Spacer

Gdy nieco ochłonął zdecydował, że telefon do przyjacielskiego głosu, jak zaczął od niedawna go nazywać, wykona jeszcze dzisiaj. Jak zwykle zaplanował rozmowę na sam wieczór, zgodnie ze wskazówkami swojego rozmówcy. Przez moment wahał się, czy sobotni wieczór jest odpowiednią godziną, aby nękać telefonem kogoś, kto zapewne w tym czasie pochłonięty jest sprawami osobistymi. Przypomniał sobie jednak, że pomocny głos w żaden sposób nie zawęził mu jakkolwiek możliwości dzwonienia do niego, co najwyżej sugerował odpowiednią porę. Z lekkim przekąsem stwierdził, że zadzwoni dziś.

- Zobaczymy czy odbierze w taką porę - pomyślał. - Jeżeli nie to pewnie będzie znaczyć, że zajęty jest osobistymi sprawami, bo przecież kiedy jak nie w sobotni wieczór. Sprawdzę zatem jego dostępność tym telefonem, może będzie lekko pijany albo usłyszę jakieś odgłosy w słuchawce? Zobaczymy.

Do późnego wieczora zostało jeszcze nieco czasu. Robert zjadł kolację, obejrzał film, a po jego zakończeniu postanowił posłuchać trochę muzyki. Wybrał z listy ulubione, o nieco spokojniejszym tempie kawałki, odpowiednie dla jego obecnego nastroju. Siedząc na fotelu, wsłuchując się w melodie wpadł w stan, jakby w półsen. Marzył o nadchodzącym spotkaniu z Dominiką i jego pozytywnym rezultacie, który sobie założył, myślał nieco o pracy i czekającej go naradzie, podczas której przedstawią z Kamilem swój projekt, którego to on był głównym pomysłodawcą. Po kilku minutach ocknął się nieco i przypomniał sobie o wykonaniu telefonu. Podniósł się nieco w fotelu, wyłączył muzykę, wziął telefon do ręki i wybrał numer. Jak zwykle pamiętał go doskonale, za każdym razem kiedy chciał go wykręcić. Poszczególne cyfry pokazywały mu się w wyobraźni tak jaskarawo, jakby patrzył na jakąś rzeczywistą tablicę przed sobą. Rozpoczął dzwonienie i wsłuchiwał się w poszczególne sygnały, odliczając każdy z nich.

- Słucham - odezwał się znajomy głos.

- Witaj przyjacielu - odpowiedział Robert, po czym chwilę wsłuchiwał się, czy aby nie słychać jakiś odgłosów w słuchawce. Nie mogąc niczego usłyszeć dodał: - Nie przeszkadzam w sobotni wieczór?

- Nigdy mi nie przeszkadzasz - odpowiedział życzliwie głos. - Zawsze jestem do twojej dyspozycji Robercie. Możesz na mnie liczyć. Gdy już przejdziemy pewien etap będziesz mógł odzywać się do mnie częściej, a nawet będzie to wskazane, lecz do tego czasu prosiłem cię, abyś dzwonił jedynie z odpowiedziami, ponieważ tak będzie w tym momencie najlepiej dla ciebie.

- Dzięki. Właśnie dzwonię z odpowiedzią. Tak więc, odpowiedź brzmi: mężczyzna musi postrzegać szansę, nadzieję na sukces.

- Dobrze - odpowiedział głos. - Rozwiń proszę odpowiedź. Co przez to rozumiesz?

- Wiem, co chcesz usłyszeć, zatem od razu odniosę odpowiedź do siebie samego. Tak więc, aby coś dobrego zadziało się w moim życiu muszę postrzegać nadzieję, szansę, że będzie lepiej. Jeżeli w ogóle nie będę jej widział nigdzie, to choćby same pozytywne rzeczy zdarzałyby mi się to i tak będę je interpretował niekorzystnie. Jednakże, jeżeli zauważę jakąś nadzieję, jakąś szansę na postęp, wtedy i tylko wtedy moje życie może się odmienić. Kluczem do zmiany mojego nastawienia jest postrzeganie nadziei, postrzeganie szansy na pozytywny efekt, na to, że mogę być szczęśliwy. Tylko tak może się coś we mnie odmienić. Muszę widzieć szansę, muszę mieć nadzieję, muszę wierzyć, że mi się uda. Ta iskra jest niezbędna do tego, by odnaleźć szczęście. Tak jak z tą loterią. Jest to warunek konieczny choć nie jedyny.

- Nie jedyny? - delikatnie przerwał mu głos. - A jakie są inne warunki?

- Muszę mieć czego się uczepić, że tak to określę. Musi nadarzyć się dobra okazja ku temu, aby uwierzyć w to, że ja również mogę być szczęśliwy.

- Są ku temu różne okazje. Przeróżne.

- Tak wiem. Myślę, że jedną z nich właśnie złapałem, a dzięki memu nastawieniu również pojawiły się inne. Poznałem interesującą kobietę, rozpocząłem kreatywny etap w pracy, często spotykam się ze znajomymi. Wszystko zaczyna się dobrze układać. I myślę, że w dużej mierze dzięki tobie, przyjacielu. To ty mi otworzyłeś oczy. Myślę, że dzięki tobie zacząłem wierzyć w zmianę, stałem się bardziej ochoczy do podejmowania wyzwań, które na mnie czekają .

- Cieszy mnie twoje podejście i twoje podziękowania - odpowiedział głos. - Chcę jednakże zaznaczyć, że takich okazji jest wiele, oplatają cię cały czas.

- Dokładnie, widzę to teraz i podążam ku temu - odpowiedział Robert.

- Rozumiem - rzekł głos. - Czy zatem mogę zadać ci kolejną zagadkę.

- Oczywiście, ale czy nie uważasz, że już czegoś się nauczyłem?

- Oczywiście, jednakże nauka trwa. Mogę?

- Tak, proszę - rzekł Robert.

- Dobrze - odpowiedział głos. - Co to takiego, że jedna rzecz może to zniszczyć,

a każda uzdrowić?

Rozmowa zakończyła się. Robert tym razem od razu skupił się na zagadce. Brzmiała ona nieco inaczej niż pozostałe. Pomyślał, że tym razem zagadka nakierowana była na odgadnięcie czegoś konkretnego, a nie na zrobienie czegoś, jak poprzednie. Kilkanaście minut zastanawiał się nad zadaną mu właśnie zagadką po czym poczuł się na tyle śpiący, że postanowił udać się do łóżka. Zasnął w oka mgnieniu.

W poniedziałek Robert wziął udział w zebraniu, na którym dowiedział się, że pierwsza większa narada odbędzie się w środę. Poszczególne zespoły będą wtedy przedstawiać rezultaty swoich pierwszych prac. Od razu po nim ustalili z Kamilem to, co i jak zamierzają przedstawić. Rozdzielili między sobą obowiązki. Robert miał za zadanie dopracować pierwszy projekt metody obliczeń a Kamil na podstawie tego miał przygotować prezentację. Z racji narzuconego przez szefostwo tempa Robert miał wiele pracy zarówno w poniedziałek jak i we wtorek. Chciał dopiąć wszystkie szczegóły zanim uda się na spotkanie z Dominiką. Mocno wierzył, że spotkanie z nią zakończy się dla niego sukcesem, wobec tego nie chciał nic zostawiać na środowy poranek. Pracował intensywnie, zostając w pracy po godzinach. W poniedziałkowy wieczór natomiast przygotował sobie już randkowy strój, tak, aby był on gotowy, gdy wróci nieco później z pracy. Domniemywał,

