracowała nowo przyjęta dziewczyna w wieku około trzydziestu lat. - Niezła, nie?

- Haha - zaśmiał się Robert. - Ty lepiej pracuj, a nie podrywaj.

- Na piękno zawsze znajdzie się chwila. Ty mnie przecież zrozumiesz, w końcu mamy podobny gust - powiedział kolega uśmiechając się znacząco, jakby chciał przypomnieć coś Robertowi, lecz ten zrobił minę, jakby nie rozumiał aluzji.

- No, nie pamiętasz już czy jesteś zakochany? - zapytał Adam. - Ryśka z ksero, nie pamiętasz?

- Aaaa - powiedział Robert, chwytając się za czoło, jakby przypomniał sobie dawno zapomniany fakt. - Zapomniałem - odparł i ponownie na chwilę zamilkł, przypominając sobie twarz poznanej tam kobiety, po czym dodał: - Faktycznie, ładna dziewczyna z tej nowej, ale jak bardzo prosisz to odstąpię ci ją - powiedział z żartem.

- Haha - zaśmiał się Adam. - Lecz widzę, że chyba ktoś tu kogoś poznał, czy się mylę? Jakoś tak mało interesująco na nią spojrzałeś - dociekał dalej.

- Nic wielkiego póki co, zresztą to tylko znajoma, na razie wolę o tym nie gadać - powiedział Robert stanowczym tonem.

- Ok, nie zmuszam w takich sprawach. Mam jednak nadzieję, że dzisiejszy wieczór masz wolny. Musisz przecież uczcić projekt. Wybieramy się dziś z Siwym do pubu, aby nieco rozładować napięcie po całym tygodniu, pójdziesz z nami?

- Hmm - pomyślał przez chwilę Robert. - Pub w piątkowy wieczór powiadasz. Hmm. Obecny.

- No, zaskoczyłeś mnie ogromnie. Dogadam szczegóły z Siwym i dam ci dalsze info później, tymczasem lecę, bo Gruby idzie.

Powiedziawszy to Adam udał się do swojego biurka. Robert był zadowolony z zaproszenia kolegi. Ten tydzień w jego odczuciu był na tyle emocjonujący, że stwierdził, że chętnie uwieńczy go w towarzystwie kolegów, popijając zimne piwo.

Reszta dnia minęła mu dosyć szybko. Dopracował ostatnie szczegóły dotyczące projektu, który miał rozpocząć się już w najbliższy poniedziałek. Pod koniec uczestniczył w naradzie z zespołem osób, które tak jak on miały brać udział w projekcie. Skończywszy pracę wrócił do domu, zjadł ciepły posiłek, ubrał się i udał się na spotkanie w umówionym miejscu. Koledzy z pracy wybrali jeden z pubów nieopodal centrum miasta na piątkową popijawę. Gdy dotarł na miejsce zauważył, że pub był wyjątkowo oblegany tego wieczoru. Każdy minięty przez niego stolik był zajęty przez grupki osób. Większości były to osoby młodsze od niego, a przynajmniej tak mu się zdawało. Adam przekazał mu w pracy informację, że zarezerwował stolik, wszakże nie wiadomo było, który konkretnie. Spojrzał na telefon, by sprawdzić godzinę. Nie spóźnił się zbytnio. Minęło zaledwie dziesięć minut od umówionej wcześniej pory. Z racji, że bar okazał się nad wyraz rozbudowanym lokum,

z kilkoma pomniejszymi salami oraz kilkoma korytarzami między nimi, odnalezienie stolika zajęło Robertowi parę minut . Koledzy siedzieli już i popijali piwo. Podszedł do stolika będąc niezauważonym i oznajmił:

- Witam szanowne grono. Po kuflach widzę, że już zaczęliście beze mnie.

- A ileż można czekać, gdy zimne piwko ciepleje - odpowiedział Adam. - Ale, ale... proszę bardzo, nie zapomnieliśmy o tobie - powiedziawszy to skierował w kierunku miejsca, które Robert właśnie zajmował, pełny kufel piwa. - Następną kolejkę ty stawiasz - dodał z uśmiechem.

- Wypijmy zatem zdrowie pracownika tygodnia - rzekł Radek podnosząc do góry szklankę. Był to Siwy, kolega z tego samego działu, który planowo miał również uczestniczyć w spotkaniu. Otrzymał on ten przydomek od kolegów z pracy z powodu jego dosyć osiwiałych już włosów zarówno na głowie jak i brodzie, którą nosił krótko przystrzyżoną. Miał czterdzieści parę lat. Był mężczyzną niezbyt wysokim lecz nie aż nadto niskim, z wystającym brzuchem i zaokrąglonymi policzkami. Robert miał do niego obojętny stosunek. Ani go nie darzył jakąś większą przyjaźnią, ani też nie stronił od niego. Na wspólnych pracowniczych imprezach czy wyjazdach nieraz rozmawiali ze sobą, lecz zazwyczaj w o wiele liczniejszym gronie. Znajomość ta nigdy nie przerodziła się w bliższą zażyłość. W pracy natomiast ich obowiązki w ogóle nie pokrywały się ze sobą mimo iż pracowali w tym samym dziale, dlatego też mieli niewiele wspólnych zawodowych tematów i sporadycznie rozmawiali ze sobą w biurze, jedynie przy okazji jakiś większych narad czy też biurowych wydarzeń, w którym uczestniczyło większość osób.

