Spacer

Od pierwszego spaceru na urlopie minęły dwa tygodnie. W tym czasie u Roberta nie wydarzyło się nic szczególnego. Nadal był pogrążony w swoim przygnębieniu. Będąc

w pracy zamykał się w swoim świecie, jedynie zdawkowo rozmawiając z nagabującymi go współpracownikami, czy to Adamem, Siwym czy to z jeszcze dalszymi kolegami i koleżankami. Skupiał się na wykonywaniu własnych zadań. Z Kamilem współpracował według wypracowanego przez nich już wcześniej układu. Nie musiał się przy tym silić na jakieś koleżeńskie rozmowy. Podczas spotkań skupiał się jedynie na zadaniu. Nie chciał wchodzić z nim w głębszą zażyłość. Nie była to nawet kwestia jego obecnego nastawienia. Po prostu czuł, że nie nadają na tych samych falach. Nawet w okresie przed spotkaniem

z Dominiką, kiedy Robert czuł się wyjątkowo dobrze, nie widział szans na to, by mogli się ze sobą zaprzyjaźnić. W tym natomiast momencie w ogóle nie zaprzątał sobie głowy dywagacjami na temat ewentualnej głębszej znajomości. Układ nauczyciel - uczeń pasował mu, tak jak i Kamilowi, a przynajmniej w ogóle się nie skarżył i nie próbował niczego zmieniać. Do następnej narady z całym zespołem mieli sporo czasu. Z racji zbliżających się świąt i okresu końca roku cały zespół miał się skupić przede wszystkim na własnych obowiązkach w swoich macierzystych działach, zwłaszcza, że ten okres był jak co roku bardzo pracowity. Jedynie garstka osób z firmy mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek urlopy pomiędzy świętami a Nowym Rokiem. Zatem działania nad kolejną koncepcją, po kilku pierwszych spotkaniach, Robert z Kamilem odłożyli na początek następnego roku. Takie rozwiązanie bardzo podobało się czterdziestolatkowi. Mógł się skupić na wykonywaniu swoich rutynowych obowiązków i nie musiał się dodatkowo motywować, aby twórczo pracować. Nie widział już w tym dla siebie szansy, jego zapał zgasł.

Wieczorami natomiast, zjadłszy przygotowany w domu ciepły posiłek, wybierał się na codzienne spacery uliczkami swojego osiedla, na którym mieszkał. A to szedł do parku, by kilkukrotnie okrążyć go, wybierając za każdym razem inne jego aleje, a to przechadzał się zaciemnionymi uliczkami osiedla, a to wychodził na jedną z głównych ulic, by udać się na jakieś drobne zakupy do pobliskich sklepów. Gdy tak przechodził koło nich, swój wzrok często skupiał na ozdobach gwiazdkowych, które to już od jakiegoś czasu przyświecały witryny pawilonów. To zaś przypominało mu, że jeszcze nie kupił ani jednego prezentu dla rodziny na te święta. Nie lubił bardzo tego okresu. Nigdy nie wiedział, co komu ma konkretnie kupić, a przechadzanie się od jednego do drugiego sklepu w celu wymyślenia trafnego upominku uważał za jedno z najbardziej przykrych obowiązków okołoświątecznych. Zawsze zostawiał zakupy na ostatnią chwilę. W tym roku jeszcze bardziej nie miał ochoty na te czynności. Na samą myśl o przeciskaniu się przez tłumy ludzi w różnego rodzaju galeriach, marketach czy na straganach niedobrze mu się robiło. On, który tak bardzo stronił teraz od jakiegokolwiek towarzystwa, nawet przypadkowego, będzie musiał poświęcić kilka swoich wyczekiwanych od rana, samotnych wieczorów, na niechciany kontakt z tłumem ludzi.

Pewnego wieczoru, gdy do świąt zostało już nieco mniej niż dziesięć dni ponownie wybrał się na spacer. Wpierw chciał udać się do sklepu spożywczego po drobne zakupy. Gdy tak znowu mijał migoczące ozdoby witryn pomyślał:

- Jeszcze prezenty. Cholera. Po co to w ogóle ktoś wymyślił? Kupować coś, aby kupić, nie z potrzeby serca lecz z potrzeby tego, że tak ktoś wymyślił. Jakaś kompletna bzdura.

Z marsem na twarzy wszedł do sklepu, zrobił szybko zakupy i udał się w stronę parku. Szedł jakiś czas w jego kierunku i zastanawiał się po drodze, co też mógłby kupić rodzinie w tym roku i czy zdążyłby może zamówić te rzeczy przez Internet, by móc jakimś cudem uniknąć niechcianych wypadów do centrów handlowych. Tak bardzo skupił się na myślach związanych z prezentami, że nieświadomie okrążył park kilkukrotnie, ani na moment nie przestając drążyć rozpoczętego tematu. Stwierdził, że jak odpowiednio sięskupi, to uda mu się powymyślać prezenty i jeszcze tego wieczoru zamówić je przez sieć. Uznał, że to dobry plan i nie przestawał poszukiwać pomysłów na podarunki dla rodziców, Agi

z Karolem i Tosi.

Tak szedł zamyślony, gdy nagle zagadnął go jakiś głos:

- Co tak szefuńcio dookoła chodzi?

Spojrzał w kierunku dochodzących słów i zobaczył Cezarego. Zatrzymał się zarówno w swoim marszu jak i w gonitwie swoich myśli. Chwilę popatrzył w oczy nadchodzącego człowieka. Jakieś nieopisane w nim uczucie, które nagle zalało jego umysł, sprawiło, że nabrał wyjątkowej ochoty na chwilę rozmowy z przybyszem. Pomyślał sobie, że przecież on jest również w niedoli, więc rozmowa z nim nie będzie kosztowała go jakiekolwiek maskowania się. Stwierdził, że przy nim może być taki jaki jest, nie zmuszając się do żadnej aktorskiej gry. Co więcej, mając w pamięci ostatnie ich spotkanie czuł wobec niego jakąś formę przyjaźni bądź też dobrego usposobienia, które świadomie bądź nieświadomie tamten zdawał się odwzajemniać. Po chwili Czarek kontynuował rozpoczętą rozmowę, widząc, że jego rozmówca przystanął:

- To nie galeria handlowa. Czy nie powinieneś szefie być teraz na zakupach świątecznych?

- Chodzę sobie tutaj, aby ich właśnie uniknąć - odpowiedział Robert. - Nie lubię chodzić po sklepach, zwłaszcza podczas tego przedświątecznego obłędu . Kupowanie, sztuczne uśmiechanie się, a naokoło frustracja i nerwy.

- Pięknie powiedziane - rzekł Czarek. - Taka sobie pułapka.

- Pułapka? - zapytał zaciekawiony Robert. - Co masz na myśli?

- Ano, szefuniu - rzekł, po czym nagle przerwał mu towarzysz rozmowy, mówiąc:

- Przestań mnie tak nazywać. Nie jestem żadnym szefem. Mam na imię Robert. Proszę mów mi tak.

- Ano Robercie - kontynuował biedak. - Pułapka dużego pieniądza, w którą większość wpada. Im ktoś bogatszy, tym kupuje droższe prezenty, a po co? By dowartościować siebie samego.

- No nie wiem - odpowiedział zaciekawiony i nieco zdziwiony Robert. - Ci co mają więcej pieniędzy chcą pokazać najbliższym, że są im drodzy, skoro część swoich zarobków chcą przeznaczyć na podarunki dla nich. Głupio byłoby kupić coś za niewielkie pieniądze, gdy ma się ich ogrom. To by świadczyło bardziej o tym, że najbliżsi są im mniej drodzy niż ich pieniądze.

- Nie. Kupują prezenty, by oszukać samych siebie odnośnie ich wielkiej troski. Tak, jakby te prezenty miały cokolwiek pokazać. Wigilia to jeden dzień, a co robią w pozostałe dni w roku?

- Zarabiają te pieniądze.

- No właśnie. Na ten jeden dzień kupują prezenty adekwatne do ich portfela, aby wytłumaczyć bliskim to, że muszą tak ciężko pracować i że nie mają dla nich czasu w pozostałe dni.

- Hmm - zastanowił się przez moment Robert, po czym powiedział: - W niektórych przypadkach pewnie tak to działa, ale niesprawiedliwie byłoby to powiedzieć o wszystkich. Niektórzy, tak jak ja, po prostu muszą coś kupić, bo taki jest zwyczaj. Skoro wszyscy kupują prezenty, to nie w porządku byłoby ich nie kupić, skoro mnie na to stać. Skoro myślę o najbliższych to powinienem poświęcić nieco własnych pieniędzy i czasu, aby kupić odpowiedni prezent dla nich, w miarę tego, czego potrzebują.

- Ale każdy z nich kupiłby sobie to czego potrzebuje, gdybyś dał im te pieniądze - rzekł Cezary. - I każdy byłby szczęśliwszy, gdybyś ten czas, który przeznaczasz na poszukiwanie prezentów, przeznaczył na spędzenie wspólnego czasu.

- No, ale jeżeli wiem, co mam kupić komuś to znaczy, że wiem, czego on potrzebuje, a to znaczy, że interesuję się jego potrzebami. To natomiast świadczy o tym, że ta osoba jest mi bliska, bo znam jej potrzeby.

- Haha - zaśmiał się Czarek i spojrzał głębiej w oczy swojemu rozmówcy. - A ciekawe co robi ta rzesza ludzi w sklepach po świętach? Zwraca nietrafiony prezent... Haha ... a myślisz, że ty zawsze trafiasz z prezentem? A ile razy czułeś, że ktoś dał ci to, czego w ogóle nie potrzebowałeś?