że może mu zejść trochę nim zakończy wszystko, co zaplanował umieścić w prezentacji. Chciał zakończyć swoją rolę w przygotowaniach we wtorkowe popołudnie, by mieć głowę wolną od pracy, kiedy to uda się do Dominiki. A o niej myślał przez cały czas. Nie było godziny, w której w jego wyobraźni nie pojawiłaby się ona. Miał wrażenie, że jest jakby jego aniołem, który porywa go z okowów apatii i marazmu i pozwala mu wznieść się niczym lecący ptak. Jego piwne oczy świeciły się za każdym razem, gdy pomyślał o niej. Była jego nadzieją, motywacją do działania. Od czasu do czasu przypominał sobie również o swoim tajemniczym przyjacielu ze słuchawki. Był wdzięczny, że nawiązał z nim kontakt

i że uczestniczy w jego planie naprawy. Czuł, że optymizm i werwa uderzają mu do głowy. Miał wrażenie, że góry może przenosić. W duchu śmiał się ze swoich wcześniejszych stanów. Zastanawiał się, jak mogło dojść do tego, że stał się takim pesymistą. Przecież kiedyś, za młodych lat, było to nie do pomyślenia. On, zarazem marzyciel i inteligent. Pełen sił i chęci. A później? O tym teraz już nie chciał myśleć. Wszystkie negatywne scenariusze odchodziły od niego jakby na znak zaczarowanej różdżki. Czuł się świetnie.

Nadszedł wtorkowy wieczór. Robert musiał zostać nieco w pracy, aby dokończyć założone działania. Wróciwszy do domu szybko przebrał się w przygotowany wcześniej strój i wyszedł, kierując się w stronę mieszkania Dominiki. Będąc już przed nim, poprawił fryzurę, poprawił leżące na nim ubrania i zapukał do drzwi.

Po chwili otworzyła mu znajoma blondynka, z włosami spiętymi jak na poprzednim spotkaniu, ubrana w zielony sweter i niebieskie dżinsy. Uśmiechnęła się do niego uroczo i zaprosiła do środka. Robert, ubrany w czarny golf, ciemne dżinsy i skórzaną kurtkę, wszedł do środka, uśmiechając się w jej kierunku.

- Cześć Dominiko - rzekł na powitanie.

- Witaj Robercie. Cieszę się, że jednak przyszedłeś. Obawiałam się, że się trochę przerazisz tej medytacji.

- Za nic nie przegapiłbym okazji, by zobaczyć mistrzyni przy swojej pracy. W końcu jesteś gwiazdą - odpowiedział i uśmiechnął się na znak powiedzianego żartu.

- Dobra, dobra, daj już z tym spokój - odpowiedziała Dominika z wyczuwalnym śmiechem w głosie. - Głodny? Pizza już gotowa do włożenia do piekarnika. Ostatni dzwonek, aby przyrządzić po swojemu - powiedziała i spojrzała ku niemu z pytającą miną.

- Niech będzie taka, jaką zrobiłaś. Z przyjemnością zjem. A do tego przyniosłem odrobinę odpowiedniego trunku - odpowiedział i wyjął z reklamówki butelkę czerwonego wina, wręczając ją gospodyni.

- Super, ale jeżeli mamy się pouczyć medytacji to alkohol jednak na bok. Tych dwóch rzeczy nie sposób pogodzić - rzekła Dominika i oddała butelkę Robertowi.

- W porządku - odpowiedział nieco zmieszanym głosem. Ułożył sobie w planach,

że kilka łyków wina pozwoli im nieco rozluźnić atmosferę, lecz przy takim obiegu sprawy nie chciał wyjść na jakiegoś alkoholika wobec czego włożył wino z powrotem do siatki,

z którą przyszedł.

Dominika oprowadziła gościa po swoim dwupokojowym mieszkaniu, odpowiadając pokrótce funkcje każdego z pomieszczeń. Na koniec udali się do kuchni, w której na centralnym miejscu widniał blat, a na nim blacha z przygotowaną pizza. Gospodyni chwyciła blachę, uniosła ją, pokazała gościowi, po czym włożyła do piekarnika.

- Jak nie będzie ci smakować to sam sobie będziesz winien - powiedziała z przekąsem. - Zrobiłam według swojego gustu, cienkie ciasto, salami, oliwki, suszone pomidory

i rukola.

- Wyglądała pysznie, mam nadzieję, że będzie tak smakować - odpowiedział Robert.

Po chwili zaczęli rozmawiać na temat bieżących wydarzeń z ich życia.

- Jak ci minął tydzień. Projekt idzie dobrze? - zapytała kobieta.

- Tak, idzie bardzo dobrze. Pracuję z takim Kamilem, taki trochę nieopierzony żółtodziób z niego, lecz lubię go. Uzupełniamy się. Wszystko idzie we właściwym kierunku jak na razie.

- Cieszę się Robert. Jak chcemy i wierzymy to idzie dobrze. Tak jak u Izy. Wierzę, że jej się ułoży. Widzę pasję w jej oczach i ten polot.

- Oby - odpowiedział mężczyzna. - Życzę jej jak najlepiej. A jak u Ciebie minął czas?

- Dziękuję, dobrze. Wiesz, ja jestem już przed dłuższy czas jakby po tej jaśniejszej stronie księżyca. Czasem dzieją się rzeczy, których bym wcześniej sobie nie życzyła lecz jak się zdarzają to próbuję z niezłym skutkiem wyciągać z nich pozytywy.

- Teraz i ja coraz bardziej widzę, że to możliwe. Patrzeć i widzieć szansę na uśmiech w życiu.

Dominika uśmiechnęła się radośnie i szczerze. Kilka dalszych minut minęło im na wspólnej rozmowie, po czym wyjęli pizzę z piekarnika i usiedli w większym pokoju, by zjeść przygotowany posiłek. Rozmawiali jakiś czas o pracy Dominiki. Robert już na wcześniejszym spotkaniu dowiedział się, że pracuje ona jako pisarz artykułów do czasopism

i portali na różnego rodzaju tematy, które w jednym terminie można było nazwać wiedzą ogólną. Teraz natomiast Dominika tłumaczyła mu swoje rozterki, związane z napisaniem jednego z artykułów. Robert, nie chcąc pozostać dłużny swojej rozmówczyni z jawnego otworzenia się przed nim, opowiedział jej o swoich dylematach związanych z nowym współpracownikiem, z którym przyjdzie mu pracować jeszcze przez jakiś czas. Rozmawiali tak przez dłuższą chwilę. Zjedli pizzę do ostatniego kawałka. Siedzieli nieopodal siebie, na dwóch różnych częściach narożnika, mając twarze skierowane ku sobie, opierając się

o ławę, która stała tuż przy wypoczynku. Robert wpatrywał się w jej delikatnie pomalowaną twarz, a w szczególności w jej niebieskie oczy. Od czasu do czasu jego wzrok kierował się w kierunku jej całkiem pokaźnego biustu. Z każdą minutą ogarniał go coraz większy zachwyt nad jej urodą.

W pewnym momencie wzrok Roberta powiódł po całym pokoju. W jego drugim kącie stały dwa fotele, które na pierwszy rzut oka wydawały się bardzo wygodne, z oparciami na ręce, głowę i nogi. Ustawione były przodem do stojącej na drugiej ścianie komody, na której znajdował się sprzęt audio. Po obu jej bokach stały dwa podłużne głośniki.

Widząc zainteresowanie Roberta, Dominika powiedziała:

- To właśnie mój kącik medytacji. Czas spróbować. Jesteś gotów? - zapytała gościa.

- Hmm - zastanowił się Robert. - Myślę, że tak, ale co właściwie miałbym tutaj robić? Na czym w praktyce to polega.

- Na razie zacznijmy powoli. Medytacji trzeba się sukcesywnie nauczyć, bądź też mówiąc inaczej, sukcesywnie należy oduczyć się robić co innego niż ją. Ale po kolei, pomalutku. Myślę, że dzisiaj postaram się wprowadzić cię w odpowiedni nastrój. Mam do tego przygotowaną odpowiednią muzykę. Słuchałeś kiedyś muzyki celtyckiej?