- Dzięki, no udało się w końcu - odpowiedział Robert. - A jeszcze nie tak dawno myślałem, że nic z tego nie wyjdzie.

- A mówiłem ci - rzekł Adam. - Więcej wiary, że będzie lepiej, że może się udać.

- No już tak mam, wiesz dobrze o tym, co poradzę - odpowiedział Robert podnosząc nieco ramiona w górę.

- A co ty w ogóle tak się spinasz na ten projekt? Po co ci dodatkowe obowiązki? Premię chcesz zdobyć? Szkoda sił na te ochłapy, które rzucają. Ja tam wolę spokojnie popracować przy tym co mam, a siły zostawić na wieczór - powiedział Radek, rzucając do towarzyszy jednoznaczny uśmiech wskazujący, że dobrze rozumieją co ma na myśli.

- Ty wieczorem do żonki i dzieci, a ja już po rozwodzie przecież - odpowiedział Robert. - Wiesz, wypaliłem się trochę. Potrzebuję jakiś życiowych bodźców, jakiejś zmiany, czegoś innego. Mógłbym zmienić pracę, ale nie bardzo wiem na jaką. Taki projekt jest dla mnie jak gdyby zmianą pracy na chwilę, jakimś odciągnięciem od codziennej rutyny. Potrzebuję tego, a przynajmniej wydaje mi się tak.

- To byś się zajął poszukiwaniem panny a nie roboty - rzekł dowcipnie Adam. - Ona zapewniłaby ci brak nudy.

- Coś o tym wiem - powiedział Robert. - Była zapewniła mi niezłą karuzelę.

- Lepsza zatem karuzela czy nuda? - zapytał Radek, jako jedyny z towarzystwa przyjaciół będący obecnie w małżeństwie.

- Karuzela pewnie lepsza, gorzej jak zmienia się w armagedonowy rollercoaster. A, długo by opowiadać. Szkoda wywlekać w piątunio gorzkich żali. Napijmy się i pogadajmy o czymś weselszym - rzekł Robert, podnosząc ponownie kufel w kierunku kolegów.

Wieczór mijał szybko. Z każdym kolejnym piwem towarzysze byli coraz bardziej roześmiani i otwarci. Opowiadali ciekawe historie i kawały, na tyle dla nich śmieszne, że nie raz ich salwy śmiechu dochodziły do wszystkich osób znajdujących się w tej sali,

w której oni przesiadywali. Mało przejęci faktem nieraz wpatrzonych w nich oczu nieznanych osób bawili się dalej. W pewnym momencie Robert zerknął w kierunku przeciwległego stolika, przy którym siedziała grupka osób, dwóch mężczyzn i kilka kobiet. Jego wzrok zatrzymał się na twarzy jednej z pań, o brązowych włosach i ładnej urodzie. Niespodziewanie dla niego kobieta skierowała swój wzrok w jego kierunku. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w siebie, po czym kobieta delikatnie uśmiechnęła się i odwróciła wzrok w kierunku swoich znajomych. Całą sytuację zaobserwowali również koledzy Roberta.

- Cicha woda brzegi rwie - wypalił Adam. - Coraz częściej widzę, że zaczynasz wracać w poczet wolnych samców. Trzeba podejść Robercik. Usta usta - dodał i zaśmiał się.

- E tam - odpowiedział Robert. - Zanudziłbym ją sobą i tym co teraz mam w głowie. Jeszcze nie czas na to.

- No a ta tajemnicza znajoma, o której dzisiaj wspomniałeś? - zapytał Adam.

- To co innego. Spotkałem ją na imprezie u znajomych. Chyba jest jakąś wschodnią terapeutką dusz. Zainteresowała się moim przypadkiem i praktycznie sama zaproponowała mi spotkanie, więc się z nią umówiłem.

- Taa - wtrącił się do dyskusji Radek. - Tak się zazwyczaj zaczyna. Mój znajomy też poznał jakiś czas temu przypadkiem kobietę na imprezie znajomych. Rozmawiali coś o jakimś problemie, potem spotkali się raz, potem drugi a teraz idziemy na ich ślub.

- Dokładnie - powiedział Adam. - Takie sytuacje są najlepsze. Wspólny temat, wspólny problem do rozwiązania. Czy to ważne czego on dotyczy. Ciebie? Świetnie. Zobaczy w tobie uroczego faceta i bam, zaiskrzyło.

- Dajcie spokój – studził entuzjazm kolegów z radosnym uśmiechem Robert. - Nie chcę póki co do tego tak podchodzić. Ładna kobieta, inteligentna, niezła figura, ale póki co, to nie myślę o tym. Chcę się spotkać i porozmawiać, może dowiem się o sobie czegoś ciekawego.