- Wiele razy - odpowiedział zmieszany wnikliwością wywodu swojego rozmówcy Robert.

- A czy było ci przykro? - kontynuował rozmowę towarzysz.

- Nie bardzo. Tyle jest różnych okazji do kupowania prezentów, tyle rzeczy już mamy, że trudno jest komuś trafić w coś właściwego. Ja się w ogóle nie gniewałem, gdy dostałem coś niechcianego. Dla mnie liczył się sam gest.

- A widzisz - odpowiedział Czarek. - Sam sobie odpowiedziałeś. Nie sposób znać dokładne obecne potrzeby innych. Ty się nie gniewasz i ci, których obdarowałeś, nie gniewają się na ciebie. Każdy oszukuje i dalej trwa w tym samym procederze, jakoby to kupowanie prezentu było oznaką jakiejś bliskości czy miłości. To jedynie oszukiwanie samych siebie, że poprzez pieniądz możemy kupić czyjąś bliskość.

- Może masz rację - przyznał z zamyśloną miną Robert.- Ale do czego w ogóle ta rozmowa zmierza?

- Do pułapki dużego pieniądza, kolego - odpowiedział stanowczo biedak. - Pieniądze przesłaniają nam inne, o wiele ważniejsze rzeczy. Takie, które w tym świecie wydają się być obecnie malutkie, bo wyparte zostały przez pieniądz. Zarabiamy więcej, ale w zamian poświęcamy czas, który moglibyśmy przeznaczyć bliskim, poświęcamy energię, którą moglibyśmy przeznaczyć bliskim na kontakt z nimi, poświęcamy uwagę, którą moglibyśmy przeznaczyć bliskim i tak dalej. W zamian otrzymujemy duże pieniądze, których część przeznaczamy na kupowanie drogich prezentów, drogich usług czy wyjazdów, by móc w ten sposób zrekompensować brak nas samych. I tak robią prawie wszyscy. Mijamy się za dnia, a jak już mamy dla siebie czas, to nie mamy sił i chęci, by być ze sobą. To właśnie pułapka dużego pieniądza.

- Być może Czarku - odpowiedział Robert. - Ale przecież pieniądze są potrzebne, by jeść, by żyć. Nawet ty ich potrzebujesz, by kupić winko, prawda?

- Robercie, bystry z ciebie chłopak, ale jeszcze mało rozumiesz. Pieniądze nie są problemem. Pogoń za nim już tak. To są dwie różne rzeczy. Stały się one celem i wyznacznikiem miłości, którą możemy kogoś obdarzyć. Spójrz na ojców i matki. Kupują droższe zabawki, zabierają na wczasy za granicę, posyłają na drogie lekcje, zabawy, sporty, ale jakim kosztem? Takim, że nie mają tego czasu dla nich. Wpadają w pułapkę dużego pieniądza, to znaczy już zapomnieli o tym, że zarabiają, by żyć, a teraz żyją, by zarabiać. To umysłowa pułapka. Zapomnieli, że wyznacznikiem miłości jest nie to, co mogą im kupić lub zapewnić, lecz to, ile czasu i miłości mogą im dać będąc z nimi. Odsunęli to od siebie. Połknęli haczyk, że pieniądzem są wstanie kupić miłość i dobroć ich dzieci, ale tego tak nie zyskają. Jedynie wychowają następne pokolenie ludzi, oszukujących się nawzajem. Jasne, należy zarobić, aby się utrzymać, ale gdy gonimy za pieniądzem, wtedy wpadamy w pułapkę tego, że on da nam to, co sam zabrał. Niestety zabiera to, co najcenniejsze, oddając nam jedynie złudzenia tego, co poświęciliśmy.

- No ale jakieś pieniądze trzeba mieć, by kupić jedzenie. Już ci mówiłem, że ty winka też potrzebujesz - rzekł Robert.

- Ty dalej swoje. Słuchasz mnie? Zarabianie pieniędzy nie jest problemem, ale pogoń za nimi już tak. Wcale nie potrzeba dużo zarabiać, by być szczęśliwym. A winko? Ja go zazwyczaj nie potrzebuję. Zbieram dla kolegów, bo mnie o to proszą, a ja lubię rozmawiać z ludźmi i nie mam wstydu ich zagadnąć. Czasem się napiję z nimi dla towarzystwa, ale alkoholu do szczęścia nie potrzebuję. Spójrz na mnie. Na moją twarz. Czy widzisz tu jakiś alkoholizm?

Robert spojrzał dokładnie na twarz biedaka. Już podczas wcześniejszych rozmów dostrzegł, że wyglądał odmiennie od tego rodzaju osobników. Na jego twarzy nie było widać żadnych oznak pijaństwa, czy to podkrążonych oczu czy też zaczerwienionego nosa. Odpowiedział:

- Nie. Już wcześniej to widziałem i powiedziałem ci, że nie pasujesz do nich.

- Pasujesz do nich, jakby pasowanie człowieka do drugiego człowieka było czymś co można zmierzyć wyglądem. To tacy sami ludzie jak ja czy ty, Robercie, tylko im się nieco gorzej powiodło w tym zewnętrznym świecie, ale czy są bardziej nieszczęśliwi od większości normalnych, jak to pewnie byś nazwał, ludzi? Czy bogaty czy biedny jest podobnie nieszczęśliwy, bo nie patrzy tam, gdzie trzeba. Ja im przede wszystkim pomagam, aby odnaleźli szczęście tam, gdzie są.

- Czy można być naprawdę szczęśliwym będąc w ich pozycji? - zapytał Robert.

- A czemu nie? Nie pozycja czy pieniądz czyni szczęśliwym lecz to, co ma się w głowie. Nie doszły cię słuchy, jak bogacze, mający mnóstwo ludzi wokół siebie, popełniają samobójstwo? Pełno ich. Niby mają wszystko, lecz nie tam, gdzie trzeba.

- Czemu według ciebie tak jest? - zapytał Robert, przypomniawszy sobie swoje niedawne rozważania dotyczące sławnego amerykańskiego aktora.

- Ludzie skupiają swoją uwagę na wielkich rzeczach - kontynuował Czarek. - Gubią piękno leżące w drobnych rzeczach. Gonią za czymś ulotnym, gonią za celami, nie doceniając tego, co już teraz ich otacza. Piękno widzą jedynie w przyszłości, gdy zostanie osiągnięty ich wyznaczony cel, a rzeczywistość określają mianem szarej. Kolory są w przyszłości, bezbarwność obecnie. A kolory są tu i teraz. Spójrz jak pięknie jest - rzekłszy to skierował swoją rękę w górę.

Robert był tak pochłonięty rozmową ze swoim znajomym, że nie zauważył, że właśnie zacząć padać pierwszy śnieg w tym roku. Po chwili nad ich głowami było pełno od białych, grubych płatków śniegu, gęsto i powoli opadających na ziemię. Robert uwielbiał patrzeć jak pada śnieg. Zarówno w dzieciństwie i w dorosłym już życiu uwielbiał patrzeć przez okno na opadający biały puch, który z minuty na minutę pokrywał cały jego widnokrąg. W tym momencie poczuł jak skromna fala radości przeszywa jego ciało i umysł. Poczuł się jakby nieco odmieniony. Na jego twarzy pojawił się już dawno niewidziany szczery uśmiech. Czarek odezwał się pierwszy:

- Padający śnieg, latający wolno ptak, zachodzące słońce, porost kwiatów wiosną czy opadające liście jesienią. Wszystko jest piękne. Widok wszystkiego może nas uradować, jeżeli pokłonimy się, by spojrzeć na to. Gdy oderwiemy głowy od naszych wielkich, ulotnych dążeń zobaczymy małe, piękne rzeczy, które mamy już teraz, które są obok nas. Nie tylko przyroda. Piękna muzyka, widok bawiących się dzieci, szczera radość innych i wiele innych drobnych rzeczy, które są wokół nas i które powinniśmy jedynie dostrzec.

- Tak, wyjątkowo pięknie jest teraz - oznajmił Robert, po czym postanowił wrócić do tematu świąt. - Tobie łatwiej powiedzieć o niekupowaniu prezentów. Moja Tosia liczy na to, że wujek kupi jej coś. Mam ją teraz uświadamiać, że jest to niepotrzebne?

- Nie zrzucajmy problemów dorosłych na dzieci. Skoro rodzice są jacy są, to dzieci też takie będą. Tu trzeba zmieniać całość. Jasne, jeżeli możesz kup jej teraz coś, ale możesz zawsze ustalić w następnym roku inny sposób obdarowywania się z całą rodziną.

- Mianowicie jaki? - zapytał zaciekawiony Robert.

- Skoro czas świąt jest po to, abyście się spotkali i spędzili go radośnie ze sobą, to wykorzystajcie właśnie to. Niech każdy na następne święta zamiast prezentów zorganizuje wspólną zabawę, jakąś grę, rozmowę. Coś, co pozwoli wam zbliżyć się do siebie bardziej i wspólnie radośnie spędzić ten dany wam czas, blisko siebie. Dzieci, pobawią się nową zabawką chwilę, tyle tego teraz mają, ale gdy poświęcisz jej w święta swoją uwagę, gdy będziesz cieszył się szczerze spędzając z nią czas i bawiąc się z nią w najprostsze gry, ona będzie o wiele bardziej szczęśliwa niż wtedy, gdybyś dał jej najdroższy prezent i kazał bawić się samej. Ona przede wszystkim potrzebuje tego, by czuć, że jest kochana. To jest największy prezent. Reszta to dodatki - odpowiedział Czarek.