- Coś mi się obiło o uszy, ale - zamyślił się na chwilę. - Ale nie bardzo w sumie wiem, co to dokładnie.

- Oglądałeś może Władcę Pierścieni? - zapytała.

- No jasne, to jeden z moich ulubionych filmów, ty też je lubisz? - zapytał podekscytowany Robert.

- Lubię, ale nie w tym rzecz. Pamiętasz może muzykę towarzyszącą krainie shire lub elfom?

- Mniej więcej

- To właśnie rodzaj muzyki celtyckiej. Oczywiście są różne jej odłamy, ale jeden

z nich dotyczy bardzo nastrojowej muzyki. Bardzo lekkiej, w którą można z przyjemnością popaść całym sobą.

Słysząc to, Robert od razu pomyślał, że będzie to wspaniała okazja, aby skierować znajomość na inne tory. Pomyślał, że odpowiedni nastrój wywołany muzyką może wywołać jeszcze lepszy efekt niż butelka niejednego wina.

- Z przyjemnością posłucham zatem - rzekł i uśmiechnął się w kierunku Dominiki.

- Świetnie - odpowiedziała, po czym podniosła się od ławy, podeszła do sprzętu. Chwilę zajęło jej znalezienie tych kawałków, które chciała odtworzyć. Muzyka zaczęła grać z głośników. Była to lekka, uspokajająca melodia. Następnie poprosiła Roberta, aby ten wyłączył światło, ponieważ włącznik znajdował się tuż przy miejscu, w którym jeszcze siedział. W tym czasie włączyła przyciemnioną lampkę, która stała pomiędzy dwoma fotelami. Gospodyni podeszła do niej i po chwili lampka przyciemniała, dając w pokoju światło półmroku o żółtej barwie. Poprosiła Roberta by ten usiadł na wskazanym przez nią fotelu. Nic nie mówił. Idąc we wskazane miejsce patrzył przez jakiś czas prosto w oczy swojej towarzyszki. Doszedł do miejsca i usiadł w fotelu. Dominika pociągnęła za oparcie i fotel rozłożył się do pozycji prawie leżącej. Robert był oczarowany tym, co zdawało się dziać

w tym momencie. Jego zmysły szalały. Piękna melodia dobiegała do jego uszu, widok piękna Dominiki w tym świetle dodał jej jeszcze większego uroku, czuł zapach jej perfum, a jego ciało rozkoszowało się wygodną formą rozłożonego fotela. Czuł w sobie niesamowitą chęć objęcia i pocałowania przyjaciółki. Poczekał jednak. Dominika zajęła sąsiedni fotel irozłożyła go. Uśmiechnęła się w kierunku Roberta i powiedziała:

- A teraz oddaj się tej chwili. Zapomnij o wszystkich swoich troskach, słuchaj

i wejdź w tego głąb. Popłyń z tym na jednej fali - powiedziała, po czym odwróciła wzrok, zamknęła oczy i oddała się przyjemności.

Robert wykonał polecenie. Brzmiało ono w jego uszach tak łagodnie, że nie sposób było mu się oprzeć. Odwrócił wzrok od swojej sympatii, usadowił się wygodnie w rozłożonym fotelu, założył ręce pod głową i nasłuchiwał dochodzącej go muzyki. Spróbował przez chwilę oddać się nieziemskiemu brzmieniu, lecz jego myśli wciąż krążyły wokół Dominiki. Czuł, że serce bije mu coraz mocniej. Z jednej strony chciał jak najszybciej przejść do kolejnego zaplanowanego przez siebie kroku, z drugiej zaś nie wiedział, kiedy to mógłby być odpowiedni na to moment. Kilka razy odwlekał decyzję, próbując wsłuchiwać się w dochodzące do jego uszu uspokajające nuty. Nie czuł się jednak w ogóle uspokojony, a wręcz niesamowicie podniecony atmosferą. Myślał sobie:

- Zrobiła kolację, piękny nastrój. Leżymy sobie tuż obok siebie. Czas chyba działać. Czy może być lepsza okazja ku temu? No Robert, czas zawierzyć sobie. Działaj.

Przez chwilę wahał się, nie wiedząc dokładnie jak ma wyglądać krok, który powinien wykonać. Szybko jednak zdobył się na odwagę, a jego ręka powędrowała ku ręce Dominiki. Objął ją czule, nieco podnosząc się w fotelu i kierując swój wzrok w kierunku partnerki. Patrzył na nią przez chwilę obejmując jej dłoń, lecz Dominika nie okazywała żadnej reakcji na jego gest. Po chwili zaczął łagodnie masować jej dłoń, po czym jego palce powędrowały wzdłuż jej ramienia. Dominika ocknęła się z medytacyjnego letargu. Spojrzała

w jego stronę i powiedziała:

- Robert.

Robert kontynuował ruch swojej ręki. Usiadł na fotelu, skierowując swoje ciało ku niej. Objął ponownie jej dłoń.

- Robert. Co robisz? - usłyszał kobiecy głos, będąc nadal w amoku atmosfery, jaka roztaczała się wokół nich.

- Dominiko, jesteś cudowna - wykrzesał z siebie po chwili, spojrzawszy na nią ze świecącymi oczami. - Zauroczyłaś mnie - dodał, po czym skierował swoją rękę na policzek partnerki, którą to objął go łagodnie.

- Źle mnie zrozumiałeś Robert, ja nie chcę - powiedziała i urwała, jakby w środku zdania.

Roberta ogarnął szok. Nagle cały urok tej chwili prysł. Nie słyszał już żadnej muzyki, nie widział już żadnej pięknej scenerii tego miejsca. Jego umysł właśnie zalewały czarne chmury, z których to świadomie jeszcze nie zdawał sobie sprawy. Zdjął rękę z jej policzka i oniemiał. Siedział jak wryty na fotelu, mając wzrok skierowany kilkadziesiąt centymetrów obok twarzy Dominiki.

Widząc reakcję przyjaciela Dominika powiedziała:

- Słuchaj, nie chciałam, abyś tak odebrał nasze spotkanie. Naprawdę chciałam pokazać ci medytację i pomóc ci. Źle to zrozumiałeś - i zawiesiła głos, widząc tępy, lecz smutny wzrok Roberta, skierowany teraz ku jej oczom. Dodała:

- Ja nie jestem gotowa...

- Rozumiem - przerwał jej nagle Robert i oparł podbródek na swoich dłoniach. - Przepraszam cię za swoje zachowanie. Yyy. Muszę chyba już iść - powiedział i podniósł się powoli z fotela. Spojrzał w twarz Dominiki, na chwilę zawiesił na niej wzrok, po czym odwrócił się i poszedł w stronę przedpokoju.

Siedziała przez moment z opuszczonymi ramionami w geście wskazującym na doznanie porażki. Przez chwilę wpatrywała się w sylwetkę odchodzącego przyjaciela, nie mogąc dobrać odpowiednich słów.

Robert dotarł do przedpokoju i zaczął w pośpiechu ubierać się. Założył buty i swoją kurtkę. Nagle Dominika zjawiła się tuż obok niego, chwyciła go za ramię i powiedziała:

- Robert, jesteś fajnym facetem. Podobasz mi się, ale ja obecnie nie chcę żadnej tego typu relacji. To nie twoja wina. Ja jestem na etapie singla.

Popatrzył przez moment w jej oczy i pokiwał smutno głową, na znak zrozumienia niechcianej prawdy.

- Chciałam pokazać ci medytację i jej urok. Przepraszam, że tak to zrozumiałeś. Nie chciałam, aby tak to wyszło. Porozmawiajmy o tym, chodź - powiedział i ujęła jego rękę, chcąc skierować go w stronę pokoju, w którym razem siedzieli.