Koledzy wybuchli równocześnie śmiechem.

- Robert, ty już o tym myślisz - powiedział Radek. - Tylko to próbujesz maskować przed nami, a przede wszystkim przed sobą.

- Dokładnie - akompaniował mu Adam. - Wrzuć na luz. Masz świetną sytuację. Tej ładnej tam kobiety nie chcesz zagadać, bo ją zanudzisz. A tu pojawia się kobieta, która chce, abyś to robił. Czyż to nie wymarzona dla ciebie sytuacja? Nie musisz się na początku angażować, ale trochę romansu od razu cię podniesie.

- Może - odpowiedział już nieco podpity Robert, uśmiechając się do towarzyszy.

Minął jakiś czas wspólnych rozmów na niezbyt poważne tematy. W pewnym momencie Robert przypomniał sobie o zagadce, którą kilka dni temu zadał mu nieznajomy przyjaciel. Postanowił zadać tę zagadkę towarzyszom.

- Słuchajcie. Zwracam się do mistrzów. Czego potrzebuje mężczyzna by poderwać kobietę według was?

- O, widzę, że nasze rozmowy plus piwo robią już swoje - powiedział Radek. - Dobra nasza. Wiesz, kilkanaście lat temu odpowiedziałbym zapewne inaczej. Plótłbym bzdury coś o urodzie, sile, kasie, pozycji. Jesteśmy już z moją tyle lat parą i przez ten czas przejrzałem nieco na oczy. Jak sobie tak myślę, to uważam, że najważniejsze jest odpowiednie dobranie się. Tak jak ty i ta twoja parapsycholog - powiedział i uśmiechnął się znacząco w kierunku Roberta. - Najważniejsze to mieć wspólne pasje i móc dzielić się nimi z najbliższą - dodał.

- To nie jest odpowiedź - odpowiedział z kolei Adam. - Robert nie pyta jak żyć z kobietą lecz jak ją poderwać. Siwy, upiłeś się już. Ja uważam, że musi być obopólne zainteresowanie. Nic na siłę. Jeżeli czujesz, że nie łapiecie kontaktu to odpuść. Może potem złapiecie. Czekasz, aż będzie. A jak nie ona to inna. Jeżeli czujesz, że jest zainteresowana tobą, to wystarczy tego nie spieprzyć.

- No to po mnie - odpowiedział Robert i z roześmianą miną kontynuował. - Jestem mistrzem w pieprzeniu idealnych okazji.

Minęły jeszcze ze dwie godziny wspólnych żartów, mało znaczących historii

i wspomnień z pracy, po czym Radek oznajmił, że już nieźle się wstawił i czas na niego. Robert i Adam przytaknęli mu. Wypili do końca piwo i wszyscy trzej wyszli z lokalu, udając się na pobliski postój taksówek. Każdy z nich wsiadł w osobne auto i na tym zakończyło się ich spotkanie.

Weekend minął Robertowi dość szybko. Miał dosyć pogodny nastrój przez całe dwa dni. Zbliżający się poniedziałek napawał go optymizmem związanym z nowym wyzwaniem czekającym na niego w pracy, natomiast wtorkowy wieczór nieco go elektryzował. Od czasu do czasu myślał o Dominice oraz o rozmowach jakie przeprowadził z kolegami na temat relacji damsko-męskich.

W poniedziałek wpadł już od samego rana w wir obowiązków zawodowych. Dzięki kilku naradom, w których uczestniczył zdołał poznać wszystkich uczestników projektu. Niektóre osoby były mu już bliżej znane, natomiast inne widział jedynie czasem na firmowych imprezach lecz nigdy nie zamienił z nimi ani jednego słowa. Jedną z takich osób był Kamil, z którym od teraz miał ściśle współpracować w ramach wdrażania nowej metodologii obliczeń zbieranych w projekcie wyników. Był to trzydziestoletni brunet, szczupły

z zadziornym uśmiechem. Na pierwszy rzut oka widać było w nim znaczne pokłady ambicji i dążenia do osiągnięcia sukcesu. Dla Roberta sprawiał on wrażenie młodej osoby, której pokłady zapału nie zdusiła jeszcze korporacyjna machina lub też osoby, która prędko chciała znaleźć się na wyższym szczeblu zawodowej kariery. Nie bardzo wiedział jeszcze kim z tych dwóch osób okaże się Kamil. Ich pierwsze rozmowy na nic szczególnego nie wskazywały, wobec czego Robert nie był w stanie odgadnąć z kim przyjdzie mu od tej pory ściśle współpracować i jaką wobec niego przybrać postawę. Robert z natury był nieufny wobec osób, które dopiero co zapoznał, zwłaszcza na szczeblu zawodowym. Jednakże jego optymizm i zwiększona motywacja do pracy sugerowały mu, by spojrzeć nieco przyjaźniej na nowego kolegę i szukać nici porozumienia, aby ich praca przyniosła wszystkim korzyści, zarówno zawodowe, związane z uporaniem się z postawionym przed nimi zadaniem oraz osobiste, związane z satysfakcją z wykonywanej pracy. Robert miał

w pamięci nie tak jeszcze dawny okres, w którym czuł zawodowy marazm. Teraz jednak te czasy według niego minęły. Był zadowolony z tego czym się będzie zajmował i co zostało mu powierzone.