- Ciekawy pomysł Czarku - odpowiedział Robert, po czym uświadomił sobie, że stoją już sporo czasu i zdążył przemarznąć. - Przemarzłem nieco, lecę. Dzięki za rozmowę. Powiem ci, że była bardzo interesująca.

- Do usług, przyjacielu - odpowiedział i podniósł rękę na znak pożegnania, uśmiechając się skromnie.

Te słowa nieco zmieszały Roberta. Uśmiechnął się z dostrzegalnym znakiem zapytania w oczach. Podniósł rękę, odpowiadając towarzyszowi, po czym odwrócił się i udał się w kierunku swojego mieszkania.

Przez pewien czas rozmyślał o jego wieczornej rozmowie. Siedząc w fotelu zastanawiał się nad odbytym dialogiem z Czarkiem. Był pod wrażeniem błyskotliwości jego wywodów, lecz wewnętrznie czuł jakiś tajemniczy opór, by móc jawnie zgodzić się ze swoim rozmówcą. W pewnej jednak chwili postanowił wstać i podejść do okna, aby sprawdzić, czy nadal pada śnieg. Gdy spojrzał przez nie zobaczył wszędzie biały teren. Było na tyle zimno, że śnieg nie topniał lecz ciągle go przybywało. Robert stał wpatrzony w zimowy opad i z sekundy na sekundę jego twarz coraz bardziej się uśmiechała. W tym momencie zapomniał o wszelkich swoich troskach. Stał jak w transie i patrzył. Łuna bijąca od białej pokrywy jakby symbolizowała mu światło, które rozpościera czerń w jego umyśle. Postanowił, że od tej pory będzie starał się bardziej obserwować otaczający go świat, choć nie bardzo jeszcze wiedział, jak to w jego codziennym życiu miałoby wyglądać. Motywacji ku temu dodawał mu odczuwany przez niego obecnie nastrój. Czuł się w tym momencie dobrze. Nad wyraz dobrze w porównaniu z wieloma poprzednimi dniami.

W następnym dniu w Robercie zaszła jakaś mała, niewidoczna zmiana, której jeszcze w ogóle w sobie nie werbalizował. Mimo, że smutek nadal mu towarzyszył, to jednak w całej kurtynie apatii, jaka zdawała się przysłaniać mu oczy, czasem pojawiała się luka szczerego uśmiechu. W ciągu dnia znalazł nawet nieco czasu, aby porozmawiać z Adamem. Sam tę rozmowę zainicjował. Od pewnego czasu widząc codziennie jego markotną minę kolega nie zaczepiał go. Wszelkie jego wcześniejsze próby okazały się fiaskiem. Tym razem podszedł jednak Robert do jego biurka i rozpoczął dialog. Rozmawiali o pracy, imprezach Adama z kolegami i o planach na święta. Robert powiedział mu, że jak co roku wigilię i przynajmniej jeden dzień świąt spędza u rodziców, do których przyjeżdża jego siostra z rodziną. Adam był na tyle taktownym rozmówcą, że nie chciał w tym momencie poruszać rozmów, dotyczących ewentualnych powodów wcześniejszego okresu Roberta. Domyślał się, że ta pierwsza oznaka jakiejś poprawy jest jeszcze nietrwałą i wolał nie wywoływać wilka z lasu. Jako jego dobry kolega chciał, by rozmowa potoczyła się tak, by nie skierować Roberta w stronę jego smutków. Opowiedział mu kilka dowcipów zasłyszanych w biurze, a to w jednym a to w drugim dziale. Po jednym z nich Robert roześmiał się wesoło, tak, jakby akurat ten właśnie żart idealnie trafił w jego poczucie humoru.

Wieczorem, będąc w domu zadzwonił do niego telefon. Zobaczył, że dzwoni jego siostra. Postanowił odebrać:

- Cześć Aga, jak się czuje przyszła mama?

- Cześć Robert. Dzięki, ale muszę teraz siedzieć w domu. Byłam u lekarza i dostałam miesiąc zwolnienia z powodu brzuszka.

- A co się stało? Wszystko w porządku? - zapytał nieco wystraszony brat.

- Tak czasem się dzieje w pierwszym trymestrze. Nic poważnego według mnie. Dobrze będzie. No ale dzwonię w tej sprawie. Nie mogę przyjechać do Warszawy na święta, muszę przez jakiś czas mocno się oszczędzać. Rozmawiałam już z rodzicami. W tym roku urządzamy święta u nas. Dzwonię, byś powiedział mi dobitnie, że mogę liczyć na to, że ty również do nas przyjedziesz. Tak?

Robert przez krótką chwilę milczał, po czym odpowiedział:

- Kraków, tak. Ok, siostra. Skoro tak się sprawy mają to przyjadę i ja do was, skoro zapraszacie. Wy to wy, ale nie mógł bym przecież nie zobaczyć mojej siostrzenicy.

Agnieszkę informacja ta ucieszyła. Porozmawiali nieco o planach na święta oraz

o tym kiedy Robert zamierza dokładnie przyjechać. Ich rodzice zamierzali wyjechać kilka dni wcześniej, aby pomóc córce w przygotowaniach. Wigilia w tym roku przypadała w sobotę. Robert oznajmił siostrze, że on akurat nie może wziąć w tym okresie ani jednego dnia urlopu, wobec tego, w zależności jak uda mu się nabyć bilet przyjedzie w piątkowy wieczór lub w sobotę. Porozmawiali również o prezentach. Ku jego uciesze, Agnieszka planowała kupić rodzicom droższy prezent i liczyła, że brat nie kupił jeszcze swojego i złoży się na niego wraz z nimi. Zasugerowała mu również pomysły na podarunek dla najmłodszej, wedle jej ostatnich upodobań. Siostrzenicy marzyło się własne zwierzątko. Agnieszka powiedziała:

- Słuchaj, my już z Karolem kupiliśmy jej prezent, o którym mówiła od października. A ostatnio zaczęła prosić Mikołaja o zwierzątko do opieki. Oczywiście nie ma mowy

o piesku czy kotku. Myśleliśmy raczej o jakimś gryzoniu, np: chomiku. Może chciałbyś jej go kupić? Dostanie kolejną zabawkę, a tych ma już od groma i znowu po chwili pójdzie w kąt. A takie małe zwierzątko mogłoby dla niej być niezłą lekcją wychowawczą, uczyłaby się opieki, sprzątania, a my przy tym nie mielibyśmy aż tak dużo pracy, jak przy jakiś czworonogu.

- Chomik? Nie ma sprawy Aga, ale jak ja go w autobusie czy pociągu dowiozę?

W klatce? Gdybyście byli w stolicy to nie byłoby problemu, ale sama widzisz...

- Fakt - odpowiedziała siostra i chwilę zastanowiła się. - Słuchaj, mam pomysł. Karol kupi jej jakiegoś pupilka i przechowamy go gdzieś na czas wigilii. Ty nam oddasz pieniądze za niego i za sprzęt. W porządku?

- W porządku - odpowiedział optymistycznie Robert. - Choć żałuję, że zakup dla niej w tym roku będzie kosztował mnie tak mało wysiłku.

- Bracie, nie ściemniaj - powiedziała ze śmiechem siostra. - Przecież wiem, że nienawidzisz zakupów prezentów. Dwa lub trzy załatwimy za ciebie - powiedziała, śmiejąc się, lecz Robert wyczuł, iż śmiech ten nie miał formy jakiegokolwiek wyrzutu sumienia

w jego stronę.

- Masz w sumie rację. Dziękuję ci. Za to obiecuję, że z wielką przyjemnością wezmę na siebie wspólną zabawę Tosi z gryzoniem przez te dni, jak będę u was.

Na tym praktycznie zakończyli rozmowę. Robert włączył telewizor, by obejrzeć film. Był piątkowy wieczór, więc nie musiał wcześniej kłaść się spać.

W sobotnie popołudnie zadzwonił do niego Mateusz.

- Cześć Robinson. Co u ciebie? - zapytał na przywitanie. Robert chwilę zastanowił się nad sformułowaniem, którego użył przyjaciel. Faktycznie odniósł wrażenie, że ostatnio czuł się jak odludek, odosobniony od całego pędu świata zewnętrznego. Zastanawiał się czy to przypadek, że Mateusz go tak nazwał, czy też już słyszał o jego przygodzie z Dominiką. Postanowił jednak nic nie mówić pierwszy.

- Witaj. Powoli jakoś leci . Praca, projekt. Powolutku.

- No to czas będzie przyspieszyć kolego. Zapraszamy na imprezę sylwestrową. Czas się nieco oderwać od tej pracy. Rozumiem, że wpadasz, a więc co pijemy? Whisky czy czystą?

- Aaa - odpowiedział zmieszanym głosem Robert, będąc zupełnie zaskoczony zaproszeniem. Przez moment zastanowił się nad tym, co odpowiedzieć i przemówił. - Mateusz, nie wiem czy dam teraz radę.

- No nie gadaj, co roku balujemy. To już tradycja.

- No tak, ale moja siora zaciążyła. Nie może się ruszać, jakieś wskazania lekarskie

i zaprosili mnie do siebie, abym im potowarzyszył, bo sami odpadają z wszelkich imprez, a ja już dawno w sumie u nich nie byłem. Trzeba podtrzymywać kontakt z rodziną - odpowiedział Robert, wymyślając na poczekaniu fikcyjne zaproszenie. Nie miał ochoty w tym roku iść na jakąkolwiek imprezę.