- Nie, nie - odpowiedział Robert. - Ja muszę to sobie sam przemyśleć. Przepraszam cię za mój ruch. Muszę już lecieć - powiedział, uwolnił swoją rękę z objęć Dominiki, odwrócił się i pomaszerował ku wyjściu. Wręcz natychmiastowo otworzył drzwi i nie oglądając się na swoją przyjaciółkę wyszedł z mieszkania. Gdy znajdował się już na klatce schodowej, Dominika podbiegła do drzwi i powiedziała:

- Robert, to nie twoja wina.

Lecz Robert nie obejrzał się choćby na chwilę. Zszedł ze schodów i znikł z pola widzenia kobiety.

Wracając do domu czuł się niesamowicie przygnębiony. Uczucia smutku, odrzucenia, zażenowania towarzyszyły mu przez całą drogę. Robert był tego typu mężczyzną, który odmowę ze strony kobiety brał niezwykle do siebie. Zawsze starał się upewnić czy jego wybranka faktycznie jest nim zainteresowana, zanim podejmował odpowiedni krok. Nie lubił ryzykować, chyba, że był pod wpływem alkoholu, ale nawet wówczas musiał mieć jakieś pewniejsze podstawy, aby ubiegać się o względy upatrzonej kobiety, a odrzucenie jego zalotów wywierało na nim negatywne wrażenie. Tak było również wtedy kiedy poznał swoją byłą żonę. Kilkukrotnie umawiali się na randki zanim Robert, mając już całkowitą pewność, odważył się ją pocałować.

Przez cały czas zastanawiał się jak to się stało, że pomylił się co do znaków, które według niego wysyłała mu Dominika. Analizował wcześniejsze rozmowy z nią, przypominał sobie słowa, które wypowiadała ku niemu. Myśląc tak wrócił do domu, rozebrał się

i zasiadł w swoim fotelu. Po kilkunastu minutach zastanawiania się doszedł do wniosku, że faktycznie Dominika nie dała mu żadnych znaków zainteresowania nim w sposób, w jaki by oczekiwał. Miał do siebie pretensje, dlaczego nie pomyślał lepiej o tym zawczasu, dlaczego lepiej tego nie przeanalizował, dlaczego dał się ponieść emocjom i nie podpartej niczym wiary. W tym momencie jego myśli skierowały się ku głosowi ze słuchawki. Na jego twarzy pojawił się grymas złości i zdenerwowania. Całe swoje poczucie winy przelał na tajemniczego rozmówcę.

- Ładny mi przyjaciel. Cholera jasna. To on mnie w to wpakował. Tak bardzo nienawidzę dostawać kosza, a on mnie w to wrobił. Czemu w ogóle go słuchałem? Czemu dałem się ponieść jego gierkom? Mam w dupie to wszystko. Koniec kontaktu z nim. Zamiast mi pomagać pogrążył mnie jeszcze bardziej. Piękna mi pomoc.

Przez moment zastanowił się czy nie zadzwonić i nie wydusić z siebie swoich pretensji.

- Nie, nie będę dzwonił. To będzie śmieszne. Zresztą pewnie zaraz omota mnie swoimi tekstami i znów coś mi się przestawi w głowie. Lepiej nie zaczynać tego. Kończę to. Jeżeli jego pomoc ma mi przysparzać boleści, to dziękuję za nią.

Na tym zakończył dywagacje dotyczące jego pomyłki co do zamiarów Dominiki. Uczucie przygnębienia jednak zostało i nawet obarczenie winą za zaistniałą sytuację kogoś obcego, nie pomogło mu w poprawie nastroju. To, co myślał jeszcze kilka godzin temu, prysło niczym bańka mydlana. Siedział w fotelu i tępo wpatrywał się w okno, za którym widać było jedynie odblask kilku pobliskich latarni na tle zapadniętej już dawno nocy. Nie było w nim nawet jednej iskry radości czy nadziei na lepsze jutro. Wszystko wydawało mu się takie bezsensowne. Przez moment przypomniał sobie o jutrzejszym ważnym wydarzeniu w pracy, lecz to nie rozweseliło go w ogóle. Zamiast pozytywnych myśli na temat wyników własnej pracy i pomysłowości, myślał o przymusie prezentacji ich na naradzie i patrzeniu w oczy obcym ludziom. Poczuł wielką niechęć ku jakiejkolwiek pracy, czy to w starym czy w nowym wydaniu.

Nazajutrz poszedł do pracy w równie kiepskim humorze co poprzedniego wieczoru. Czas snu ani na trochę nie ukoił jego przygnębienia. Szedł jak na skazanie, jakby właśnie dowiedział się o jakiejś wielkiej tragedii rodzinnej. Gdy siedział już za biurkiem podszedł do niego Kamil i zagadnął:

- No i jak? Gotowy na dzisiejszy pokaz naszej siły?

- Nie bardzo - powiedział przyciszonym tonem, nie podnosząc nawet wzroku

w kierunku swojego rozmówcy, wpatrując się jednostajnie w monitor komputera. Na chwilę podniósł wzrok i rzekł:

- Słuchaj Kamil. Mam dziś kiepski dzień. Musisz poradzić sobie sam, ja nie mam dziś głowy na jakiekolwiek wystąpienia. Pójdę, ale weź na siebie całość. Ok? Wierzę, że sobie poradzisz, że jesteś w tym dobry.

Rzekł to i ponownie opuścił wzrok, kierując go tam, gdzie poprzednio spoczywał. Kamil widząc stan swojego kolegi nie kontynuował już rozmowy. Zrozumiał, że Robertowi musiało się coś przykrego wydarzyć. Wolał nie kontynuować rozmowy. Jedynie poklepał go po ramieniu, oznajmił, że da sobie radę i odszedł.

Wybiła godzina zebrania. Robert wszedł do sali, której już kilka członków zespołu siedziało na ustawionych krzesłach. Przywitał się skromnie i usiadł w ostatnim rzędzie. Postanowił, że choć trochę postara się zamaskować towarzyszący mu nastrój. Gdy wszyscy już się zebrali narada rozpoczęła się. Zanim przyszła kolej Roberta i Kamila kilka innych zespołów prezentowało wyniki swojej pracy. W momencie, gdy kierownik całego projektu zaprosił do ich wystąpienia, Kamil wstał i ruchem głowy zachęcił Roberta, aby ten wyszedł razem z nim na miejsce, na którym zespoły przedstawiały swoje prezentacje. Robert odezwał się do całego grona współpracowników:

- Dzisiaj nie czuję się zbyt dobrze, chyba mnie coś pobiera. Ustaliliśmy, że dla dobra naszej pracy Kamil poprowadzi dziś samotnie prezentację. Da to lepszy efekt według mnie.

Kilka par oczu wbiło swój wzrok w Roberta, oceniając jego obecne oblicze. Poczuł się przez chwilę jak na przesłuchaniu. Miał wrażenie, że jego smutek tak mocno emanuje z niego, że każdy będzie wiedział, czym jest on spowodowany. Ostatnią rzeczą jaką życzyłby sobie w tym momencie, to uzewnętrznianie powodów swojego nastroju na tłumie obcych mu ludzi. Na szczęście kierownik skinął głową na znak zgody i zrozumienia, po czym Kamil rozpoczął wystąpienie. Trwało ono około piętnastu minut. W tym czasie kilkukrotnie przerywano mu mowę, by zadać pytania doprecyzowujące omawiany materiał. Na całe szczęście Roberta wszyscy jakby zapomnieli o nim i nie kierowali swojego wzroku

i pytań w jego kierunku lecz skupili się na Kamilu. Robert, od czasu do czasu, ocknąwszy się na chwilę ze swojego stanu, słuchał uważnie wypowiadanych przez kolegę słów i był pod wrażeniem tego, jak radzi sobie on z prezentacją. Patrzył na niego i odnosił wrażenie, że ten czuje się jak ryba w wodzie. Pomyślał sobie, że trafił na odpowiedniego dla siebie partnera. Ten natomiast, umyślnie bądź nieumyślnie tak prowadził dyskusję, by cała uwaga skupiła się właśnie na nim. Nie doprowadził do momentu, w którym Robert musiałby zabrać głos. Na koniec uświadomił sobie, że Kamil cały czas mówi w liczbie mnogiej, jeżeli chodzi o wymyślenie metody.