We wtorek, tuż po ogólnej naradzie Kamil z Robertem odbyli rozmowę dotyczącą realizacji przydzielonym im wspólnie zadań. Praca, w której mieli stworzyć nieistniejący do tej pory sposób liczenia danych, wymagała od nich kreatywnego działania. Robert zaproponował:

- Słuchaj, myślę, że może będziemy się regularnie spotykać, np. o 12 godzinie i każdy będzie przedstawiał swoje pomysły, a potem będziemy je wspólnie omawiać i tym sposobem może dojdziemy do jakiś rozwiązań.

- Dobry pomysł - przytaknął Kamil. - Zgoda, ale ustalmy jeszcze jedną rzecz. Jak wiesz, będziemy musieli prezentować na naradach wyniki. Nie ma sensu, abyśmy się dublowali. Mam pomysł, aby jeden omawiał wyniki na forum, a drugi przygotowywał końcowe dane do prezentacji. W ten sposób uczciwie rozdzielimy obowiązki. Co ty na to? Co byś wolał?

Na myśl o prezentacji wyników na forum Robertowi zrobiło się niedobrze. Nie lubił prezentować czegokolwiek wśród liczniejszego grona słuchaczy. Zjadała go trema. Nie lubił nawet opowiadać kawałów czy historii, gdy więcej niż parę osób słuchało go naraz, nie mówiąc już o omówieniu prezentacji, która miała być wystawiona na pytania, dociekania i komentarze współpracowników i przełożonych.

- Wiesz, ja nie czuję się dobrze prezentując coś. Lepiej się czuję grzebiąc coś w danych, a ty? - zapytał z nadzieją, że Kamil okaże się bardziej przychylny do wygłaszania mów.

- No ja też nie bardzo lubię, ale jakoś sobie z tym radzę, a widzę po tobie, że chyba lepiej to znoszę niż ty - zaśmiał się Kamil. - W porządku, ja wezmę przedstawianie ty przygotowanie.

Robertowi spadł kamień z serca. W jednym momencie jego nowy towarzysz zyskał sporo sympatii. Dokończyli rozmowę i każdy udał się w swoim kierunku.

Wir pracy w tym dniu pochłonął go na tyle, że ani przez moment nie pomyślał

o wieczornym spotkaniu z Dominiką. Dopiero wychodząc z pracy przypomniał sobie

o umówionej kolacji. Dotarł do domu, szybko się przebrał w przyszykowany już w poniedziałek strój, na który składały się ciemne jeansy oraz brązowa jednolita, starannie wyprasowana koszula. Przed wyjściem ogolił się, ułożył fryzurę, założył skórzaną kurtkę

i wyszedł na spotkanie.

Dotarł na umówione miejsce na dziesięć minut przed czasem. Umówili się w środku lokalu wobec czego Robert postanowił wejść do środka i zająć miejsce. Zamówił herbatę i czekał. Minęło niecałe dwadzieścia minut gdy jego oczom ukazała się Dominika. Była ubrana w skórzaną kurtkę, pod nią miała czarną sukienkę z szerokim kołnierzem przepasaną czarnym pasem. Miała proste blond włosy, które spięła z tyłu głowy, a na jej twarzy widniał delikatny makijaż.

- Cześć Robert - odpowiedziała, uśmiechnąwszy się jakby właśnie spotkała dobrego przyjaciela. - Długo na mnie czekasz? Chyba nie spóźniłam się znacznie?

- Nie, chwilę - odpowiedział Robert nie tłumiąc radości na widok kobiety. - Dobrze cię widzieć. Siadaj proszę, zająłem nam stolik Myślę, że będzie odpowiedni.

- Tak, świetny wybór, nieco z dala od innych stolików - rzekła Dominika. - Jestem strasznie głodna. Nic nie jadłam od śniadania, cały czas dzisiaj w drodze. Zamawiałeś już coś?

- Nie, czekam na ciebie. Na co masz ochotę?

- Ja zamówię sorrentinę, polecam, jadłam ją jakiś czas temu tutaj. Genialnie przyrządzona.

- Skoro polecasz to również wezmę - rzekł Robert i skinął w kierunku kelnera. Zamówili jedzenie, kelner zapalił świeczkę stojącą na środku stolika i rozpoczęli rozmowę.

Robert czuł się nieco onieśmielony urodą koleżanki. Teraz, gdy ją zobaczył ponownie od momentu rozmowy na balkonie, wydała mu się bardzo elegancką i ładną kobietą.

- A jednak telewizja nie przekłamuje tak bardzo - rzekł. - Wyglądałaś w programie równie świetnie jak teraz.