- O nie, i ty? Chcieliśmy zorganizować coś w podobnym klimacie jak poprzednie spotkanie, ale najpierw Dominika odmówiła, a teraz ty. Kurcze, grono się kruszy strasznie - odpowiedział ze smutkiem w głosie przyjaciel, po czym dodał. - Gratulacje dla Agi tak

w ogóle. Rozumiem, ale pamiętaj, że jakby jednak wyszło coś innego, to zaproszenie będzie czekać.

- Dzięki Mateusz, pewnie się nie uda, ale kto wie. A czemu Dominika nie wpadnie? - zapytał zaciekawiony Robert.

- Nie wiem konkretnie. Anka z nią rozmawiała i też ma jakąś dziwną powinność. Hej, hej - powiedział podniesionym, radośniejszym nieco głosem. - A może ty masz coś z tym wspólnego? Ostatnio jakimiś liścikami się wymienialiście? No jak? Kumplowi nie powiesz?

- Niestety Mateusz, ale nic nie mam wspólnego z czasem Dominiki. Tak, spotkaliśmy się dwa razy, ale to nie były randki. Mieliśmy do omówienia kilka rzeczy.

- Ok, no nic stary. Mam nadzieję, że jednak uda ci się przyjść.

- Zobaczymy - odpowiedział Robert i po chwili przyjaciele zakończyli rozmowę.

Po niej stwierdził, że ani Mateusz ani Ania nic nie wiedzą odnośnie jego nieudanego flirtu. Zauważył, że jeżeli żona by cokolwiek wiedziała to i on by na pewno wiedział i mu

o tym powiedział, choćby w jakiejś tajemnicy. Wiedział to ze wcześniejszego doświadczenia. Odetchnął z ulgą. Pomyślał sobie przez moment, że w sumie to nie są już nastolatkami i nic takiego by się przecież nie stało, gdyby te informacje rozeszły się dalej, aczkolwiek w głębi serca nie miał na to ochoty. Tym bardziej musiałby stronić od rozmów na temat, którego nie chciał jeszcze poruszać. Pomyślał również chwilę o Dominice. Stwierdził, że zachowała się wyjątkowo przychylnie wobec niego, nie rozmawiając z nikim innym o ich spotkaniach. Tak naprawdę doszedł do wniosku, że to on pierwszy powiedział Mateuszowi o nich. Skromnie uśmiechnął się pod nosem. Wrócił pamięcią do spotkania w jej domu. Chwilę ponownie analizował poszczególne zdarzenia, które miały miejsce. Nagle przypomniał sobie o muzyce celtyckiej, którą włączyła. Pamiętał, że nie słuchał jej zbyt uważnie, ponieważ jego myśli w tamtym momencie były w ogóle gdzie indziej, lecz odnosił wrażenie, że musiała ona być chyba dosyć niezła. Postanowił posłuchać jej trochę wieczorem.

Gdy zasiadł po kolacji w swoim fotelu, przypomniał sobie o swoich muzycznych planach i wyszukał odpowiednie hasła w Internecie. Włączył pierwszy lepszy kawałek z listy i usiadł wygodnie, skupiając się na dobiegającej go melodii. Była to playlista, złożona

z kilku czy kilkunastu utworów, z godzinnym okresem słuchania. Po kilku minutach nieco bardziej opadł wgłąb fotela, rozłożył nogi na podnóżku i stwierdził, że to co słyszy podoba mu się. Słuchał tak przez jakiś czas, coraz bardziej pogrążając się w stanie półsnu. Lawirował pomiędzy przypadkowymi urywkami wyobrażeń. Na początku jawiły mu się przypadkowe obrazy, głównie z jego młodzieńczych lat, później zaczęły pojawiać mu się przed oczyma różne zdarzenia z jego obecnego życia. Nie analizował ich. Był tak zagłębiony

w swoim transie muzycznym, że nie był w stanie tego robić. Jedynie obserwował. W pewnym momencie na dobre stracił świadomość. Obudził się po pewnym czasie, gdy włączony utwór już dawno przestał grać. Podniósł się nieco w fotelu, przetarł ręką twarz i pomyślał:

- Coś pięknego. O dziwo świetnie się czuję. Wow.

Postanowił, że od czasu do czasu będzie robił sobie takie wieczorne spotkania z tą muzyką. W pewnym momencie ujrzał w swojej wyobraźni twarz uśmiechniętej Dominiki. Nie czuł żadnego żalu, złości czy niechęci, lecz nie czuł również żadnego rodzaju pożądania, tylko zwykłe uczucie przyjaźni wobec osoby, którą miał przed oczyma umysłu. Nieświadomie odwzajemnił uśmiech. Następnie przypomniał sobie twarz Cezarego z parku

i moment, w którym wpatrywał się mu w twarz, gdy ten poprosił, aby stwierdził u niego jakieś oznaki alkoholizmu. Choć podczas rozmowy w ogóle nie odnotował tego, to teraz widział tę twarz, ale pokrytą szczerym, lecz niezwykle skromnym uśmiechem przyjaźni. Po tej wizji nagle przypomniał sobie o głosie, z którym tak nie dawno jeszcze rozmawiał. Zagadnął do siebie:

- A może to Czarek jest tym głosem? - zamyślił się przez chwilę. - Nie, głupoty jakieś - po czym wstał i poszedł do łazienki na wieczorną toaletę.

Rozpoczął się ostatni tydzień przed świętami. W pracy było sporo obowiązków do wykonania. Oprócz rutynowych raportów Robert, jak prawie wszyscy z jego działu, miał do wykonania kilka rocznych sprawozdań. W tym roku nie zjawił się również na firmowej wigilii. Choć czuł się już nieco lepiej, to jednak nie na tyle, aby wybrać się na taką wielką imprezę. W pewien, nieświadomy jeszcze dla siebie sposób czuł się jakby delikatnie lepiej i według swojego rozumienia nie chciał zakłócać tego nieopisanego światełka w tunelu falą maskowania się na tak tłocznym spotkaniu. Wykręcił się od niej obowiązkami świątecznymi z racji stanu swojej ciężarnej siostry.

Natomiast poza pracą dni mijały mu dość spokojnie i rutynowo, lecz nieco odmiennie niż dni, które niedawno przeżywał w stanie najgłębszego marazmu. W każdym dniu wydarzało się coś drobnego, co przykuwało jego uwagę i rozmyślał o tym przez pewien czas po zdarzeniu.

W poniedziałek, gdy wracał z pracy do domu, jadąc metrem, skupił wzrok na siedzących naprzeciwko niego dzieciach w wieku jego Tosi. Zaczepiały się nawzajem i żartowały z siebie na swój dziecinny sposób. Stojący wokół ludzie uśmiechali się radośnie obserwując je. Taki stan udzielił się również Robertowi. Był pod wrażeniem tego, jak dzieci są szczere i niewinne zarazem, mówią co akurat mają na myśli, niczego nie ukrywając, niczego nie zmieniając. Stwierdził, że w ogóle nie przejmują się tym, że ktoś ich słucha. Jest im dobrze w ich własnym świecie, bez analizowania tego, co ktoś sobie o nich pomyśli.

We wtorek, przeglądając kanały telewizyjne trafił na swój ulubiony serial komediowy Przyjaciele. Od wielu lat uwielbiał ich oglądać, zwłaszcza wtedy, gdy jego głowę nie zaprzątały czarne chmury. W tym odcinku jeden ze współlokatorów z własnej głupoty dał się okraść. Robert nie dość, że podczas całego seansu szczerze się śmiał, w sposób, którego już dawno nie doświadczał, to stwierdził, że w sumie przyjaźń właśnie po to jest, by móc sobie wybaczać różne błędy.

W środę ponownie wpadł w trans muzyki celtyckiej. Znów odleciał w półsen. Czuł się błogo. Był pod wrażeniem stanu, który go natknął. Próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tak dobrze się czuł, odnalazł w pamięci jego sen z numerem telefonu. Pokiwał głową, uśmiechając się do siebie i rozkoszując się obecną chwilą.

W czwartek natomiast udał się po zakup prezentu dla Agi i Karola. Tylko tego mu brakowało, aby spokojnie pojechać w podróż na południe Polski. Wybrał się do jednej

z warszawskich galerii. Nie lubił tego, aczkolwiek nieświadomie uzbroił się w pewnego rodzaju cierpliwość. Postanowił, że spróbuje, aby panika, która zawsze go otaczała w takich momentach, gdy przebywał w tłumie, nie przytłoczyła go. Miał w planie zakup pewnej rzeczy, wspólnej dla małżeństwa. Znalazł poszukiwany produkt i przez jakiś czas wpatrywał się w niego. W pewnym momencie jakiś klient chwycił pudełko w swoje ręce. W niemal tym samym momencie chwycił go inny klient. Robert w ogóle nie zareagował. Przez moment szarpali się nieco, próbując wyrwać go sobie z rąk. Okazało się, że był on ostatnim możliwym do zakupienia w sklepie produktem, a na dodatek według informacji znajdującej się na półce, na której jeszcze niedawno się znajdował, znacznie przecenionym.