- Tak jasne, my - pomyślał. - Tak naprawdę to przede wszystkim ja to stworzyłem, a ty teraz sobie trochę to przywłaszczasz kolego. W sumie - dodał po chwili w myślach - jednak dobrze, że tak się dzieję. Wolę dziś w tym nie uczestniczyć.

Gdy zakończyła się prezentacja i kilkuminutowa dyskusja szef projektu i grupa współpracowników pogratulowała Kamilowi pierwszego rozwiązania problemu. Był to jeden z wielu etapów całego zadania, które zostało im przydzielone na czas projektu. Każdy z nich wiązał się z nieco innymi, lecz powiązanymi ze sobą problemami. Szef uścisnął rękę Kamilowi i oznajmił mu, że wykonali dobrą robotę. Na chwilę spojrzał w kierunku Roberta, lecz w jego oczach nie było widać uznania, lecz jedynie domysły o jego roli w tym, co teraz zostało mu przedstawione. Kamil usiadł na swoje miejsce, spojrzał na chwilę na swojego partnera i wyciągnął kciuk w geście, że udało im się. Robert sam nie wiedział jak ma się czuć. Z jednej strony żal mu było, że cały splendor zagarnął kolega. Czuł się nieco ominięty od pochwał, jakby nikt nie chciał docenić jego ogromnego wkładu w to, co zostało wymyślone. Z drugiej strony poczuł ulgę, że ten moment mają już za sobą. Po chwili pomyślał:

- A niech tak będzie. Niech młody ma coś z tego. Skoro ma zapał. Mi odeszła jakoś już chęć do tego. Jak sobie myślę o tym projekcie to zastanawiam się, po co ja się w ogóle tym wcześniej tak fascynowałem. Traci to dla mnie już na znaczeniu. Jakoś brak mi tego zapału, który miałem wcześniej.

Po spotkaniu Kamil podszedł do niego chcąc porozmawiać o prezentacji i ustalić dalszy plan działania. Robert poklepał go po ramieniu i rzekł:

- Dobra robota. Masz dryg do tego. Dobrze to przedstawiłeś.

- Dzięki Robert. Wielkie uznania należą się tobie za twój wkład. Pomimo, że nie było cię przy mnie to odniosłem wrażenie, że każdy podziela moje zdanie.

Robert na chwilę zastanowił się nad słowami kolegi. W sumie to on sam nie zauważył niczego takiego, ale być może faktycznie tak było, widząc całą prezentację z jego perspektywy.

- Może. Nieistotne - odpowiedział.

- Słuchaj, co dalej. Czas na kolejny etap i na wymyślenie czegoś równie dobrego. Kiedy zaczynamy?

- Hmm - zastanowił się Robert, nieco przytłoczony tempem narzucanym przez współpracownika. - Mamy teraz trochę czasu, pół miesiąca czy nawet więcej. Damy radę. Możesz już zacząć myśleć. Ja dziś podejdę do szefa o jakiś mały urlop. Muszę nabrać nieco sił.

- W porządku - rzekł Kamil. - Daj znać, jak już będziesz coś wiedział.

Koledzy rozeszli się do swoich miejsc pracy. Robert pracował na otwartej przestrzeni, zwanej potocznie open space. Szedł z nieco przygnębioną miną, nie wysilając się nawet na nieszczery uśmiech w kierunku swoich kolegów z działu. Usiadł za biurkiem, po czym za chwilę podszedł do niego Adam.

- Co tam się dzieje u Roberta? - zapytał. - Umarł ktoś?

- Nie, chyba nie, zresztą nic nie wiem.

- To czemu tak wisielczo dziś wyglądamy?

- A, wiesz. Mam kilka swoich trosk teraz. Na razie nie chcę o tym rozmawiać - odpowiedział Robert, ukrywając wzrok przed Adamem.

- Czyżby randez vous się nie udało? - zapytał kolega z lekkim uśmieszkiem na twarzy?

- Nie, nie. To co innego - rzekł Robert. Adam jednak nie bardzo wierzył w to co usłyszał, zwłaszcza, że jego rozmówca przez dłuższy czas unikał spojrzenia w oczy. Przeczuwał, że dobrze trafił. Nie chcąc nękać więcej kolegi rzekł:

- Słuchaj, jak nie ta to inna - rzucił uśmiechając się i klepiąc przyjacielsko kolegę. - Mniejsza o to. Słuchaj. Mam dla ciebie super lekarstwo. W piątek znowu wybieramy się z kilkoma chłopami na piwo. Mam nadzieję, że przyłączysz się do nas. Ostatnio świetnie się bawiłeś, prawda?

- Tak, było fajnie - odpowiedział Robert. - Jednak tym razem muszę spasować. Muszę poogarniać trochę swoich spraw. Muszę pewne rzeczy sobie poukładać. Innym razem, ok?

- W porządku. Nie cisnę. Uszy do góry. Zawsze jest ta dobra strona medalu - powiedział Adam i odszedł od biurka. Robert uśmiechnął się delikatnie, lecz zrobił przy tym bardzo nieszczerą minę. Nie miał dłużej chęci kontynuowania rozmowy z jak zwykle optymistycznie nastawionym kumplem. Nie bardzo również miał co porządkować u siebie, myśląc o tym, co mu odpowiedział. Wiedział jednak, że nie miał najmniejszego zamiaru uczestniczenia w jakichkolwiek wypadach na miasto. Miał ochotę jak najszybciej zaszyć się we własnym mieszkaniu i tam spędzić kilka dni, pogrążając się coraz bardziej we własnym, zgorzkniałym humorze. Zastanawiając się nad przebiegiem rozmowy z Adamem stwierdził, że jakiekolwiek głupie, według niego, namowy innych, aby był w lepszym nastroju tylko go denerwują. Nie chciał słuchać żadnych tego typu frazesów z niczyjej strony. Chciał jedynie zamknąć się w sobie w takim nastroju, jaki właśnie miał. Nie miał również sił na ukrywanie go. Miał wrażenie, że robienie tego wykańcza go. Był jednak w pracy i nie chciał robić przedstawień, więc na ten czas musiał się z tym tak jakby kryć. W pewnym momencie postanowił, że uda się do szefa i poprosi o kilka dni wolnego. Wstał i udał się do jego pokoju.

Zapukał i otworzył drzwi. Zastał go przeglądającego raporty. Szef, widząc Roberta, wskazał ręką na fotel mieszczący się przed jego biurkiem na znak, by ten usiadł na nim. Po chwili odłożył na bok trzymane raporty i powiedział:

- Jak idzie Robert? Słyszałem, że zrobiliście kawał dobrej roboty z Kamilem. Tak trzymaj, ale pamiętaj, że masz też tutaj swoje obowiązki. Odciążyłem cię nieco, ale pomimo pochwał masz jeszcze u mnie trochę obowiązków - powiedział przełożony i uśmiechnął się w kierunku swojego rozmówcy.

- Tak wiem, pamiętam. Słuchaj. Potrzebuję wziąć kilka dni urlopu, muszę uporządkować pewne sprawy osobiste. Najlepiej byłoby dla mnie, gdybyś puścił mnie już jutro i w piątek. Mogę na to liczyć? - zapytał Robert, mając na twarzy wypisaną minę smutku.