- Dzięki - uśmiechnęła się Dominika. - Nawet nie oglądałam sama tego nagrania. Wyszłam ze studia i można powiedzieć, że zapomniałam o tym. Nie mam zamiaru robić

z siebie jakieś gwiazdy i zaśmiecać sobie tym głowę. Powiedziałam, co chciałam i na tym koniec.

- Nie chciałabyś jeszcze raz wystąpić?

- Nie mówię nie, ale nie myślę o tym w ogóle. Nie jest to moim celem. Wolę to czym się zajmuję niż paradowanie przed ekranem. Jeżeli zaprosiliby mnie, abym mówiła o tym samym to jak najbardziej, ale dla samego gwiazdorzenia to nie.

- To chyba tak jak u mnie - rzekł Robert. - Nie lubię występów publicznych. Teraz właśnie w pracy uczestniczę w projekcie, gdzie będą ode mnie wymagać częstego przedstawiania na forum. Na szczęście współpracownik wziął to na siebie. Ja wolę zająć się swoją robotą niż występować publicznie.

- Znając ciebie, myślę jednak, że to nie do końca to samo - odpowiedziała kobieta. - Ty ich nie lubisz, a mi są obojętne. Mogę występować lub nie, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ty natomiast stronisz od tego, prawda?

- Chyba znasz mnie lepiej niż ja sam - odparł Robert, uśmiechając się nieco. - Zapomniałem, że rozmawiam ze znawcą dusz- powiedział z wyczuwalną nutą docenienia zalet swojej towarzyszki.

- Po to się chyba spotkaliśmy. Porozmawiać nieco o tobie, prawda? Skoro się odezwałeś do mnie to przeczuwasz zapewne, że w jakiś sposób mogę ci pomóc, a przy najmniej nieco rozjaśnić czarne chmury w twoim umyśle.

- Jasne, ale mam nadzieję, że nie będzie to sesja terapeutyczna i również porozmawiamy o tobie. Chciałbym poznać nieco lepiej osobę, przed którą mam się otworzyć.

- Haha - zaśmiała się radośnie Dominika. - Nie jestem twoim lekarzem, lecz przyjaciółką, która umie słuchać. Zresztą nie lubię się zamykać przed kimś, z kim właśnie rozmawiam o życiu tak jak terapeuci ze swoimi pacjentami.

- Coś o tym wiem - wtrącił Robert. - Jeszcze niedawno chodziłem do jednego. Dość długo to trwało. Nie powiem, profesjonalnie podchodził do swojego fachu, choć nie znam się na tym za bardzo. Jedno mi w tym jednak przeszkadzało. Otóż odnosiłem cały czas wrażenie podczas tych wizyt, że rozmawiam z kimś na nierównej stopie. Ja miałem otwierać się przed kimś, kto cały czas był zamknięty. Wydaje mi się, choć się na tym nie znam, że lepsze skutki odniósłbym w otwieraniu się przed kimś, jeżeli czułbym, że ten ktoś również otwiera się przede mną. A tak cały czas miałem poczucie dystansu między nami.

- Wiesz, pewnie na swój sposób próbują bronić się przed tym by sami nie zwariowali od ilości ludzkich problemów, z którymi na co dzień idzie im się zmagać. Na szczęście mi daleko do terapeutki. Ja lubię otwartą rozmowę. Nie krępuj się mnie pytać o cokolwiek. Również uważam, że do szczerej rozmowy potrzebne jest obopólne zaufanie.

- Dokładnie - odpowiedział Robert. - No to może powiedz mi trochę o sobie

i o tym, co cię fascynuje.

- Nie słuchałeś programu? - zapytała Dominika.

- Yyy... słuchałem, ale wolałbym to usłyszeć od ciebie na żywo - odpowiedział z rysującym się zmieszaniem na twarzy.

- Żartuję - odpowiedziała, zaśmiewając się. - Nie rób takiej poważnej miny. Jasne, że ci powiem, jeżeli tylko będziesz chciał słuchać. Ostatnio mówiłeś, że w ogóle nie jesteś zainteresowany, jak to nazwałeś, religiami wschodu.

- No tak, ale posłuchałem nieco twojego programu i zaciekawił mnie. Poza tym skoro mamy się otworzyć obydwoje to musisz mi przecież powiedzieć coś o sobie, a z tego co się domyślam to jest twoja pasja. Zatem bez tego ani rusz - odpowiedział Robert. Jednakże dobrze pamiętał, że z występu Dominiki niewiele wysłuchał, a oglądając go głównie koncentrował się na jej wizerunku.

- W porządku, ale gdy poczujesz w sobie sygnał oporu przed dalszym słuchaniem to nie męcz się i przerwij mi - powiedziała towarzyszka i zaśmiała się. - Religie wschodnie to taka ogólna nazwa. Zapewne usłyszałeś ją od Anki lub Matiego. Oni tak to nazywają lecz nie ja. Przede wszystkim fascynuje mnie temat medytacji. Słyszałeś coś o tym?