W pewnym momencie podeszła do nich ekspedientka i poinformowała, że według jej wiedzy te produkty są również jeszcze dostępne w innych salonach w Warszawie. Niespecjalnie zahamowało to obopólną agresję klientów. Jeden z nich rzekł:

- A myśli Pani, że ja mam czas latać po waszych salonach? Pierwszy go wziąłem. Ten Pan jest świadkiem - powiedział i wskazał gestem ręki na Roberta, który po chwili konsternacji odpowiedział:

- Panowie, mnie w to nie mieszajcie, załatwcie to między sobą - po czym odwrócił się i wyszedł z lokalu. Idąc przed siebie śmiał się z zaistniałej sytuacji, mając żywo w pamięci rozmowę z Czarkiem. Był pod wrażeniem, że nie wdał się również w ten spór, pomimo, że właśnie jego jakiekolwiek plany na prezent dla siostry prysły. Po chwili usiadł na ławce w galerii i pomyślał, co innego może im kupić. Miał wrażenie, że to, co się wydarzyło, było znakiem, że to mógłby nie być trafiony prezent. Przez moment pomyślał:

- A może sobie zażartuję z nich? Kupię im duży zapas prezerwatyw - zaśmiał się sam do siebie, po czym dodał: - Nie, może nie chwyciliby żartu, w sumie chcieli to drugie dziecko, a im i tak się nie przydadzą przez najbliższy czas. Nieważne, ale pomysł śmieszny.

Siedział tak chwilę po czym stwierdził, że w sumie to, co kupi, nie jest aż tak istotne. Jakby głos Czarka przebrzmiewał w jego uchu. Stwierdził, że skoro tak bardzo oczekiwali tej ciąży to kupi im wiele opakowań pieluch. Niech wiedzą, że cieszę się z nadejścia nowej istotki w rodzinie, a jak zawinę te wszystkie paczki w jeden prezent to będzie ogromna paka, jakby nie wiadomo co w niej było. Powiedział do siebie:

- No właśnie. Rozpakują, roześmieją się i będziemy rodzinnie cieszyć się z ich szczęścia. To chyba najlepszy pomysł, jaki obecnie mogę wymyślić. W pewien sposób skieruję uwagę na ich radość, a same pieluchy w końcu im się przydadzą.

I tak też zrobił. Kupił jedynie kilka paczek, by nie miał problemu z przewiezieniem ich do Krakowa. Wrócił do domu z kilkoma torbami pełnymi pieluchowych opakowań. Była to dość uciążliwa podróż, ale rozweselał ją sobie myślą o swoim bratanku lub siostrzenicy. Wiele osób, które mijał podczas podróży, czy też spotkał w komunikacji miejskiej patrzyło na niego i uśmiechało się. Odpowiadał im również skromnym uśmiechem. Tak, jakby to on właśnie został ojcem. Postanowił, że zapakuje je w sobotę, tuż przed wigilijną wieczerzą, a przewiezie je w osobnej walizce.

W piątek tuż po pracy rozpoczął pakowanie się do wyjazdu. Bilet na poranną sobotnią godzinę zakupił już wcześniej.

Nazajutrz podróż koleją minęła mu całkiem szybko. Umówił się, że Karol odbierze go z dworca, dlatego nie martwił się tym, jak dalej dotrze do mieszkania Agnieszki. Zaplanował, że podczas podróży posłucha sobie celtyckiej muzyki. Zabrał ze sobą słuchawki

i na jego szczęście przypadło mu miejsce przy oknie. Za pamiętnych, młodzieńczych lat, kiedy Robert częściej podróżował pociągiem czy autobusem po Polsce, uwielbiał podczas jazdy wpatrywać się w widoki za oknem i kontemplować. Tego przedpołudnia połączenie jazdy przy oknie wraz z relaksacyjną muzyką sprawiło, że Robert chciał, by ta podróż trwała długo. Świetnie się czuł. Często przymykał oczy, by ponownie zagłębić się w swoje fantazje. W pociągu natomiast usiadł koło pewnej pary. Osoby te wyglądały na niespełna trzydziestolatków. W pewnym momencie odłożył na chwilę słuchawki, ponieważ zapragnął zrobić sobie nieco przerwy w słuchaniu muzyki. W tym czasie przysłuchiwał się przez jakiś czas rozmowie młodych ludzi.

- Kochanie, już niedługo zobaczysz mój kochany Kraków - rzekł chłopak, po czym kontynuował wypowiedź. - Dobrze, że w te święta udało mi się zabrać cię do mnie. Zawsze spędzamy je u ciebie. A mi tak tęskno do mojego miasta. Nie zrozum mnie źle. Lubię Warszawę. Z niejprzecież pochodzi moja ukochana, ale w Krakowie ludziom jakby inaczej serce biło.

- A jak, mniej rytmicznie przez ten smog? - zapytała dziewczyna.

- Nie kochanie. Zacytuję ci Sikorowskiego i Turnała - odpowiedział i zaczął śpiewać lekko fałszując fragment słyszanej już kiedyś przez Roberta piosenki:

U nas chodzi się z księżycem w butonierce

U nas wiosną wiersze rodzą się najlepsze

I odmiennym jakby rytmem u nas ludziom bije serce

Choć dla serca nie szczególne tu powietrze

Po czym dodał:

- Kochanie, to jest inny stan umysłu. Zobaczysz. Zabiorę cię na rynek i poczujesz to Kochana.

- A co chcesz mi pokazać na straganach? Święta mamy, oscypka mam sobie kupić?

- Ahh - zafrasował się rozmówca. - Oscypki to się kupuje w Zakopanem. A odnośnie rynku to w Wawce mówicie starówka, my u nas mówimy rynek. Idę na rynek mam na myśli, że idę na starówkę.

Rozmowa trwała jeszcze trochę po czym Robert ponownie zaczął słuchać muzyki. Przez jakiś czas zastanawiał się, co oznacza chodzić z księżycem w butonierce. Nie mogąc znaleźć odpowiedniego rozwiązania, zaprzestał dalszych dociekań.

Podróż dobiegła końca. Robert wysiadł z pociągu i udał się przez dworzec na zewnątrz, gdzie miał czekać na niego szwagier. Już miał sięgać po telefon, aby mogli się szybko odnaleźć, gdy zobaczył go stojącego jakieś dwadzieścia metrów od niego. Palił właśnie papierosa. Robert udał się w jego kierunku. Gdy się zbliżał, Karol zobaczył go, zgasił resztkę peta, uśmiechnął się i wyciągnął rękę w kierunku swojego gościa, mówiąc:

- No jesteś w końcu szwagier. Jak podróż minęła?

- Dzięki, całkiem nieźle. Lubię te podróże - odpowiedział Robert.

- To mógłbyś nas jednak częściej odwiedzać. Aga często żałuję, że tego nie robisz.

-Wiem, przepraszam was. Po rozwodzie jakoś mi tak życie pouciekało trochę. Dużo spraw zawodowych, jeszcze więcej własnych myśli, ale nadrobimy to - powiedział i klepnął szwagra po ramieniu, po czym udali się w kierunku zaparkowanego samochodu. Podczas jazdy rozmawiali o bieżących wydarzeniach, o organizacji świąt, o samopoczuciu Agnieszki, o poczętym dziecku. Robert lubił Karola. Był on o dwa lata starszy od jego siostry a sześć lat młodszy od niego. Zawsze uważał, że jego siostra dobrze wybrała sobie męża. Nie pochodził on ani z Krakowa ani z Warszawy, lecz z jednego mniejszego miasta na Kielecczyźnie. Był jedynakiem, a jego rodzice wcześnie zmarli, jeszcze jak był dwudziestoparolatkiem. Z Agnieszką natomiast poznali się podczas studiów w stolicy. W pewnym momencie ich dojrzałego już związku nadarzyła się okazja, by podjął pracę na wymarzonym stanowisku w Krakowie. Z racji, że siostra nie była w tym czasie uwiązana szczególnie pracą w Warszawie, postanowili zamieszkać w stolicy Małopolski. Robert i Karol umieli się dogadać. Choć mieli inny punkt widzenia na różne sprawy to jednak potrafili się ze sobą porozumieć i nieraz rozmawiali do późnej nocy na rozmaite tematy, sącząc przy okazji jakiś trunek.

Dojechali do ich mieszkania. Karol pomógł Robertowi z walizkami, naśmiewając się przy tym, że chyba wybrał się do nich na cały tydzień. Ten zaś jedynie przytakiwał

z lekkim uśmiechem, nie komentując dociekań szwagra.

Siostra z mężem mieszkali w dość obszernym mieszkaniu w jednej z dzielnic Krakowa. Pomieszczenie miało trzy pokoje, z czego dwa były większe, a jeden mniejszy,

a w dodatku widną, dość sporego metrażu kuchnię. Gdy weszli do mieszkania Robert przywitał się od razu z rodzicami. Porozmawiał chwilę o jego podróży po czym przywitał się z gospodynią domu. Uściskali się tak, jak dwoje najlepszych przyjaciół, których czas rozdzielił na długi okres.

Było wczesne popołudnie. Robert zajmował się różnymi rzeczami. Starał się pomóc

w przygotowaniach do wigilii. Lubił te święta, ze względu na przyjemne wspomnienia

z domu rodzinnego. Rodzice zawsze starali się, by czas świąt przemijał w pogodnej, życzliwej atmosferze. Robertowi, prawie co roku, udzielał się z racji Bożego Narodzenia pogodny nastrój. Nieco czasu również poświęcił na porozmawianie z Tosią i na wspólne zabawy. Przed planowaną kolacją za namową małżeństwa wszedł do pokoju, gdzie znajdywał się zakupiony chomik. Robert spojrzał na tę małą istotę i uśmiechnął się w duchu. Stwierdził, że to doskonały prezent dla takiej dziewczyny, jak jego siostrzenica.

Zbliżał się czas wieczornej wieczerzy. Wszyscy zasiedli do stołu składając sobie nawzajem życzenia świąteczne. Robert nigdy nie przepadał za tym momentem, jakby był dla niego nazbyt intymnym, lecz uporał się z własnymi niechęciami i uczciwie złożył wszystkim odpowiednie życzenia. Rodzicom życzył przede wszystkim zdrowia, siostrze i Karolowi udanego porodu, a najmłodszej samych najlepszych zabawek od Mikołaja. Wszyscy kosztowali potrawy i rozmawiali ze sobą. Nikt nie poruszał z Robertem jego osobistych spraw, co było mu bardzo na rękę.