Szef przez chwilę wpatrywał się w podwładnego, jakby chciał odczytać z twarzy faktyczny powód wniosku o urlop. Po czym rzekł:

- Robert, teraz? A kto wykona za ciebie raporty, które muszę mieć? Dasz radę zlecić je komuś za ciebie? Wątpię, bo cały dział jest mocno zajęty.

- Nie wiem, ale potrzebuję urlopu. - odpowiedział Robert, z proszącym tonem.

- Robert, teraz nie damy rady. Wiesz, że u nas urlopy rezerwuje się zawczasu. Zresztą dwie osoby odpadły w tym tygodniu. Jedna na chorobowe, druga na chorobowe dziecka. Rozdzieliłem po dziale ich robotę i każdy jest nieźle obłożony. Ciebie nieco oszczędzam z racji tego projektu. Mogę ci za to obiecać, że załatwimy to w następnym tygodniu. Jeżeli chcesz to ustawię tak, że w następny czwartek i piątek pójdziesz na wolne. Będę miał wtedy trochę czasu, aby rozdzielić twoją fuchę innym. Przepraszam Robert, ale inaczej nie mogę.

- Rozumiem szefie. Dzięki i za to. Wpisz mnie zatem na następny tydzień. Dzięki - odpowiedział i wyszedł z pokoju.

Nie był zbytnio zadowolony z przebiegu rozmowy z Grubym, lecz wiedział, że nie było innego wyjścia. Miał szacunek do swojego przełożonego. Był twardą osobą, z lekko autokratywnym stylem zarządzania, lecz według niego miał również duże pokłady empatii i sprawiedliwego oceniania swoich pracowników. Nieraz wstawiał się za nimi u swoich przełożonych. Gdy komuś się należało, ganił, a wręcz potrafił w przypływie zdenerwowania podczas tylko jednej rozmowy wyrzucić kogoś z pracy, lecz potrafił również chwalić. Przede wszystkim rozumiał potrzeby pracowników i jeżeli w jego opinii były one zasadne

i szczere to próbował im sprostać jako szef, w miarę swoich możliwości. Tym razem wiedział, że nie było innego wyjścia. Postanowił zatem przeczekać ten trudny dla siebie moment, popadając w wir własnych obowiązków.

Gdy wrócił tego dnia do domu poświęcił trochę czasu na sprzątanie i przyrządzenie kolacji i śniadania do pracy na drugi dzień. Resztę czasu zajęło mu przesiadywaniu w fotelu i popadanie w otchłań swojej apatii. Cały jego stan, o którym myślał jeszcze wczoraj, że minął na dobre, powrócił. W jego ocenie powrócił jeszcze mocniejszy. Nie widział sensu w niczym, co miało mieć miejsce w jego przyszłości.

W pewnym momencie nadeszła wiadomość od Dominiki. Robert przeczytał ją:

Jak się masz? Może spotkamy się i pogadamy na spokojnie? Nie chcę, aby tak się zakończyła nasza znajomość

Robert nie miał jednak zamiaru spotykać się z nią. Nie myślał o niej źle. Dalej podobała mu się zarówno pod względem fizycznym jak i i tym, co miała do powiedzenia. Jednakże nie miał sił na spotkanie z nią. Nie winił jej w ogóle za to co się stało, lecz nie miał chęci wykrzesywać z siebie jakiś resztek optymizmu w rozmowie ani nie chciał obnosić się przy niej ze swoim prawdziwym stanem. W jego ocenie jeszcze bardziej by go to pogrążyłoby, gdyby pokazał, jak duży wpływ wywarło na nim ubiegłe spotkanie. Wiedział przecież, że obiektywnie nic strasznego się nie stało, lecz on teraz odbierał to inaczej. Nie chodziło mu już o sam ewentualny związek z nią. Stwierdził, że jednak uczucie, które do niej żywił, nie zagnieździło się w nim na tyle silnie, by nie mógł sobie z tym poradzić.

W głębi duszy wiedział, że prawdziwym powodem jego stanu było obdarcie z nadziei, którą sobie zrobił, obdarcie z szansy, jaka się przed nim pojawiła. Ponownie przypomniał sobie o swoich rozmowach z głosem z telefonu i ponownie zastanawiał się jak mógł dopuścić do tego, że dał się omamić jakimiś bredniom. Gdy nieco ocknął się ze swoich przemyśleń odpisał na wiadomość:

Przepraszam Dominiko, ale jeszcze nie teraz. Nic się takiego nie stało. Myślę, że nieraz się jeszcze zobaczymy, ale teraz wolę sam pomyśleć nad sobą.

Po chwili dostał odpowiedź:

W porządku. Rozumiem. Mogłabym pomóc, ale w sumie teraz jestem jedną ze stron. Jak coś to możesz do mnie pisać i liczę, że niebawem tak zrobisz. Trzymaj się ciepło.

Niebawem Robert położył się spać. W następnych dniach w pracy starał się zachować fason i przedstawiać na zewnątrz siebie neutralne nastawienie, lecz w jego wnętrzu nic zbytnio się nie odmieniło. Pracował sumiennie, lecz bez większej weny czy motywacji. Po prostu robił to, co do niego należało. Spotykał się z Kamilem i pracowali nad następną częścią projektu. Również i na tym etapie to raczej Robert grał pierwsze skrzypce. Nie gniewał się jednak na współpracownika. Domyślał się, że lepszym jest prezenterem niż analitykiem, choć pewnych umiejętności mu nie brakowało. Od czasu do czasu wskazywał Robertowi jego niedopatrzenia w tym, co mu przedstawiał. Dzięki temu Robert mógł korygować proponowane rozwiązania. Robił to już jednak bez euforii, bez weny, niczym bezduszny robot.

Tak mijały mu kolejne dni w pracy, a poza nią Robert po wykonaniu podstawowych obowiązków domowych większość czasu poświęcał na popadanie w swój marazm. Od czasu do czasu przypominała mu się ostatnio zadana zagadka przez głos. Chwilami łapał się na tym, że próbował ją rozwiązać, lecz po chwili szybko porzucał pomysł, przypominając sobie zawód, jakiego doznał od domorosłego przyjaciela.

W sobotnie popołudnie zadzwoniła do niego mama. Była to już sześćdziesięcio paroletnia kobieta. Mieszkała wraz z ojcem Roberta, który był od niej o dwa lata starszy w mieszkaniu na drugim końcu Warszawy. Kontakt między nimi a synem nieco pogorszył się od czasu rozwodu Roberta. Rodzicie nie mieli do niego pretensji za ten ruch, wręcz wspierali go, gdy tego potrzebował. To raczej z winy Roberta kontakt nie był zbyt częsty. Zazwyczaj ograniczał zdawanie relacji ze swojego życia do krótkich zdań, nie wchodząc bardziej w szczegóły i nie zwierzając się rodzicom, odnośnie swoich odczuć, przeżyć i stanów. Ci natomiast przeczuwali, że syn przechodzi gorszy okres. Nie raz próbowali nakłonić Roberta do dłuższej rozmowy, lecz nie udawało im się to. Od czasu do czasu Robert odwiedzał ich, lecz były to jedynie weekendowe obiadki, które opierały się głównie na sprawozdaniu relacji rodziców odnośnie tego, co w ich życiu miało miejsce. Jeżeli chodzi o sprawy Roberta, ten stronił od wszelakich zwierzeń. Ograniczał się jedynie do krótkich zdań typu: będzie dobrze lub muszę sobie to spokojnie ułożyć teraz, nie martwcie się. Od czasu do czasu rozmawiał z mamą przez telefon lecz taka forma rozmowy w niczym nie odbiegała od rozmowy w cztery oczy.