- Hmm, myślę, że jak większość. Coś mi się tam obiło o uszy. Medytacja czy tam joga.

- Nie - wtrąciła mu Dominika. - Joga to nie medytacja. Joga to ćwiczenia przede wszystkim ciała, a medytacja jest jakby próbą wyjścia poza nie, jakby w głąb swojego umysłu, w wielkim skrócie.

- To chyba wolałbym już z tego jogę - odpowiedział z uśmiechem mężczyzna. - Jakbym wszedł w głąb swojego umysłu mógłbym się nieco przestraszyć.

- Nie, to nie tak - odpowiedziała towarzyszka łagodnie. - Wchodzisz w głąb siebie, poza swoje problemy. Dla mnie osobiście medytacja jest najlepszym terapeutą. Niczego więcej nie potrzeba by wyleczyć się ze wszelkich trosk. Jedynie i aż medytacji.

W tym momencie kelner przyniósł do stolika zamówione dania. Wzięli do rąk sztućce i zaczęli jeść, kontynuując dalej rozmowę.

- Jedynie i aż? - zapytał Robert.

- Widzisz, by medytować należy - zawahała się nieco w odpowiedzi, jakby próbując dobrać odpowiednie słowa dla swojego słuchacza. - Można by powiedzieć, że należy nic nie robić, aby medytować.

- O, zaczyna mi się podobać. Rozumiem zatem jedynie, ale dlaczego aż. Co w tym trudnego medytować. Dziś kilka razy już nic nie robiłem, czyli medytowałem? Jakoś nie poczułem się wyjątkowo cudnie.

- No właśnie o to chodzi. Tak naprawdę to nie było tak, że nic nie robiłeś, choć mogło ci się to tak wydawać. Zapewne o czymś myślałeś, coś analizowałeś, coś planowałeś lub rozpamiętywałeś. Bardzo trudno jest tak naprawdę nic nie robić. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ciągłego działania, do ciągłego myślenia, że nawet nie widzimy tego, że robimy to cały czas, nawet gdy niby nic nie robimy.

- Coś mi się przypomniało - wtrącił Robert. - Jako nastolatek przez jakiś czas zastanawiałem się czy można w ogóle nie myśleć choć przez moment, będąc świadomym. Zadawałem te pytanie nawet rodzinie czy kolegom. I za każdym razem dochodziłem do wniosku, że zawsze są jakieś myśli, zawsze się o czym myśli.

- No właśnie - odpowiedziała Dominika. - Dlatego właśnie aż. Niezmiernie trudno jest na początku nauki medytacji skłonić nasz umysł do tego, aby przestał na chwilę analizować , aby przestał myśleć. Lecz jest to jak najbardziej wykonalne.

- No ale co potem. Pustka? Jak to ma pomagać?

- No więc, gdy odsuwasz od siebie ciągłą pracę umysłu, głównie skupioną na analizowaniu obecnych czy przeszłych problemów wpadasz w cudowny stan swojego umysłu. Czujesz się błogo i radośnie. Czujesz cudowną miłość i radość. Czujesz jak nabierasz siły

i energii. Wracając potem do normalnego życia jesteś jakby odmieniony. Jakby ktoś właśnie zrzucił z ciebie ciężar. Czujesz się bezproblemowo, radośnie, lekko. Wcześniejsze problemy, przynajmniej na chwilę, widzisz jakby nie były wcale istotne i ważne. Czujesz, że możesz poradzić sobie z nimi łatwo i bezboleśnie.

- Brzmi całkiem ciekawie - odpowiedział zaciekawiony Robert. - No ale gdybyśmy tak cały czas chcieli się fajnie czuć to powinniśmy nic innego nie robić tylko siedzieć jak Budda i medytować. No ale do pracy trzeba iść.

- Takie krótkie seanse w ciągu dnia potrafią naładować akumulatory na cały dzień albo i dłużej. Jeżeli stale medytujesz, choćby króciutko, to twoje nastawienie zmienia się również w normalnym życiu czy w pracy. Te seanse mają zbawienny wpływ na całe nasze funkcjonowanie, dlatego też nazywam medytację najlepszym terapeutą.

- Nie powiem, zaciekawiłaś mnie. Musisz mnie zatem poinstruować, abym spróbował.

- Spokojnie, przyjdzie na to czas, ale trzymam cię za słowo, że zechcesz spróbować - odpowiedziała, uśmiechając się łagodnie w kierunku Roberta, który był pod coraz to większym wrażeniem swojej koleżanki. Jej spokój i łagodność, połączona z widoczną pasją w oczach, gdy mówiła o swoich zainteresowaniach wraz z blaskiem, który zdawał się bić od niej całej, sprawiały wrażenie, że jest przyjazną mu osobą, wręcz przyjacielem, przed którym mógłby zwierzyć się z własnych trosk. Dominika zmieniła nagle temat i powiedziała:

- No więc trochę o mnie, a teraz trochę o tobie. Co byś chciał mi o sobie powiedzieć? Skąd te czarne chmury w twoich myślach?