Po kolacji nadeszła pora rozdania prezentów. Omamili Tosię wypatrywaniem przez okno jednego z pokojów nadejścia Mikołaja, po czym wszyscy umieścili prezenty pod około półtorametrową choinką, która była cudnie ozdobiona. Panował świąteczny, radosny nastrój. Każdy uczestnik kolacji wydawał się być w pogodnym nastroju. Rozpakowali prezenty. Niemałą radość Agnieszce i Karolowi sprawił prezent, który przygotował dla nich Robert. Tak jak przypuszczał, rozmowa od razu skierowała się ku oczekiwanemu dziecku. Małżeństwo pocałowało się czule, ściskając się mocno, a z ich twarzy biło szczęście. Pośmiali się z pomysłu na prezent i z niespodzianki, jaka kryła się za tak obszernym pakunkiem. Tosia przez moment miała nadzieję, że ten wielki prezent jest dla niej. Nieco się zasmuciła, gdy dowiedziała się, kto jest jego adresatem, lecz na szczęście prezenty, które otrzymała z nawiązką zrekompensowały jej tę chwilową niepomyślność. Gdy odpakowała swój prezent z chomikiem wydawała się być wniebowzięta. Szalała i piszczała na widok gryzonia, który właśnie dreptał ku otworowi klatki i z lekkim niepokojem przyglądał się tłumowi gapiów. Robert patrzył na radość Tosi. Była tak szczerze uszczęśliwiona tym, że dostała od Mikołaja taki prezent, że jej radość udzieliła się również jemu. Stał, patrzył na siostrzenicę i cieszył się z jej szczęścia. Przez chwilę pomyślał sobie:

- Jak to nie wiele potrzeba, aby sprawić komuś taką prawdziwą radość. Dzieci są wspaniałe. Proste rzeczy, a cieszą się tak, jakby zapewne cieszyli się dorośli, gdyby wygrali właśnie miliony na loterii.

Robert nie przywiązywał wagi do otrzymanych prezentów. Cieszył się oczywiście

z pamięci bliskich, lecz jakby nie skupiał się na tym, czy są one trafione czy nie. Podziękował za każdy z nich, najszczerzej jak tylko potrafił i ponownie skupił wzrok na radości Tosi.

Reszta kolacji wyglądała tak, że zazwyczaj dorośli siedzieli przy stole wigilijnym,

a Robert wraz z Tosią bawili się na podłodze a to z chomikiem a to nowo otrzymanymi przez nią zabawkami. Swoją uwagę poświęcał zarówno na zabawę z najmłodszą, jak również przysłuchiwał się toczącym się rozmowom przy stole. Nieraz sam uczestniczył w rozmowach, jednakże wszelkie trudniejsze tematy zbywał, delikatnie dając do zrozumienia, że nie jest to miejsce i pora na ich poruszanie, nie urażając przy tym nikogo.

Było już późno. Karol zabrał małą, by położyć ją spać, rodzice zajęci byli oglądaniem telewizji, a Robert udał się do kuchni, by porozmawiać trochę sam na sam

z Agnieszką.

- Ale ta wasza córka jest wspaniała. Mógłbym się z nią bawić godzinami - rzekł.

- Proszę bardzo, możemy zatrudnić cię jako opiekunkę.

- Z torbami byście poszli. Warszawskie stawki są nieco wyższe - zaśmiał się brat.

- Cieszę się, że macie taki dobry kontakt. Gdy was widzę, szczerze się raduję. Szkoda, że nie bywasz u nas częściej. Nie chcesz zmienić pracy? Dobrze u Ciebie? - zagadnęła siostra, niby żartem, ale wtrącając w słowo poważniejszy temat, którego aluzję Robert odgadł.

- Ostatnio zajmuję się nowym projektem. Robię w końcu coś twórczego oprócz standardowej nudy. Całkiem nieźle w pracy.

- A jak poza nią? - zapytała Agnieszka, skupiając wzrok na oczach Roberta, z nieco poważniejszą miną.

- Raz lepiej, raz gorzej siostra - odpowiedział zdawkowo brat.

- Robert, zawsze mieliśmy dobry kontakt, możesz przecież zawsze ze mną szczerze porozmawiać.

- Wiem Aguś - odpowiedział i popatrzył jej szczerze w oczy. Czuł w tejże chwili braterską więź i mocno wierzył w to, że może porozmawiać z siostrą szczerze, czując jej wsparcie. Jednakże z drugiej strony nie chciał obarczać jej w tym stanie swoimi prawdziwymi problemami. - Czasem jest gorzej u mnie, lecz cały czas staram się wyjść nieco na prostą. Niedawno był rozwód. Pomału zbieram się do kupy.

- A jak u Eweliny? - zapytała siostra, wymieniając imię byłej żony Roberta.

- Nie wiem. W ogóle nie mamy kontaktu . Teraz nie łączy nas już nic. Majątek podzielony, dzieci brak, co tu trzymać. Działamy już na innych frontach.

- A inne są? - zapytała nieśmiało siostra.

- O swoim seksualnym życiu siostra nie będę opowiadał - powiedział z uśmiechem Robert, lecz grymas na jego twarzy zdradzał nieszczerość. - A jeżeli chodzi o jakiś związek, nie bardzo jestem na coś takiego gotowy.

Stali tak przez pewien czas w zamyśleniu. Robert unikał jak mógł wzroku siostry,

a ta próbowała wybadać go, wpatrując się w niego nieustannie. Po chwili rzekła:

- Robert, wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać. Życzę ci jak najlepiej

i chciałabym ci pomóc, bo widzę, że coś jest nie tak. Mało się ostatnio odzywasz, odpowiadasz lakonicznie. Wiesz, że zawsze możemy porozmawiać - przerwała nadal wpatrując się głęboko w jego oczy.

Po chwili pomyślunku odpowiedział:

- Wiem Aga. Dziękuję ci za to i przepraszam zarazem za ten okres. Teraz muszę sobie całe życie ułożyć jakby na nowo. Sam do końca nie wiem, w którą stronę iść. Myślę, że najpierw muszę sam sobie to ułożyć. Sporo myślę, mam czas by jakoś siebie nakierować. Trochę to trwa, ale potrzebuję nieco samotności. Mam nadzieję, że mnie dobrze zrozumiesz.

- Rozumiem Robert, ale wiedz, że możemy zawsze porozmawiać - powiedziała, lecz w myśli pojawił jej się pewien pomysł. Nie kontynuowała jednak dalszej rozmowy na tak poważne tematy. Rozmawiali przez jakiś czas na temat rodziców i ich stanu zdrowia, o jej zawieszonej obecnie pracy i możliwości powrotu do niej przed porodem oraz o wydarzeniach z przedszkola Tosi. Robertowi udało się przy tym zapomnieć o własnych rozterkach. Śmiał się z wyczynów małej i jej kolegów i koleżanek. Po pewnym czasie rozeszli się. Po uśpieniu córki Karol wrócił do wspólnego stołu, przy którym zjawili się wszyscy dorośli biesiadnicy. Jednakże po chwili każdy z nich uznał, że już jest późna pora i czują się na tyle zmęczeni, że powinni położyć się spać. Tak też zrobili.

Nazajutrz obudzili się wszyscy późnym rankiem. Robert a to uczestniczył podczas posiłków przy świątecznym stole, a to porywała go jego siostrzenica do pokoju, by się

z nią pobawił. Robertowi taki układ jak najbardziej odpowiadał. Bawiąc się z Tosią, czuł się jak ryba w wodzie. Czuł, że przy niej może być naprawdę sobą. Niczego nie musiał udawać, niczego maskować, niczego zmieniać. Bawił się i obserwował dziewczynkę podczas jej wyimaginowanych zabaw. Czuł jak jej radość przechodzi na niego. Z każdym jej szczerych okrzykiem radości czuł jakby jego serce coraz bardziej ogrzewało się i rozochocało. Wspólnie śmiali się z różnych głupot. Robert całkowicie zapomniał o wszelkich swoich rozterkach. W pewnym momencie obserwował jak Tosia bawi się z chomikiem i czule pieści go w swoich dłoniach, wypowiadając przyjacielskie, wręcz miłosne słowa. Patrzył tak narelację i z każdą minutą stwierdzał, że tak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Takie niby nic, mały człowiek i małe zwierzę, a potrafią rozczulić każdego twardziela, pod warunkiem, że ktoś po prostu będzie na to patrzył i podziwiał szczerze, będąc myślami nie przy swoich problemach lecz przy tej właśnie sytuacji. Od razu przypomniały mu się słowa swojego znajomego z parku: "poświęć czas i swoją uwagę bliskim" - sparafrazował jego słowa Robert i gdy tak patrzył na Tosię i chomika, poczuł się jeszcze bardziej przekonany co do ich prawdziwości.

Późnym popołudniem, po skończonym obiedzie, siedząc przy stole ze wszystkimi domownikami, Karol zagadnął Roberta:

- Proponuję spacer szwagier. Pojedziemy do centrum, przejdziemy się. Pokażę ci krakowski klimat.

Robert zaciekawił się propozycją Karola. Wiedział, że obecnie Aga nie może się zanadto ruszać, a rodzice raczej nie wykazywali chęci na jakiekolwiek spacery. Odpowiedział:

- To znaczy na rynek pójdziemy?