Robert był pierworodnym synem swoich rodziców, lecz nie był jedynakiem. Miał siostrę Agnieszkę, która była od niego o osiem lat młodsza. Miała obecnie trzydzieści dwa lata. Była mężatką, z pięcioletnim stażem małżeńskim. Pięć lat temu urodziła córeczkę Tosię, którą Robert bardzo lubił. W czasie, gdy trwało jego małżeństwo, nie raz bywali

u siostry i najbardziej ze wszystkich rzeczy lubił bawić się ze swoją siostrzenicą. Ta również lubiła swojego wujka. Niestety od pewnego czasu relacje między nim a siostrą również uległy pogorszeniu. Na dodatek siostra mieszkała z rodziną w Krakowie, zatem częstsze wizyty odpadały. Robert w ostatnim czasie stronił od wizyt u siostry. Powodem tego przede wszystkim był fakt, że tak dobrze im się układa. Nie to, żeby nie był z tego zadowolony. Wręcz przeciwnie. Cieszył się ogromnie, że siostrze dobrze w życiu idzie. Jednakże ten stan przypominał mu aż zanadto o jego nieudanym związku i nieułożonym życiu rodzinnym. W ostatnim czasie siostra nieraz namawiała go, by ten odwiedził ją, lecz Robert zawsze wykręcał się obowiązkami służbowymi i zaplanowanymi już ważnymi spotkaniami. Od czasu do czasu widzieli się w domu rodzinnym, gdy siostra przyjeżdżała z rodziną. Zazwyczaj były to dwa dni weekendu. Robert ograniczał swoje wizyty jedynie do kilku godzin jednego dnia. Zazwyczaj stronił od wszelkich poważnych rozmów na swój temat. Przeważnie starał się zająć zabawą z Tosią. W ten sam sposób jak w przypadku rozmów

z rodzicami, wykręcał się od zadawanych mu pytań. W pozostałym okresie Robert ograniczał się do sporadycznych rozmów telefonicznych i krótkich wiadomości. Nieraz żałował, że ich kontakt z siostrą zubożał, lecz wmawiał sobie, że potrzebuje nieco czasu, aby uporządkować swoje życie, a potem wszystko wróci do normy.

Odebrał telefon.

- Cześć synek. Czemu nie odbierasz telefonu? - zapytała matka.

- No jak, nie dzwoniłaś przecież wcześniej, a teraz właśnie odebrałem. Co u was? Jak się trzymacie?

- Dobrze, choć tata ostatnio narzeka na ból brzucha, ale nie po to dzwonię. Czemu nie odbierasz telefonu od Agi?

Robert przez chwilę zastanowił się, po czym przypomniał sobie, że dziś przed południem faktycznie dzwoniła do niego siostra, lecz ten był pochłonięty swoim użalaniem się nad sobą i nie miał ochoty na rozmowę z nią i słuchaniu o pozytywnych aspektach życia rodzinnego.

- Nie mogłem rozmawiać, a potem zapomniałem, czy coś się stało?

- Siostra raczej powinna ci to powiedzieć sama - odpowiedziała mama z nutą lekkiego podniecenia w głosie, jakby nie mogła doczekać się, by móc przekazać jakąś ważną wiadomość. - No, ale nie wytrzymam i ci powiem. Aga znowu jest w ciąży! Dzwoniła do nas dzisiaj i powiedziała, że byli już u lekarza. Ósmy tydzień.

- O! - powiedział zdziwionym tonem Robert. - To świetnie. Zaraz w takim razie oddzwonię do nich. Po tym porozmawiał z matką przez jakiś czas i słuchał jej zachwytów nad planowanym pojawieniem się na świecie jej kolejnego wnuka lub wnuczki. Ogromna radość biła z jej głosu. Robert starał się jak mógł najbardziej, aby choć trochę podzielić stan rodzica. Po kilku zamienionych zdaniach zbył matkę chęcią szybkiego porozmawiania z siostrą i zakończyli rozmowę.

Sam do końca nie wiedział jak się czuje. Z jednej strony cieszył się, że ich rodzina powiększy się o nowego członka. Cieszył się, że ponownie zostanie wujkiem. Z drugiej jednak strony czuł coraz większe przygnębienie. Ten ambiwalentny stan trwał przez jakiś czas. Próbował z całych sił weselić się radosną nowiną, lecz cały czas czarny obłok jego zasmucenia dominował nad nim, przykuwając i nie opuszczając go. Postanowił w końcu zadzwonić do Agnieszki. Gdy odebrała pogratulował jej i przeprosił, że nie mógł odebrać wcześniej. Wykręcił się ważnymi sprawami, które właśnie załatwiał. Tłumił swój stan najlepiej jak w tej chwili potrafił, choć nie musiał się zbytnio wysilać, ponieważ siostra była tak zaaferowana tym, czego dzisiaj się dowiedziała, że to jej radosne słowa dominowały

w rozmowie. Robert słuchał, gratulował i okazywał pozorną radość. Po kilku minutach rozmowa zakończyła się.

Robert opadł na fotel, czując coś w rodzaju ulgi. Nie musiał już udawać swojej apatii. Nie był z siebie zadowolony. Przykro mu było, że nie jest w stanie radować się z tej pięknej dla niego i całej rodziny wiadomości, lecz było to silniejsze od niego w tym momencie. Odczuwał coś w rodzaju poczucia winy połączonego ze smutkiem, lecz nie precyzował tego konkretnie. W myślach wyrażał faktyczne zadowolenie z tego, co usłyszał, lecz było to jedynie jakby "na papierze". Wiedział, że w innym przypadku taka nowina spowodowałaby w nim rozradowanie, ponieważ chciał, aby siostrze wiodło się dobrze, obojętnie czy jemu idzie w życiu równie dobrze. Nie był zazdrosny o nią. Czuł szczerą radość z jej powodzenia. Jednakże to przypominało mu o swoich troskach i swoim położeniu. Teraz natomiast miał do siebie pretensje, że nawet coś takiego nie wyzwoliło go z okowów zgnębienia.

Czuł się przez moment jak osoba, która właśnie chowa najbliższą mu osobę, lecz nie może wydobyć z siebie ani jednej łzy. Pomyślał, lecz jakby rozmawiał z Agnieszką:

- Siostra, cieszę się. Mam nadzieję, że dane mi będzie czuć tę radość w sobie. Przepraszam cię, ale na razie smutek jest silniejszy ode mnie.

Miał wrażenie, że skoro taka wiadomość nie zdołała go ucieszyć to znaczy, że pewnie nic przed dłuższy czas tego nie zdoła uczynić. Dalszy dzień spędził tak samo jak przed rozmową z rodziną.

Dni mijały, lecz u Roberta nic się nie zmieniało. Już dawno przestał myśleć o Dominice i tym, co spowodowało jego powrót w krainę apatii. Czuł do wszystkich osób obojętność, zarówno do rodziny, jak i przyjaciół czy współpracowników. Nie mógł doczekać się czwartku, w którym odpocznie nieco od maskowania przed innymi swojego stanu.

A było to dla niego nie lada wyzwanie. Nie lubił, gdy musiał dla jakiegoś, bliżej nieokreślonego sobie celu udawać, że czuje się inaczej niż w rzeczywistości. Męczyło go to niezmiernie. Czuł się kimś innym niż próbował okazywać na zewnątrz. Niczym aktor, który ma depresję lecz musi właśnie zagrać wesołą rolę. Często myślał o amerykańskim aktorze Robinie Williamsie, który jakiś czas temu popełnił samobójstwo. Choć nie raz słyszał rozmowy znajomych o tym, że niedorzecznym jest popełnić samobójstwo przez osobę, która ma tak wiele, to jednak on rozumiał go w tym momencie doskonale. Wiedział, że będąc w tym stanie niewiele może sprawić, aby zacząć myśleć bardziej optymistycznie. Coraz bardziej zanurzał się w swoich czarnych myślach, nieraz pozwalając myślom samobójczym nieco na dłużej zagościć w swoim umyśle. Był od tego, aby odebrać sobie życie w tym momencie daleki, lecz już bliżej niż jakiś czas temu. Na szczęście miał jeszcze nieco sił, by móc odsuwać te myśli od siebie i chować je w zakamarkach swojego umysłu.