Od tego momentu Robert zaczął mówić o sobie. Szczerze, otwarcie, choć nie sięgał zbyt głęboko pewnych tematów, by ze spotkania faktycznie nie zrobiła się sesja terapeutyczna. Dominika również nie dopytywała go zanadto. Pozwalała raczej, by jej rozmówca mógł powiedzieć to, na co miał ochotę. Robert opowiedział jej o swoim nieudanym małżeństwie, powodach, przez któe rozpadło się ono. Mówił o marazmie, jaki go dotknął po rozwodzie, o braku motywacji, straceniu sensu z wykonywanej pracy. Chwilę porozmawiali również o Izie, której decyzja była ciekawym przypadkiem w kontekście rozmowy o jego braku pomysłu co do swojej dalszej kariery zawodowej. Na koniec Robert zaczął mówić już nieco optymistycznie:

- Teraz jednak jest nieco lepiej. Jakoś tak bardziej wydaje mi się, że wierzę, że może być lepiej. Poznaję ostatnio sławne osoby - powiedział i uśmiechnął się w kierunku przyjaciółki. - A poza tym rozpoczął się w pracy nowy projekt i dokooptowali mnie do grupy. Dzięki temu mam nowe wyzwanie, czuję, że coś się zmieniło. Nie klepię jedynie tych samych raportów co tydzień, lecz mam jakieś wyzwanie.

- Cieszę się zatem - odpowiedziała kobieta. - Widzisz więc, że zawsze jest coś pozytywnego, na czym można się skupić i nie dać się pochłonąć czarnym myślom.

- Czy jest zawsze? - zastanowił się. - Nie wiem, ale wiem, że teraz jest dobrze, choć mój pesymizm namawia mnie cały czas, abym wietrzył gdzieś trudności i problemy. Jak będzie za kilka dni, tego nie wiem. Teraz jest lepiej, ale jak będzie potem?

- Słuchaj, już mówiłam ci to na balkonie. Zadowolenie przede wszystkim zależy od tego jak myślimy, a nie od tego co mamy czy czym się zajmujemy. Jeżeli coś się nie uda,

a przecież może tak się zadziać, to przecież zamiast popadać w dół można poszukać coś, co napawa optymizmem.

Chwilę jeszcze porozmawiali o projekcie Roberta. Dominika chciała dowiedzieć się na czym jego udział będzie polegał. Niedługo potem zapłacili rachunek i wyszli z restauracji, stwierdzając obopólnie, że już jest dosyć późna godzina, a każdy z nich ma jutro sporo pracy. Robert postanowił odprowadzić Dominikę na przystanek, znajdujący się niedaleko lokalu, z którego właśnie wyszli. Gdy doszli do niego spostrzegła, że lada moment podjedzie jej autobus i powiedziała na zakończenie spotkania:

- Robert, musisz koniecznie dać mi znać jak ci idzie w pracy, czy wszystko jest po twojej myśli. Zadzwoń.

- Zamierzam - rzekł uśmiechając się łagodnie w jej kierunku. - Zresztą obiecałaś mi instruktaż medytacji. Upomnę się o niego.

- Jeżeli tylko będziesz miał ochotę to z wielką przyjemnością. Trzymaj się optymistycznie - rzekła na odejście, odwróciła się i wsiadła do autobusu.

Tego wieczoru Robert był w cudownym nastroju. Był pod wrażaniem Dominiki, jej czaru i urody. Był również dumny z siebie, że spotkanie przebiegło bardzo dobrze, jakby dwojga starych przyjaciół. Cieszył się, że Dominika okazała się być wobec niego otwarta, przyjazna i wielce zainteresowana tym, co miał jej do powiedzenia. Choć starał się je tłumić, to jednak jego uczucie wobec niej nabierało na sile. Był zainteresowany dalszą znajomością z nią, lecz nie tylko na stopie przyjacielskiej. Myślał o tym, czy aby nie warto było spróbować przekształcić znajomość w bliższą relację.

W następnych dniach w pracy Robert nieraz przerywał myślenie o obowiązkach służbowych, by móc pomyśleć o Dominice. Nieraz przyłapał się na tym, że otwarcie już myśli o tym, aby nie tylko kontynuować znajomość ale i ją zacieśnić. Te myśli dochodziły do niego wręcz mimowolnie. Po pewnym czasie przestał się im opierać i często w czasie wykonywanych zajęć myślał o ponownym spotkaniu z przyjaciółką i o tym co może z nich wyniknąć jeżeli chodzi o relacje stricte damsko-męskie. W pewnym momencie postanowił, że w sobotnie popołudnie ponownie zadzwoni do niej.