- No proszę, krakus z ciebie widzę - zaśmiał się Karol. - Tak, przejdziemy się na rynek. Odpoczniemy trochę od ciężarnych - mówiąc to skierował swój wzrok ku żonie z wyczuwalnym uśmiechem na ustach. - Poczujemy krakowską magię świąt, może łykniemy coś nie coś, pogadamy o pięknych kobietach - ponownie spojrzał w kierunku żony i zaśmiał się głośno.

- Myślę, że to doskonały pomysł skarbie - wtrąciła się do rozmowy Agnieszka.

- Idźcie, rozruszajcie się trochę.

- Czemu nie, ruszajmy - odpowiedział Robert, szczerze chcąc wyjść na pewien czas z domu i ponownie odwiedzić krakowski rynek, który za każdym razem, gdy go oglądał, robił na nim dobre wrażenie.

Pojechali komunikacją miejską w kierunku centrum. Wysiedli na jednym z przystanków i udali się na rynek.

Szli przez jakiś czas zbliżając się do krakowskiego rynku. W pewnym momencie Robert nawiązał do niedawno usłyszanych słów:

- Słuchaj Karol, co to znaczy, że tu w Krakowie chodzi się z księżycem w butonierce?

- Wiem, skąd to znasz. Lubię ten kawałek. Wiesz, nie jestem stąd, lecz już jakiś czas żyję tutaj. Często również sam zastanawiałem się nad tym. Rozmawiałem z kilkoma ludźmi i wyrobiłem sobie swoją opinię na ten temat. Nie wiem czy ona jest trafna czy nie, ale ja to tak rozumiem. A mianowicie, widzisz, tutaj ludzie mają jakby nieco więcej czasu, to znaczy potrafią go poświęcić na filozofowanie.

- To znaczy? - zapytał zaciekawiony Robert.

- Mieszkałem kilka lat w stolicy. Fakt, byłem wtedy jakby w innej fazie księżyca, ale po przyjeździe tutaj zauważyłem pewną rzecz. Otóż ma się wrażenie, że ludzie nie pędzą tutaj tak, jak w Warszawie. Tutaj częściej możesz spotkać ludzi, którzy pochylają się nad bardziej głębszymi sprawami.

- Jakimi?

- W porównaniu do stolicy skupiają się mniej na pogoni za karierą. Gdy patrzysz na ludzi w centrum Warszawy masz wrażenie, że każdy pędzi, by zrealizować jakiś swój cel. Tutaj możesz natomiast napotkać ludzi, którzy chętnie porozmawiają o miłości, życiu, wierze, o takich wartościowszych sprawach niż pęd ku karierze.

- Hmm - zastanowił się Robert.

- Nie chcę nikogo obrażać, ale wiesz, w stolicy jest o wiele więcej karierowiczów - przerwał i zanucił słowa znanej Robertowi piosenki:

Bo się tutaj zaraz zjawią butne miny, święte słowa

i głupota, która aż naprawdę boli

- Przejdziesz się przez centrum to każdy w pędzie. Tutaj też są karierowicze, ale jakby ich mniej. Zagadniesz krakusa i zauważysz, że nie tylko mu sukces w głowie. Pogadać możesz o rzeczach jakby z księżyca dla normalnego człowieka.

- Wiesz - odpowiedział w końcu Robert. - Masz trochę racji, choć w Warszawie też można spotkać takich ludzi. Sam tego ostatnio doświadczyłem, choć faktycznie, mam wrażenie, że nie uraczysz ich wszędzie.

- Robert, ja nie chcę niczego generalizować, ale taki jest ogólny odbiór. Ludzie szukający kariery ciągną do stolicy, bo tam o nią najłatwiej. Kraków pogodził się z rolą drugorzędną w kraju, ale przy tym moim zdaniem skupił ludzi, którzy bardziej myślą o sztuce niż pieniądzu. Myślę, że stąd jest ten wers piosenki.

- Może masz rację. Ciekawy wywód - odpowiedział Robert zamyślając się na chwilę.

- Wiesz, każdy sam wybiera to, czego chce. Jeżeli przede wszystkim pragniesz wielkiej kariery, ruszysz na stolicę, jeżeli nie jest ona dla ciebie najważniejsza, możesz wybrać wtedy również inne, mniejsze miasto. Lecz chyba nie ma się co na tym tak skupiać. I tu

i tu myślę, że jest trochę tego i tego, może w nieco różnych proporcjach, no ale każde miasto próbuje się jakoś wyodrębnić od innego, nadać sobie swój własny styl. Myślę, że Kraków próbuje pokazywać się od takiej strony. A co do Warszawy, dobrze ją wspominam

i zgadzam się z tobą, że jest tak mnóstwo ludzi nie tylko skupionych na karierze.

Szli dalej, będąc już na rynku. Postanowili obejść go wokoło, patrząc na ozdoby świąteczne i zarażając się przy tym świątecznym duchem. W pewnym momencie Karol zrobił przerwę i wyciągnął paczkę papierosów. Zaproponował papierosa Robertowi, który w przeszłości nieraz kusił się na jednego. Tym razem też tak było. Robert wyjął papierosa i zapalił. Stali tak chwilę w milczeniu, delektując się smakiem zaciąganego tytoniu. W ich kierunku zbliżał się właśnie mężczyzna. Robert już wcześniej odnotował jego zamiary

i uważnie patrzył jak ten szedł w ich stronę.

- Wesołych Świąt. Pożyczycie papieroska?

Karol odezwał się wpierw do szwagra:

- Oni zawsze mówią pożyczycie, przyzwyczaj się.

Wyciągnął w kierunku nieznajomego paczkę papierosów i poczęstował go. Zapaliwszy, nieznajomy rozpoczął rozmowę:

- Piękne w tym roku mamy świecidełka, nieprawdaż?

Robert bez słów obserwował przypadkowego rozmówcę. Stwierdził, że ten nie wyglądał na żadnego żebraka czy menela. Ubrany był zwyczajnie, w dość zadbany płaszcz, czarny sweter pod nim i dżinsy na nogach. Na oko miał około pięćdziesięciu lat, może nieco mniej. Nie czekając na odzew szwagra odpowiedział pierwszy:

- Ano piękne macie w tym Krakowie ozdóbki. Uwielbiam tu przyjeżdżać.

- Nietutejszy, rozumiem. Nie szkodzi. Każdemu należy wybaczyć w święta - odpowiedział nieznajomy i zaśmiał się tak, jakby właśnie opowiedział znajomym najlepszy dowcip.

- A skąd przybyłeś do nas?

- Ze stolicy - odpowiedział Robert, jednocześnie zauważając grymas niezadowolenia na twarzy Karola.

- Znaczy szanownego Pana, z Warszawy, tak? Bo stolica to i tutaj była i nawet

w Płocku za piastów była.

- Tak, z Warszawy, a o Płocku to nie wiedziałem - odpowiedział Robert.

- Wasza historia w waszych głowach zaczyna się na powstaniu warszawskim, taka prawda - odpowiedział nieznajomy.

- Dobra, skończmy tę lekcję historii. Idźże dalej, skoro obrażać mojego gościa zamierzasz - odpowiedział Karol.

- Spokojnie, Panowie - odpowiedział mężczyzna. - Choć trochę lekcji historii nikomu nie zaszkodzi to nie miejsce na to, jeżeli Panowie nie chcą. A ty z Krakowa? - zapytał, podnosząc nieco głowę w kierunku szwagra Roberta.

- Nie, krakusem nie jestem, ale trochę tu już mieszkam .

- Rozumiem. A powiedzcie mi w takim razie jak się wam w tym roku rynek podoba? Piękny, prawda?

- Tak, jak zwykle mnie zaciekawia - odpowiedział Robert. - Chciałoby się tu zamieszkać na jakiś czas.

Nieznajomy, wpatrując się w twarz Roberta powiedział: - Piękny widok. Prawda? Kawał historii, a do tego ten klimat. Nie mówię o powietrzu lecz o tym czymś, co wyczuć można wśród ludzi. Czy wiesz co to jest?

- Nastrój świąt? - odpowiedział zdawkowo Robert.

- Nastrój wkomponowany w odpowiedni umysł. Zobacz na tę wyjątkową przyjacielskość ludzi - odpowiedział nieznajomy. - Ludzie przyszli tu po to, by nastroić się tą atmosferą. Ja teraz czuję więź przyjaźni z innymi. Czuję, jakby ci wszyscy byli moimi przyjaciółmi.

- I dlatego zadajesz takie pytania gościowi z centrum? - zapytał Karol. - W Warszawie też tego byś doświadczył, gdybyś wybrał się w ten czas do niej.

- Być może, ale ja nie porównuję teraz naszych miast, ani nie wywyższam Krakowa. Mówię, co postrzegam w tej chwili, tutaj właśnie, bo tu właśnie jesteśmy razem. A to, że zadaję pytania nie oznacza, że nie czuję przyjaźni. Ona właśnie zmusza nas czasem do stawiania niewygodnych pytań, w imię lepszego jutra przyjaciela.

Karolowi żadna mądra odpowiedź nie przychodziła do głowy. W chwili milczenia odpowiedział Robert:

- Sokratesie - uśmiechnął się nieco w kierunku nieznajomego i widząc, że ten również go odwzajemnia kontynuował. - Ja jednak nie czuję tej przyjaźni, o której mówisz. Widzę innymi oczami. Patrzę i widzę jedynie uciechę z ozdób, które są podziwiane.