Urlop postanowił poświęcić na odpoczynek przed maskowaniem. Nie wiedząc czemu stwierdził, że dzięki temu odpocznie. W głębi duszy jednak chciał cały swój czas poświęcić na kultywowanie swojego psychicznego doła, bez żadnych zbędnych masek. Jak postanowił, tak też uczynił. Pierwszy dzień urlopu minął mu zgodnie z jego planem.

W środę wieczorem zrobił zakupy, by nie musieć już nigdzie wychodzić przez najbliższe dni. Zamknął się w swoim mieszkaniu. Nie przygotowywał sobie żadnych wymyślnych dań. Jadł raczej skromnie. Proste kanapki lub nieco przekąsek stanowiły całość jego diety. Zasypiał kiedy chciał, głównie opadając w fotelu.

W piątek jednak coś się zmieniło. Było południe. Gdy kolejną już godzinę zadumany siedział w tej samej pozycji, pomyślał o spacerze. Nagle poczuł chęć, by przejść się nieco po okolicy, bez żadnego celu, bez żadnego wstępowania gdziekolwiek, bez żadnych spotkań. Jedynie on i spacer. Mógł być przecież sobą. Nie musiał niczego przecież maskować przed nieznajomymi, których będzie mijał. Znajomi są przecież głównie w pracy,

a zatem istnieje jedynie znikome prawdopodobieństwo, że się na kogoś natknie. Poderwał się z fotela, szybko się ubrał, przeczesał włosy i wyszedł z mieszkania.

Wpierw skierował swoje kroki ku znanemu mu parku. Był to już początek grudnia, wobec czego na dworze panował chłód. Nie na tyle, by oczekiwać jeszcze opadów śniegu, lecz już na tyle silny, aby uniemożliwiać dłuższe przesiadywanie na ławce w parku. Kierując się w stronę parku przypomniał sobie o Cezarym i o możliwości spotkania go. Szybko jednak stwierdził, że o takiej porze roku nie spotka go tutaj ze swoim towarzystwem lecz prędzej byłoby to możliwe gdzieś w okolicach sklepów, gdzie Cezary mógłby zbierać datki. Nie pomylił się. W parku nie było widać ani jego, ani jego kompanów. W ogóle było mało osób. Gdzieś w oddali szła kobieta z wózkiem lub też spacerował jakiś emeryt. Robert nie mijał żadnej z osób. Jeżeli miał ku temu możliwość zawsze wybierał drogę, po której mógł samotnie maszerował. Z początku szedł szybkim krokiem, do jakiego przyzwyczaił się, poruszając się zazwyczaj do i z pracy lub w jakąś gościnę. W pewnym momencie jednak uświadomił sobie nałożone przez siebie tempo i zwolnił je znacznie. Z przekąsem powiedział do siebie, że przecież nie musi nigdzie gnać, lecz może spokojnie pospacerować. Ma przecież czas. A należy wiedzieć, że Robert lubił spacerować. Lubił przechadzać się po górach, lecz również nie raz wybierał się z żoną do różnych warszawskich parków, by móc pochodzić wśród przyrody. Czuł się na nich wyjątkowo dobrze. Zawsze miał wrażenie, że lepiej się po nich czuje. Toteż gdy po rozwodzie żona przejęła samochód, Robert nie kupił nowego. Stwierdził, że ma dobre i szybkie połączenie komunikacyjne do pracy, tak więc na pewno nie wykorzystywałby go do tego celu. Nie miał w planach podróżować na dalsze odległości, a jeżeli już taka okazja się nadarzała, to te nieliczne podróże mógł przecież wykonać autobusem czy pociągiem. Postanowił zatem wstrzymać się z zakupem auta do momentu, kiedy faktycznie uzna, że jest ono mu niezbędne. Co więcej, pamiętał doskonale, że lubił chodzić, tak więc nie przeszkadzało mu w ogóle bycie osobą pozbawioną własnych czterech kółek.

Powoli szedł przez park. Przeważnie pogrążony był w swoich myślach lecz nieliczne chwile poświęcał na oglądanie otaczającej go przyrody. Patrzył na pozbawione już całkiem liści drzewa, patrzył na ptaki lądujące na gałęziach czy też na poszarzałe niebo, po którym sunęły nisko chmury. Wyszedłszy z parku skierował się pobocznymi uliczkami na dalszy spacer. Postanowił, że okrąży swoje osiedle i może nawet zahaczy o kolejne, by móc spacerować dopóty mu się to nie odechce. Lecz chęć nadal miał. Nie przeszkadzały mu już nieznajome osoby, które mijał gdzieniegdzie na swojej drodze. Nie skupiał się na nich, lecz beznamiętnie mijał je, nie interesując się ich wyglądem. Tak minęły dwie godziny. W pewnym momencie Robert poczuł zmęczenie i postanowił wrócić do swojego mieszkania i zjeść coś. Poczuł się niesamowicie głodny, tak jakby świeże powietrze obudziło w nim uśpiony apetyt.

W kolejne dni Robert również spacerował. Stało się to dla niego niemal rytuałem. W wolne dni wybierał się na dłuższe spacery, zazwyczaj nieco oddalając się od swojego miejsca zamieszkania, czy to na własnych nogach czy to podjeżdżając jakimś środkiem transportu publicznego. Nie stronił również od spacerów po pracy. Tych wręcz nie mógł się doczekać będąc jeszcze w biurze. Stanowiło to dla niego nie lada odskocznię od codziennego marazmu, zarówno zawodowego jak i osobistego. Nie bardzo wiedział czemu tak się dzieje, lecz gdy spacerował tak sobie sam w ciemnościach nocy, gdy jedynie latarnie przyświecały mu nieco drogę, czuł się trochę lepiej. Dalej oczywiście towarzyszyły mu na co dzień jego czarne myśli, smutek i apatia lecz gdy był na spacerze potrafił na krótko odsuwać się od nich. Gdy jednak wracał do domu wszystko wracało do swojego starego porządku. Dalej stronił od wszelkich kontaktów towarzyskich, wykręcając się zaplanowanymi już sprawami.

W pracy natomiast nic szczególnego się nie działo, a przynajmniej nie na tyle, by Roberta podnieść na duchu. Wraz z Kamilem doprecyzowali ostatecznie kolejne rozwiązanie, lecz jak zwykle to raczej Robert był głównym pomysłodawcą rozwiązań. Kamila traktował raczej jako swojego ucznia niż równoważnego partnera. Nie mniej nie przeszkadzała mu taka rola. Kamil natomiast odnalazł się w tej roli i starał się doprecyzowywać pomysły kolegi, zadając wnikliwe pytania. Układ zdawał się działać. Na kolejnym spotkaniu ponownie to Kamil objął przewodnictwo w prezentacji. Wyglądała ona bliźniaczo podobnie do pierwszej. Ponownie główne laury spadały na niego. Robert machał na to ręką, twierdząc w duchu, że nie zależy mu już na jakiś splendorach. Nie widział w tym większego sensu. Nie dawało mu to żadnej satysfakcji. Przyjął rolę raczej rzemieślnika, który ma zadanie wykonać powierzone mu polecenie niż kogoś, kto opiera swoje nadzieje na sukcesie zawodowym. Robił co do niego należało, bez żadnych fajerwerków. Jego stan przygnębienia przeważnie dalej mu towarzyszył w ciągu dnia. Był być może nieco stępiony lecz nadal dominujący.

Mijały kolejne dni. Jedynie podczas spacerów Robert czuł nieco ulgi.