W pracy natomiast jego relacje z Kamilem polepszały się. Dogadywali się. Robert miał satysfakcję, ponieważ na spotkaniach to jego pomysły okazały się być bardziej trafne, bardziej doprecyzowane i przemyślane. Czuł się jak nauczyciel przy uczniu. Sytuacja ta łechtała jego dumę. Czuł się lepszym analitykiem od swojego współpracownika. Myślał sobie, że dobrze, że to właśnie jego włączyli do zespołu, ponieważ sam Kamil na pewno nie poradziłby sobie z zadaniem. Nie dał jednak po sobie poznać Kamilowi, że tak uważa. Słuchał jego wskazówek i te, które okazywały się choć trochę trafne, próbował dopasować do tego, co sam stworzył, nagradzając pochwałami swojego partnera. Ten natomiast nie próbował przeszkadzać Robertowi i przekazał mu główny ster w wymyślaniu metody.

W sobotę, przed wykonaniem telefonu czuł się nieco poddenerwowany. Zastanawiał się, czy oby nie za szybko ponownie zamierza się umówić z Dominiką. W końcu minęło jedynie kilka dni od ich wcześniejszego spotkania, a zatem w przeczuciu Roberta niewiele przecież się zdarzyło od tego czasu. Pomyślał jednak, że jeżeli będzie chciała się spotkać po tak szybkim czasie to będzie dla niego znak, że jest również nim zainteresowana. Wymyślił kilka tekstów na różne możliwe sytuacje, które mogą go spotkać podczas rozmowy, usadowił się w fotelu, wziął głęboki oddech i wybrał numer. Po chwili w słuchawce usłyszał znajomy głos:

- No cześć. Właśnie myślałam o tobie i o tym jak ci w końcu minął ten pierwszy tydzień projektu. Żyjesz?

Robert, nieco podniesiony na duchu przywitaniem przyjaciółki odpowiedział:

- Masakra, wymagam pilnej sesji - rzekł, po czym zaśmiał się do słuchawki. - Żartuję. Melduję, że optymizm wraca tam, gdzie jego miejsce.

- Świetnie Robert - odpowiedziała radosnym tonem. - Jeszcze nieco medytacji,

a niedługo nie poznasz siebie samego.

- No właśnie dzwonię w tej sprawie. Chciałbym zgłosić swój akces do zajęć medytacji u pani profesor.

- Haha - zaśmiała się. - Daleko mi do niej, ale spróbuję pomóc. Zresztą obiecałam ci to, więc zapraszam do siebie, kiedy będziesz miał chwilę czasu.

Robertowi na chwilę zabrakło słów. Był zaskoczony zaproszeniem z ust swojej znajomej.

- Z wielką przyjemnością. Kiedy mam się stawić na pierwszą naukę?

- Wiesz, mam wolny wtorek. Wpadniesz do mnie? Uwielbiam robić pizzę. Przygotuję ją. Zjemy nieco, pogadamy i spróbujemy cię czegoś nauczyć. Mam tutaj dobry klimat do medytowania. Myślę, że szybko zobaczysz o co w tym chodzi. Ok?

- Tak - odpowiedział Robert nie mogąc za bardzo wymyślić odpowiednich słów. Cały czas zaskoczenie przebiegiem rozmowy nie opuszczało go. - Cieszę się, że się zatem zobaczymy niebawem.

Dominika podała mu adres, po czym wymienili jeszcze kilka słów i zakończyli rozmowę. Robert siedział na fotelu nieco oszołomiony, jednocześnie bardzo zadowolony. Uczucie potęgowało się w nim. W pewnym momencie powiedział sam do siebie:

- Chcę ją. Widzę, że ona również chce. Ucieszyła się, zaprosiła mnie do siebie. A zatem zaczyna się. Wow! Czuję się fantastycznie. Skoro zatem ona chce to już mogę formalnie przystąpić do podrywu.

W tym momencie ponownie przeszedł go znajomy mu już wcześniej impuls pozytywnego dreszczu. Właśnie sam odgadł rozwiązanie zadanej mu przez przyjacielski głos zagadki.

- No tak - pomyślał. - Aby poderwać kobietę muszę postrzegać, że może mi się udać. Muszę to postrzegać, by w ogóle przystąpić do działania. Jak z tą loterią i kupnem losu, muszę wierzyć w to. Nawet jak jakiś seryjny podrywacz zagaduje nieznajomą to

w pewien sposób wierzy, postrzega, że może mu się udać. Może to sprawka przeszłych podbojów czy wysokiej samooceny, ale gdyby nie postrzegał sukcesu, że uda się, to by

w ogóle się do tego nie zabierał. Nawet jak widzi upór i stanowcze nie, a dalej kontynuuje, to również dlatego, że docelowo widzi powodzenie. Ma nadzieje, że się uda. Tak również jest z takimi jak ja, mniej ogarniętymi w te klocki. Muszę widzieć, że mam jakieś szanse

u kobiety, abym mógł ją poderwać. Muszę mieć nadzieję, to znaczy muszę ją postrzegać.

Fala euforii przeszyła go na wskroś. Czuł się nieziemsko. Już nie pamiętał czasów, kiedy takie uczucie mu towarzyszyło. Nie dość, że odczuwał jeszcze radosne podniecenie związane z odbytą rozmową, to na dodatek czuł piękne uczucie pewności odnośnie wymyślonego rozwiązania.