- Nie widzisz, bo nie chcesz widzieć. Jesteś w innym stanie umysłu. Gdybyś jednak go zmienił mógłbyś odczuć przyjacielskość od przypadkowych osób - powiedział nieznajomy, chwilę odczekał, po czym kontynuował:

- Czyż nieraz spojrzałeś nieprzychylnie na swojego przyjaciela, który był ci prawdziwie przyjacielem?

- Nie wiem, raczej chyba nie - odpowiedział Robert, będąc nieco zmieszanym.

- Czy każdy przyjacielski głos potraktowałeś jako przyjacielski? Raczej nie. Choć życzę ci dobrze, a i tak traktujesz mnie jak nachalnego intruza.

- Chodźmy stąd już - zagadnął po cichu do Roberta Karol, kłaniając się nieco w kierunku jego lewego ucha.

- Czekaj - odpowiedział nazbyt głośno Robert, tak że wszyscy usłyszeli jego słowa. Mając tego świadomość powiedział:

- Nie traktuję cię tak, choć jesteś mi całkiem obcy. Mówisz do rzeczy jak dla mnie. Tak, czasem oschlej potraktowałem kogoś, kto uważał się za mojego przyjaciela, lecz to co powiedział wydało mi się nieprzyjacielskie.

- Czy uważasz, że przyjaciel zawsze powinien mówić ci to, co chcesz usłyszeć? - zapytał nieznajomy. - Czasem przyjaciel musi powiedzieć ci coś, co nijak ma się do twoich planów.

Robert nie odpowiedział, lecz zamyślił się głęboko. Nie zważał już na niczyją obecność. Był jakby w środku własnego umysłu, spierając się z bombardującymi go myślami. Myślał o Czarku i o Dominice. W pewnym momencie oprzytomniał nieco i nie widząc już nieznajomego zapytał Karola:

- Gdzie on się podział?

- W końcu sobie poszedł, o tam - odpowiedział szwagier i ruchem ręki wskazał kierunek odejścia nieznajomego. Robert nadaremnie próbował wypatrzeć go gdzieś w oddali. Stwierdził, że rozmył się w otoczeniu tak samo, jak się pojawił.

- Ciekawie gadał - rzekł Robert. - Jakby znał to, co mnie trapi.

- Co ty gadasz? Nic z tego co mówił nie rozumiałem, jakiś bełkot. Chodźmy, napijmy się coś niecoś - powiedział Karol i z nowym uśmiechem skierował szwagra w kierunku otworzonego baru. Wypili ze dwa kufle piwa i zebrali się taksówką w stronę domu. Co nieco rozmawiali, lecz nie na poważne tematy. Robert często wracał myślami do rozmowy ze spotkanym przypadkowo mężczyzną. Analizował usłyszane słowa, lecz nie mógł ułożyć tego wszystkiego w jakąś wspólną konkluzję. Czuł, że stoi za tym jakieś istotne przesłanie, lecz im bardziej próbował je wydedukować, tym bardziej jak gdyby oddalało się od niego.

Nazajutrz, po śniadaniu musiał pożegnać się ze wszystkimi i wrócić do stolicy. Choć nie chciał tak prędko żegnać się z siostrą, jej brzuszkiem, z Tosią i rozmowami ze szwagrem to jednak musiał. Na drugi dzień czekała go praca, a jakikolwiek wolny dzień nie wchodził w rachubę. Rodzice zamierzali zostać aż do Nowego Roku. Siostra proponowała Robertowi, aby ten odwiedził ich również w Sylwestra, z racji, że w tym roku przypada on w sobotę. Brat nie potwierdził jednak swojego przyjazdu, ale również nie odrzucił całkowicie zaproszenia. Stwierdził, że musi jeszcze nad tym pomyśleć.

Robert ponownie wracał do siebie jadąc pociągiem. Tym razem większość drogi gapił się przez okno, będąc całkowicie zamyślonym. Przez większość czasu analizował ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w Krakowie, te, które jakoś wydawały mu się istotne dla niego. Rozmyślał o Agnieszce, o zabawach z Tosią, o wyjściu ze szwagrem na krakowski rynek i o napotkanym mężczyźnie. Coś, czego nie mógł zrozumieć nie dawało mu spokoju. Szukał jakiejś odpowiedzi, choć nie bardzo wiedział, czego do końca poszukuje.

Na jednej ze stacji, gdy do celu podróży została już jedynie czwarta część drogi,

w jego pobliżu zasiadło małżeństwo z około sześcioletnim synkiem. Robert nieraz kątem oka obserwował malca i jego zabawy nowo otrzymaną zabawką, co odgadł poprzez rozmowy jego z rodzicami.

W pewnym momencie, jakimś dziwnym trafem, zabawka całkowicie się popsuła. Chłopiec zaczął płakać a jego ojciec próbował ją naprawić. Niestety jego próby okazały się daremne. Chłopiec przez czas starań rodzica, by wskrzesić zabawkę, zamilkł i z nadzieją patrzył na poczynania dorosłego. Po kilku minutach ojciec oznajmił mu jednak, że tego nie da się naprawić. Rzucił kilka słów o tandecie, jaką teraz produkują i zdenerwowany odwrócił wzrok od synka, który zanosił się szlochem. Matka chłopca próbowała go pocieszać i mówiła do niego:

- Olku, nie przejmuj się nią. Dostałeś tak dużo fajnych zabawek, że możesz pobawić się innymi. Spójrz - powiedziała i wyciągnęła z podręcznej torby inne kolorowe gadżety.

Chłopiec jednak nie chciał na nie patrzeć a tym bardziej bawić się nimi. Cały czas płakał nad stratą tej jednej.

- Olku, kochanie. Spójrz. Te zabawki są jeszcze lepsze od tej. Zobacz jak można się nimi świetnie bawić, jaką frajdę można mieć z nich - zachęcała mama.

- Patrz synek. Jaki nieustraszony bohater z tego. Zobacz jakie ma mięśnie, ile sił musi mieć - zagaił ojciec, robiąc zabawką różne dziwne obroty w powietrzu.

Chłopiec po chwili uspokoił się i po namowach swoich rodziców zaczął bawić się nową zabawką, wciągając się w opowiadania swojego taty o niezwykłych cechach bohatera, którego przedstawiała. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Już przestał myśleć o tym, co jeszcze parę minut temu zadziało się i śmiejąc się, bawił się w najlepsze.

Robert odwrócił swoją uwagę od rodziny i wpatrując się w widok zza okna rozmyślał. Nagle, ni z tego, ni z owego przypomniał sobie treść zagadki, mianowicie: co to jest, że jedna rzecz niszczy to, a wiele może naprawić. Gdy myśl ta pojawiła mu się w umyśle natychmiastowo odwrócił głowę w kierunku bawiącego się opodal chłopca. Klepnął się ręką w czoło w geście zrozumienia. Pomyślał sobie:

- No tak. Szczęście, radość. Jedna rzecz może popsuć uciechę, gdy nam coś nie wyjdzie, ale wiele różnych rzeczy może je przywołać z powrotem. Aha, więc takie jest rozwiązanie tej zagadki. To tak jak ze mną i z moimi oczekiwaniami wobec Dominiki. Jedna rzecz zniszczyła mój dobry stan, bo mi nie wyszło. Nie patrzyłem już na nic, poza moją porażką. A teraz? - na chwilę znów pogrążył się w myślach, poszukując odpowiedniego rozwiązania swojego dylematu. Przeglądał w pamięci ostatnie wydarzenia ze swojego życia, w tym rozmowę z Czarkiem.

- Teraz jestem w lepszym stanie. Nie chce mi się już być w dole. Tyle różnych drobnych rzeczy poprawiło mi nastrój. Chyba trochę pomógł mi Czarek i jego uwagi odnośnie wyciągania radości z mniejszych, obecnych rzeczy, które są dookoła mnie.

- Może to duch świąteczny? - kontynuował rozważania. - A może zabawa z Tosią,

a może czas? A może wszystko naraz? W każdym razie nic takiego istotnego nie wydarzyło się u mnie od tamtego spotkania w domu Dominiki, w pracy to samo, w domu to samo, u znajomych to samo, a jednak coś jest jakby inaczej.

Ponownie zagłębił się w swoich myślach. Uparcie zastanawiał się nad rozmową

z Czarkiem.

- Wiele małych rzeczy może nas podnieść na duchu, jeżeli spojrzymy na nie, jeżeli rozejrzymy się wokół nas.

W tym momencie ponownie spojrzał na bawiącego się chłopca i skupił wzrok na jego twarzy. Zauważył, że z powodu utraty zabawki nie ma już na niej ani śladu rozczarowania. Cieszył się i bawił jak nigdy nic. Robert patrzył i sam uśmiechnął się na widok beztroskiej radości chłopca.

- Jedna rzecz może zniszczyć, lecz wiele może naprawić szczęście i radość.

W tym momencie przypomniał sobie o swoim postanowieniu, że nie będzie już dzwonił do obcego, tajemniczego głosu. Tym razem zawahał się jednak.

- W sumie to nie jego wina, że mi nie wyszło z Dominiką. Przecież nic mu o tym nie mówiłem, może jakbym powiedział o swoich planach to coś by doradził. Hmm - zastanawiał się przez kilka chwil po czym powiedział do siebie w myślach. - Ok, zadzwonię do niego. Dziś, jak wrócę do domu. W końcu są święta i z każdym można się pogodzić, ale tym razem bardziej ostrożnie podejdę do rozmowy z nim. Z drugiej strony ciekaw jestem co powie i czy w ogóle po takim czasie odbierze telefon.

Tymi myślami skończył te wywody, włączył muzykę i do końca podróży słuchał jej, a to wpatrując się w widok zza szyby pociągu, a to przymykając oczy i pogrążając się

w swojej fantazji.